Ściąganie, czyli oszustwo

20 marca 2010 autor rp

Dopóki ściągania, w tym kopiowania, całych prac magisterskich lub ich fragmentów nie zaczniemy nazywać – po prostu – oszustwem, pozostanie ono nadal ściąganiem, czyli właściwie czym?

Niewinnym wybrykiem? Czymś, co można łatwo usprawiedliwić i przejść nad tym do porządku dziennego? No właśnie.

Tak czy owak choroba ta przybiera ostatnio rozmiary epidemii, w czym swój niekwestionowany udział ma Internet. To nie tylko narzędzie wprost wymarzone dla złodziei treści, ale też kultura, która w wątpliwość podaje prawo własności; w tym wypadku własności intelektualnej.

Z badań prof. Mariusza Jędrzejki wynika, że przybywa studentów, którzy wykorzystują w swoich pracach licencjackich i magisterskich fragmenty cudzych rozpraw dyplomowych bez powołania się na źródło. Rośnie też liczba studentów, którzy spotkali się z ofertą kupna pracy dyplomowej, i tych, którzy znają internetowe strony, na których można je nabyć. Wreszcie, powiększa się odsetek akademików, którzy deklarują, że znają studentów, którzy kupili pracę dyplomową.

I wcale mnie nie uspokajają informacje, że problem ten dotyczy nie tylko Polski, że proceder kradzieży zawartości prac dyplomowych kwitnie również w innych krajach. Wręcz przeciwnie – to powoduje, że zagrożenie jest jeszcze większe.

Na szczęście Internet to idealne narzędzie nie tylko do oszukiwania, ale też do tropienia oszustów. A coraz doskonalszych programów antyplagiatowych przybywa z każdy rokiem. Niestety, nie przybywa równie szybko w naszym kraju uczelni, które z powodzeniem ich używają.

Dobrym wzorem dla Polski mogłaby być pod tym względem Wielka Brytania. Tam rząd nie tylko wydał szkołom zalecenie badania wszystkich prac za pomocą programów antyplagiatowych, ale też finansowo wsparł powstanie takiego systemu.

Jeśli polskie uczelnie – ze wsparciem rządu lub bez, na własną rękę – czym prędzej nie pójdą tym śladem, zrobi to za nie rynek. Tyle tylko, że wówczas, gdy już tytuł magistra zdobyty na polskiej uczelni będzie synonimem www.nic-nie-wart-magister.pl, za zepsucie tej marki zapłacą wszyscy. Wszyscy polscy magistrowie i ich bardziej utytułowani nauczyciele.

Antyrodzinna polityka prorodzinna

23 lutego 2010 autor rp

Państwo nieobecne tam, gdzie obecne być powinno, jest równie niewiele warte, co państwo nadobecne tam, gdzie go w ogóle (albo niemal w ogóle) być nie powinno.

A to jest, niestety, przypadek współczesnej Polski – państwa, które nie potrafi – by sięgnąć po pierwsze z brzegu przykłady – nałożyć na wszystkich obywateli proporcjonalnie takich samych ciężarów podatkowych ani chronić nas przed monopolami, ale za to uporczywie czyni zakusy na te sfery życia, które zdecydowanie powinny się obywać bez udziału jego funkcjonariuszy.

Teraz na przykład aparat państwa na całego zabrał się za zwalczanie przemocy w rodzinie, co ani chybi może się skończyć licznymi (dużo liczniejszymi niż do tej pory) przypadkami odbierania dzieci rodzicom. Właśnie taki bowiem będzie pewnie efekt wprowadzenia w życie – w proponowanym kształcie – rozpatrywanego w Sejmie rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.

Zgodnie z nim o odebraniu dziecka rodzicom będzie mógł rozstrzygnąć (bez uprzedniej zgody sądu – jak jest w tej chwili) pracownik socjalny, który nabierze przekonania, że w rodzinie dochodzi lub może dojść do jakiejś formy przemocy wobec dziecka.

A pod pojęciem tejże autorzy poradnika dla pracowników socjalnych  rozumieją nie tylko przemoc fizyczną, ale również przemoc psychiczną, czyli między innymi „zawstydzenie, narzucanie własnych poglądów, ciągłe krytykowanie, kontrolowanie, ograniczanie kontaktów”. Czyż tak rozciągliwa definicja nie umożliwia – w istocie – podciągnięcia pod „przemoc” właściwie wszystkich elementów procesu wychowania dziecka, jeśli je zinterpretować niekorzystnie dla rodziców?

Tym bardziej że głośne ostatnio – dzięki zainteresowaniu mediów – przypadki ingerencji państwa w życie rodzin nakazują w tej sprawie bardzo daleko posuniętą nieufność, choć odebranie dziecka szczęśliwie wymaga na razie uprzedniej zgody sądu. Co jednak, warto przypomnieć, nie uchroniło maleńkiej Róży przed odebraniem jej wkrótce po urodzeniu rodzicom Wioletcie i Władysławowi Szwakom (dziecko zwrócono dopiero pod presją mediów). I co nie pomogło też w przypadku 11-letniego Sebastiana zabranego rodzicom kilkanaście dni temu – i to wprost ze szkoły.

Jeśli zważyć, że już prawie 100 tys. dzieci wychowuje się w Polsce poza rodziną (o niemal 10 proc. więcej niż pięć lat temu), podniesienie alarmu w tej sprawie nie wydaje się być przesadą. Odebranie dziecka rodzicom zawsze bowiem powinno być ostateczną ostatecznością, a uprzednia kontrola sądu nad tą procedurą – absolutną koniecznością.

Czy musimy płacić podatek związkowy?

17 lutego 2010 autor rp

Kupując polski węgiel albo benzynę na stacjach Orlenu, albo prąd czy też gaz, nadając list w placówce Poczty Polskiej albo uiszczając abonament radiowo-telewizyjny, płacimy między innymi za utrzymanie działających w tych spółkach związków zawodowych. Podobnie jest z tysiącami innych produktów wytwarzanych (i usług świadczonych) zarówno przez państwowe, jak i prywatne firmy. Myślę, że opłatę tę śmiało można nazwać – jak najbardziej powszechnym – podatkiem związkowym

Na prośbę Waldemara Pawlaka, wiceszefa rządu i jednocześnie przewodniczącego Komisji Trójstronnej, zainspirowanego propozycją wchodzącej w skład tejże komisji Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan, zebrano w tej sprawie informacje, do których dotarła “Rzeczpospolita”. Wynika z nich, że każdą z 254 spółek z udziałem Skarbu Państwa, które przysłały odpowiedzi na pytania, finansowanie organizacji związkowych kosztowało w ubiegłym roku średnio ponad 200 tys. złotych. Ale rekordzista wydał na ten cel aż 9 mln złotych.

Pieniądze te poszły (i nadal idą) między innymi na utrzymanie pomieszczeń zajmowanych przez związkowców w firmach oraz na pensje ludzi oddelegowanych przez syndykaty do pracy w ich zarządach. Ten rozbudowany system związkowych przywilejów opłacanych przez przedsiębiorców, a w konsekwencji – przez nas, klientów ich firm, jest bardzo hojny. Ale czy musi taki pozostać?

Czy rzeczywiście, płacąc za cokolwiek, oprócz zawartych w cenach tych produktów i usług danin – VAT, akcyzy, podatku gruntowego i innych – musimy uiszczać także ów podatek związkowy? A może z korzyścią dla wszystkich byłaby jego likwidacja? Może z korzyścią także dla związkowców byłoby, gdyby to oni sami ponosili ciężar utrzymania swoich związków zawodowych? Z korzyścią dla nich nie tylko jako klientów, którzy – kupując towary i usługi – też przecież muszą ów podatek uiszczać, ale również dla nich jako członków i suwerenów swego związku zawodowego

Wszyscy posłowie obywatela Sobiesiaka

15 lutego 2010 autor rp

Komisja hazardowa z mozołem unosi kurtynę, która odgradza teatr polityczny serwowany wyborcom od tak różniącego się odeń (niestety, mocno na niekorzyść) świata realnej polityki.

Świata, w którym przedsiębiorczy Rysiu bezceremonialnie domaga się od Zbyszka i Mira wsparcia w swoich interesach, a Zbyszek i Miro nie potrafią – z jakichś bliżej nieznanych powodów – mu odmówić. Choć przecież obaj są posłami na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, Miro zaś dodatkowo był wówczas ministrem sportu RP, a Zbyszek – przewodniczącym Komisji Finansów Publicznych Sejmu RP.

Komisja śledcza, ale także media, w tym – również dziś – “Rzeczpospolita”, każdego tygodnia odsłaniają nowe fakty, które rzucają coraz więcej światła na bohaterów afery hazardowej. Przybywa więc wiedzy o tym, kto z kim w jakiej był (jest?) komitywie i co z tego mogło wyniknąć dla procesu stanowienia w Polsce prawa oraz dla obsadzania władz spółek Skarbu Państwa. A przy okazji pozwala ocenić, czy samemu chciałoby się pozostawać z takimi ludźmi w podobnej zażyłości.

Z pojawieniem się kolejnych informacji o aferze hazardowej łatwiej też osądzić, kto kłamał przed komisją albo co najmniej kto z kim ewidentnie rozmija się w zeznaniach. Wreszcie, kolejne poznawane fakty sprawiają, że łatwiej będzie można dopomóc mocno szwankującej pamięci większości przesłuchiwanych.

Aby jednak tak mogło się stać, komisja powinna móc pracować bez założonego na początku limitu czasowego. Powinna też móc pracować bez straty czasu na zajmowanie się samą sobą, czyli np. na rozpatrywanie kolejnych wniosków w sprawie odwołania jej członków lub przewodniczącego. A także powinna mieć dostęp do wszystkich dokumentów, które są jej potrzebne.

Tylko w takim przypadku opinia publiczna, która jest w tej sprawie sędzią bezapelacyjnym, będzie mogła wyrobić sobie opinię i wydać werdykt: czy rzeczywiście – jak próbował nam wmówić na przykład Zbigniew Chlebowski – w ten sposób powinny wyglądać modelowe stosunki łączące we współczesnej Polsce posła na Sejm RP (Zbigniewa Chlebowskiego) z obywatelem RP (Ryszardem Sobiesiakiem)? Czy też wręcz przeciwnie: właśnie tak wyglądać nie powinny.

I o ten standard – kluczowy z punktu widzenia jakości naszej demokracji – toczy się gra.

Zabójcy Papały wciąż górą

10 lutego 2010 autor rp

O tym, że pojmanie i osądzenie zabójców oraz zleceniodawców mordu na gen. Marku Papale jest testem dla polskiego państwa, wiadomo było od dnia śmierci komendanta policji. I od tamtej pory – z każdym rokiem coraz dobitniej – przekonujemy się, że egzaminu tego nasze państwo zdać nie potrafi.

W środę, po 12 latach śledztwa w sprawie zamordowania Papały, przed warszawskim sądem ruszył proces. Ale nie jest to proces ludzi oskarżonych o zabicie generała lub zlecenie jego zabójstwa, lecz o współudział w tej zbrodni; Andrzej Z. (ps. Słowik) i Ryszard Bogucki (ps. Rzeźnik) oskarżeni są o nakłanianie do zabójstwa, a Bogucki dodatkowo o obserwowanie miejsca zamordowania szefa policji.

Historia tego śledztwa jest w gruncie rzeczy jednym wielkim aktem oskarżenia pod adresem niektórych polskich prokuratorów, policjantów i ich przełożonych – polityków. Na przykład tych, którzy nie dość, że (w 2002 roku) wypuścili na wolność przesłuchiwanego w Ministerstwie Sprawiedliwości polonijnego biznesmena Edwarda Mazura podejrzewanego o zlecenie zabicia gen. Papały, to jeszcze potem nie uniemożliwili mu wyjazdu z Polski.

Zresztą liczba zdarzeń katastrofalnych w skutkach dla przebiegu tego postępowania dawno przekroczyła granicę, która pozwalałaby je tłumaczyć wiarą w rządy przypadku. Ot, choćby seria zgonów gangsterów zamieszanych w zabójstwo Papały: Jeremiasza Barańskiego (ps. Baranina), Nikodema Skotarczaka (ps. Nikoś), Rafała Kanigowskiego (ps. Gruby) czy wreszcie niedawna tajemnicza śmierć w więzieniu Artura Zirajewskiego (ps. Iwan), kluczowego świadka w sprawie zabójstwa komendanta policji.

A teraz nawet powodzenie tego, rozpoczętego w środę - nie pierwszorzędnego w całej tej sprawie – procesu stanęło pod dużym znakiem zapytania. Albowiem już podczas pierwszej rozprawy swoje zeznania ze śledztwa odwołał Andrzej Z. Jeśli dodać do tego procesowe konsekwencje śmierci Zirajewskiego, wydaje się, że kwestia rozwikłania zagadki i ukarania mordercy gen. Papały oraz jego głównego mocodawcy została już właściwie przez polski wymiar sprawiedliwości przegrana.

A to by oznaczało, że w sprawie: polskie państwo kontra zabójcy Marka Papały, górą są mordercy generała. Czy można szanować takie państwo? Takie, które pozwala bezkarnie zastrzelić szefa swojej policji?

Kto chciałby oślepić opinię publiczną

7 lutego 2010 autor rp

“Rz” ujawniła w sobotę informacje z przesłuchania Ryszarda Sobiesiaka w prokuraturze, z których wynika (po pierwsze), że to Marcin Rosół, współpracownik ministra sportu Mirosława Drzewieckiego, mógł być źródłem przecieku o akcji CBA, oraz (po drugie), że posłowie Zbigniew Chlebowski, Mirosław Drzewiecki i Grzegorz Schetyna powiedzieli przed komisją śledczą co innego o długości znajomości z Ryszardem Sobiesiakiem, niż on zeznał w prokuraturze.

W odpowiedzi poseł PO Janusz Palikot z wrodzoną sobie delikatnością zaatakował „Rz” w niedzielnym programie „Kawa na ławę” w TVN i TVN 24, nazywając naszą gazetę słupem ogłoszeniowym służb specjalnych.

Cóż, na takie słowa można by zareagować po prostu wzruszeniem ramion. W końcu co w tym nowego, że polityk zżyma się na dziennikarzy publikujących niekorzystne dla niego lub dla jego partii informacje. Albo domaga się – pod pozorem ochrony interesu publicznego – oślepienia opinii publicznej, czyli ochrony interesu partyjnego.

Ale można też zareagować inaczej – smutną dla stanu Rzeczypospolitej konstatacją, że dziennikarze już niejeden raz musieli wyręczać rządzących polityków i prokuratorów w ich powinnościach. A co najmniej ich do większej aktywności zachęcać. Dość wspomnieć aferę Rywina sprzed kilku lat, skandal dotyczący kulis porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika oraz właśnie aferę hazardową. Czyż to bowiem nie media swoimi publikacjami – zarówno w tych, jak i dziesiątkach innych przypadków – zmusiły bezczynnych polityków do działania?

W związku z tym politykom – a Januszowi Palikotowi, było nie było przewodniczącemu sejmowej komisji „Przyjazne państwo” w szczególności – wypada zalecić jedno. Aby wreszcie skoncentrowali się na tym, za co im – jako podatnicy – płacimy: na doprowadzeniu naszego państwa do stanu, który będzie gwarantował szybkie i skuteczne działanie jego aparatu na podstawie obowiązujących przepisów prawa, a nie dopiero wtedy, gdy pod wpływem artykułów prasowych zażąda tego opinia publiczna. Tylko tyle, czy też raczej – sądząc po dotychczasowych efektach ich pracy – aż tyle.

Polska armia straci oczy i uszy?

25 stycznia 2010 autor rp

Nestety, coraz wyraźniej widać, że stan polskich sił zbrojnych ma się wprost proporcjonalnie do stanu polskiego przemysłu zbrojeniowego. A ten, na nasze nieszczęście, właśnie pada ofiarą kryzysu oraz – w najlepszym razie – braku wyobraźni kierujących nim ludzi.

Jak ustaliła bowiem „Rzeczpospolita”, zarząd Bumaru – państwowego koncernu dysponującego akcjami wielu polskich firm zbrojeniowych – zaciągnął we francuskim banku kredyt w wysokości 18 milionów dolarów. Zaciągnął go pod zastaw 80 proc. akcji Radwaru – wartego kilkaset milionów dolarów przedsiębiorstwa, które od wielu lat zaopatruje polską armię w skomplikowane systemy radarowe, czyli dba o jakość „oczu i uszu” naszych sił zbrojnych.

Na domiar złego, zarząd Bumaru uczynił to bez wiedzy i zgody Ministerstwa Obrony Narodowej (choć za wiedzą Ministerstwa Skarbu Państwa), a teraz zachodzi poważne niebezpieczeństwo, że nie będzie w stanie w terminie, który upływa już pod koniec stycznia, zwrócić długu. Co w tej sytuacji stanie się z akcjami Radwaru, których odkupieniem od francuskiego banku już interesuje się kilka – nie tylko polskich – firm?

Cóż, może i kapitał nie ma narodowości, ale jak się przyjrzeć uważnie, to – dziwnym trafem – okazuje się, że działające w Niemczech przedsiębiorstwa zbrojeniowe czy energetyczne w znacznej części kontrolowane są przez kapitał niemiecki; podobnie jak firmy z tych wrażliwych sektorów działające we Francji w dużym stopniu kontrolowane sa przez kapitał francuski, w Wielkiej  Brytanii zaś – przez brytyjski, a w USA – przez amerykański.

W każdym razie własność państwowa, złota akcja Skarbu Państwa w firmach prywatnych, zamówienia rządowe kierowane wyłącznie do „swoich” koncernów czy też inne – bardziej dyskrecjonalne, ale nie mniej skuteczne – metody kontrolowania przedsiębiorstw, od których zależy bezpieczeństwo militarne i energetyczne państwa, to standard w krajach, w których poważnie traktuje się własną państwowość.

Jak na ich tle wypada Polska – nie warto nawet wspominać.

Polska z Ukrainą dowolnego koloru

18 stycznia 2010 autor rp

Trudno ustalić, czy nasza dyplomacja uczyniła wszystko co możliwe, aby Polska nadal miała jak najlepsze stosunki z Ukrainą – niezależnie od tego, czy głową tego państwa zostanie Wiktor Janukowycz czy Julia Tymoszenko, ale nie wydaje mi się, abyśmy w tej kwestii – naszej polityki wschodniej – byli ostatnio krajem, który nie marnuje żadnej okazji, którą mógłby zmarnować.

Wręcz przeciwnie, odnoszę nieodparte wrażenie, że z każdym rokiem okazji marnujemy coraz mniej. A w poczynaniach naszych polityków wciąż sporej dawce (uzasadnionego i potrzebnego) sentymentalizmu towarzyszy coraz większa dawka realizmu. Czego dowodem choćby uzyskana przez dziennikarza “Rzeczpospolitej” w Kancelarii Prezydenta RP zapowiedź, że Lech Kaczyński będzie się chciał jak najszybciej spotkać z nowym przywódcą Ukrainy niezależnie od tego, kto wygra wybory.

Nasza dyplomacja zresztą najpewniej zyska wkrótce duże pole do popisu, bowiem wyniki pierwszej tury wyborów ze sporym prawdopodobieństwem wskazują, że za trzy tygodnie Ukraina może zmienić swe nastawienie z pomarańczowego na niebieskie, a w każdym razie z pomarańczowo-niebieskiego na niebiesko-pomarańczowe – cokolwiek będzie to oznaczało.

Należy mieć przy tym nadzieję, iż spór gorzejący między kształtującymi naszą politykę zagraniczną administracjami rządową i prezydencką nie stanie na przeszkodzie skutecznemu podjęciu tego wyzwania. Tym bardziej że – na szczęście – dyplomacja ma teraz ułatwione zadanie. Ostatnie lata to w końcu nie tylko zawiązanie polsko-ukraińskiego strategicznego sojuszu futbolowego przy realizacji Euro 2012. To także mnóstwo wspólnych przedsięwzięć gospodarczych polskich i ukraińskich firm, to polsko-ukraiński batalion sił pokojowych, to regularnie podejmowane (fakt, na razie z różnym skutkiem) próby wyjaśnienia wspólnej, niezwykle trudnej historii.

Bo przecież, koniec końców – z naszego punktu widzenia – nieważne, jakiego koloru będzie demokratyczna Ukraina, ważne, żeby była otwarta na Polskę, czyli na Zachód.

Odwagi, Pani Minister!

14 stycznia 2010 autor rp

Z pustego – wiadomo – i minister zdrowia Ewa Kopacz, i szef Narodowego Funduszu Zdrowia Jacek Paszkiewicz nie naleją.

A o ile w dyspozycji NFZ (według planów finansowych publikowanych pod koniec każdego roku) w 2006 r. było 36,3 mld złotych, w 2007 r. – 41,1 mld złotych, w 2008 r. – aż 49,6 mld złotych, zaś w 2009 r. – 53,5 mld złotych, to w 2010 r. będzie to już tylko – według prognoz – 53,2 mld złotych. Czyli tegoroczny budżet NFZ skurczy się w stosunku do ubiegłorocznego.

Jak z tym niepokojącym niedostatkiem pieniędzy zamyśla poradzić sobie zarząd Narodowego Funduszu Zdrowa? Jak zamierza związać koniec z końcem? Odpowiedź na to pytanie ma kluczowe, ba, wręcz gardłowe znaczenie dla nas wszystkich, bo choć końce wiąże NFZ, to przecież chodzi o – jak najbardziej – nasze “końce”: nasze składki i kupowane za nie usługi medyczne, z których to my korzystamy.

Na razie, jak się okazuje, mamy do czynienia z serią podjętych (nadal podejmowanych?) po kryjomu decyzji oszczędnościowych, a gdy którakolwiek z nich wychodzi na jaw (niestandardowa chemioterapia, dializy, mammografia, stomatologia), to najpierw próbuje się nam wmówić, że nie rozumiemy tego, co czytamy w zarządzeniach NFZ, a potem cofa się owe zarządzenia i przywraca dawne procedury, czyli – w istocie – wycofuje z zamierzonych wcześniej oszczędności.

Nazywać taką polityką mało odważną i krótkowzroczną, to być nadzwyczaj wyrozumiałym dla jej twórców. Bo jest to – w gruncie rzeczy – polityka po prostu tchórzliwa i zabójczo oraz samobójczo krótkowzroczna. Pytanie tylko, czy najpierw zabije – w sensie politycznym – jej autorów, czy też – już w sensie całkiem dosłownym – niektórych z dotkniętych przez jej skutki pacjentów. Właśnie z powodu tego wysokiego stopnia śmiercionośności realizowanej obecnie polityki, stanowczo domagam się elementarnej odwagi od ludzi zarządzających polskim systemem ochrony zdrowia.

Szanowna Pani Minister Zdrowia! Szanowny Panie Prezesie NFZ! Odwagi! Proszę, niech Państwo wreszcie wyjawią, na czym zaplanowali Państwo oszczędności w służbie zdrowia, czyli na które terapie, na jakie leki wydamy w tym roku mniej pieniędzy. Bo że oszczędności takie są konieczne – w sytuacji, gdy już teraz wiadomo, że pieniędzy będzie mniej – jest rzeczą oczywistą.

Uprzywilejowana dyskryminacja

13 stycznia 2010 autor rp

Niestety, Polska wciąż pozostaje krajem równych i równiejszych. Państwem, w którym nie tylko uprzywilejowuje się jednych obywateli kosztem drugich, ale także jedne firmy kosztem innych. Uprzywilejowuje jednych, czyli dyskryminuje drugich.

Jedni obywatele RP muszą bowiem płacić podatki od dochodów osobistych, a inni (rolnicy) nie, a mimo to mogą – na takich samych zasadach jak płatnicy – korzystać ze wszystkich dobrodziejstw państwa polskiego, a więc publicznego szkolnictwa, ochrony policji, obsługi konsularnej itd. Jedni nie mają przywilejów emerytalnych, inni (górnicy, policjanci, wojskowi) – a jakże, i to całkiem spore. Jedni muszą uiszczać wysoką składkę zdrowotną, inni (rolnicy) malutką, ale z usług publicznej służby zdrowia mogą korzystać, ile dusza zapragnie. Jedni muszą opłacać składkę na swą emeryturę w pełnej wysokości, inni (rolnicy) nie.

To samo dotyczy niektórych instytucji i przedsiębiorstw, między innymi firm świadczących usługi medyczne. Z informacji uzyskanych przez dziennikarzy „Rzeczpospolitej” wynika na przykład, że w tym roku Narodowy Fundusz Zdrowia zaproponował prywatnym przychodniom i szpitalom kontrakty medyczne na warunkach dużo mniej korzystnych niż placówkom publicznym, czyli tym, które w znacznej części należą do samorządów.

W tym kontekście zapewne nie od rzeczy będzie przypomnieć, że wielkimi krokami zbliżają się wybory samorządowe. Niewykluczone więc, że rządzący politycy, którzy bardzo chcą je wygrać i dlatego nie przebierają w środkach, postanowili tym razem zafundować sobie kampanię wyborczą również za pieniądze płatników składki zdrowotnej.

No i proszę, jak im chwacko idzie. A wszystko to – oczywiście – w ramach nieprzerwanego i w dodatku pełnego sukcesów realizowania fundamentalnej dla wolnego rynku idei równego traktowania podmiotów gospodarczych. Panie i panowie, brawo!

W rankingu najskuteczniej dyskryminujących państw świata – gdyby taki istniał

– Polska przesunęłaby się wskutek tej operacji NFZ znów o kilka oczek w górę, czyli w dół. A my razem z nią.