Polska sauté – w karcie dań

06 lut 2012

Każdą porażkę można nazwać sukcesem i w ten sposób zaklinać rzeczywistość, czego właśnie jesteśmy świadkami

A przecież gołym okiem widać, że Donald Tusk wrócił z Brukseli „na tarczy”, czy raczej – zgodnie z obowiązującym od niedawna kodem – „w karcie dań”. A z nim, niestety, również Polska. Oczywiście, pamiętając o „wadze” naszego państwa w UE, zapewne nie istniał sposób, który gwarantowałby odniesienie sukcesu (co zresztą miałoby nim być?).

Ale z pewnością miotanie się szefa rządu od jednej ściany (bezwarunkowego poparcia dla paktu fiskalnego) do drugiej (groźby weta dla paktu) oraz wiszenie u klamki kanclerz Niemiec od początku zapowiadało porażkę. I tak też się stało. Unia Europejska, jaką znaliśmy – z mnóstwem wad, ale też wieloma zaletami (zwłaszcza jeśli pamiętać o naszym geopolitycznym położeniu), Unia, w której dopiero uczyliśmy się walczyć o swoje – powoli odchodzi do historii. Bo chyba nie ma już wątpliwości, że dziś istnieją nawet nie dwie, ale trzy unie: „27” (UE), „25” (UE minus Wielka Brytania i Czechy) oraz „17” (państwa strefy euro). I literalnie nic – w tym żaden rodzaj europejskiej poprawności politycznej – nie skrywa już także niemieckiej dominacji na naszym kontynencie. Czego próba narzucenia przez nich komisarza ds. Grecji jest znakomitą ilustracją.  To cena, jaką płacimy za błędy popełnione przez – pospołu – polityków francuskich, którzy uznali, że odebranie Niemcom marki i wprowadzenie euro osłabi wpływy Berlina, oraz euroentuzjastów różnych narodowości, którzy Francuzów w tym dziele ochoczo wsparli. Euroentuzjastów mających na sumieniu przeforsowanie niejednego głupstwa, które sporo kosztowało państwa UE (i ich Unię). Euro topi starą Unię, a to oznacza, że teraz naprawdę kończą się żarty, a zaczyna prawdziwa polityka międzynarodowa. Polityka, w której nasz kraj staje oko w oko z koncertującymi w najlepsze mocarstwami, będąc zmuszonym w nowych warunkach bronić swych interesów.

W tej sytuacji znacznie lepiej byłoby, gdyby Polska już dziś więcej „ważyła” w Europie. Czyli gdyby była zasobniejsza i gdyby miała za sobą te wszystkie reformy, poniechane przez pozbawionych odwagi i wyobraźni polityków, które sprawiłyby, że dysponowalibyśmy sprawniejszym państwem. Państwem ze zdrowymi finansami publicznymi (pozwalającymi np. w każdej chwili przystąpić do strefy euro, choć z pewnością teraz tego czynić nie powinniśmy), z wysokim poziomem wolności gospodarowania, z siecią autostrad i kolei, z silną armią. Ale tego wszystkiego nie mamy.

A co mamy? Czy mamy chociaż jedną ekipę polityczną, która dawałaby nadzieję na szybkie nadrobienie tych zaległości, czyli na sukces w grze o to, aby jak najszybciej uciec z talerza, na którym się znaleźliśmy, i wreszcie usiąść przy europejskim stole?

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Europa z euro u szyi

30 sty 2012

Nie ma wątpliwości, że wspólny unijny pieniądz ma przeszłość. Trwa spór, czy ma też przyszłość.

To prawda, wciąż nie brakuje optymistów w sprawie owej przyszłości euro. Słychać ich codziennie w telewizji i radiu, jak zachwalają walory unijnego pieniądza. To szefowie banków centralnych, ministrowie finansów, premierzy i wicepremierzy, prezydenci. Nietrudno zauważyć, że dominują wśród nich ludzie, którzy nie mają wyboru i niejako z urzędu muszą się silić na optymizm w sprawie eurowaluty.

A kto w toczącym się sporze ma rację? Ci, którzy twierdzą, że euro ma przyszłość, czy też ci, którzy uważają, że unijny pieniądz ma już głównie przeszłość, albowiem to on sam – wskutek decyzji polityków, które sprawiły, że obowiązuje on na obszarze obejmującym państwa o tak zróżnicowanym poziomie rozwoju gospodarczego jak choćby Grecja i Niemcy – jest przyczyną wielu kłopotów państw eurolandu?

W tym kontekście warto zwrócić uwagę na niektóre fakty przytoczone na łamach „Rzeczpospolitej” przez prof. Jana Czekaja z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, byłego członka Rady Polityki Pieniężnej.

Po pierwsze, kraje eurolandu rozwijały się w latach 2001–2011 w przeciętnym rocznym tempie wynoszącym 1,2 proc., państwa całej Unii Europejskiej – w tempie 1,5 proc., zaś kraje grupy G7 – w tempie 1,3 proc.

Po drugie, szacowana na koniec 2011 r. relacja długu publicznego do PKB w państwach strefy euro miała wynieść 88,6 proc., a w krajach całej UE – 82,3 proc., natomiast w USA znacznie więcej, bo 100 proc., w państwach grupy G7 jeszcze więcej – 119,3 proc., a w Japonii aż 233 proc.

I wreszcie po trzecie, wysokość deficytu budżetowego w latach 2001–2011 kształtowała się w krajach strefy euro na poziomie zbliżonym do światowego. Choć oczywiście był on i pozostaje bardzo zróżnicowany – od przekraczającej 2 proc. PKB nadwyżki w Finlandii po zbliżający się do 14 proc. PKB deficyt w Grecji.

A skoro tak – co przecież wprost wynika z powyższych zestawień – z państwami strefy euro było i jest aż tak dobrze (a w każdym razie, przeciętnie rzecz biorąc, nie gorzej niż z państwami spoza eurolandu), to dlaczego jest z nimi aż tak źle? Tak źle, że to właśnie one – kraje strefy euro – od kilkunastu miesięcy są dla całego świata największym utrapieniem?

Rodzi się nieodparte wrażenie, że strefa euro w obecnym kształcie – tak samo jak niegdyś PRL – zaczyna specjalizować się w rozwiązywaniu problemów, których sama hurtowo dostarcza. Jak to się skończyło w wypadku PRL, wiadomo.

Czytaj też na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kaczysta Donald Tusk

23 sty 2012

Premier nagle przestał mówić po europejsku, a zaczął – po polsku

Chyba właśnie w ten sposób najłatwiej streścić przemianę, która dokonała się w Donaldzie Tusku w ubiegłym tygodniu. Z jednej strony – lepiej późno niż wcale, z drugiej – czyż to nie kolejny dowód sporej naiwności tego polityka? Czyżby rzeczywiście szef rządu dopiero teraz pojął to, co np. premier Wielkiej Brytanii David Cameron  i kanclerz Niemiec Angela Merkel wiedzą „od zawsze”? Że znacznie bardziej się opłaca mieć własne zdanie, niż go nie mieć, a ewentualną rewizję swego stanowiska (czy też stanowiska państwa, które się reprezentuje) drogo – możliwie jak najdrożej! – „sprzedać”?

W sprawie europejskiej unii fiskalnej do ubiegłego tygodnia Polska realizowała tę strategię Donalda Tuska, która stanowiła, że nasz kraj będzie się starał wejść do unii fiskalnej w zasadzie za wszelką cenę oraz bezwarunkowo wesprze finansową akcję ratowania strefy euro, pożyczając w tej intencji Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu niemałe pieniądze. Gdy później dowiedzieliśmy się, że – wbrew wcześniejszym zapewnieniom rządzących polityków – nie będziemy wpuszczani na szczyty eurolandu (w najnowszej wersji projektu umowy ten zapis nieco złagodzono), szef rządu po prostu uznał swoją (i Polski) porażkę, przyznając: „Trudno, nie wszystko można wygrać”.

I oto nagle, w ostatnią środę, Donald Tusk doznał przemiany. Zapowiedział, że to, czy Polska przystąpi do unii fiskalnej, zależeć będzie od wyniku rozmów w sprawie dopuszczenia Warszawy do grupy decydujących o kształcie strefy euro. Czyli przestawił politykę na tory postulowane przez część opozycji, w tym przez partię Jarosława Kaczyńskiego.

Inaczej mówiąc, najpierw premier oddał poparcie Polski dla unii fiskalnej za darmo, a teraz postanowił je wycofać i podbić stawkę. Zaiste przedziwna to taktyka negocjacyjna; taktyka, obawiam się, nie budująca  autorytetu Polski. Ale oczywiście lepiej przyjść po rozum do głowy poniewczasie, niż z uporem trwać w błędzie.

A swoją drogą, ciekawe, czy ten nagły zwrot w polityce Tuska jest rezultatem głębokiego namysłu, czy też (jak w wypadku zapowiedzi, że Polska już w 2011 r. przystąpi do eurolandu) decyzją podjętą w afekcie i – jak się wydaje – nawet bez konsultacji z odpowiednimi ministrami. Ciekawe też, jak na tę zmianę zareagują owi ministrowie (na czele z szefem dyplomacji Radosławem Sikorskim) i całe zastępy chwalców wszystkich, także wzajemnie się wykluczających, strategii i taktyk premiera. Zapewne jak zwykle zadeklarują: właśnie to zawsze mieliśmy na myśli.

Czytaj też na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Parada nieudaczników

16 sty 2012

Który z rządzących zasługuje na tytuł najbardziej nieudolnego polityka dekady?

Ekipa Donalda Tuska słynie nie tylko z tego, że cnotę uczyniła z nieprzeprowadzania w kraju nawet tych naprawdę niezbędnych zmian, ale także z tego, że jak już się – chcąc nie chcąc, przeważnie pod presją zdarzeń – do czegoś zabierała i zabiera, to zazwyczaj robiła i robi to tak, że na końcu oczywiście wychodzi jak zwykle.

O tym, jak przygotowano reformę prokuratury – zmianę tę firmował ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski – od kilku dni, od kiedy prokuratorzy wojskowi i cywilni skaczą sobie do gardeł, doskonale wiedzą już wszyscy (choć dowody słabości nowego systemu otrzymujemy od dawna, na przykład w związku ze śledztwem smoleńskim).

A przecież jeszcze nie zdążyła wygasnąć zafundowana nam u schyłku poprzedniego roku przez ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza (i jego poprzedniczkę Ewę Kopacz) afera z nową listą leków refundowanych. A niewiele tygodni wcześniej była już minister edukacji narodowej Katarzyna Hall skompromitowała się na przemian wprowadzaną i odkładaną w czasie, i znowu wprowadzaną, i znowu odkładaną próbą zapędzenia do szkół sześciolatków.

W każdym razie bałagan, do którego przy okazji doprowadziła, jeszcze długo będzie dezorganizował życie niejednej szkoły.

Z kolei rok wcześniej zapisał się w naszej pamięci minister infrastruktury Cezary Grabarczyk, który nie był w stanie zapanować nad tak prostą czynnością, jak wprowadzenie nowego rozkładu jazdy kolei. A pamiętają państwo podjętą przez tegoż ministra próbę skłonienia Chińczyków, aby za półdarmo zbudowali nam niemały odcinek autostrady A2? Albo późniejszą próbę (do dziś nieudaną) uzyskania od nich odszkodowania? Czy też jego ogólną niezdolność do budowania dróg, bo przecież tych obiecanych, a niewybudowanych autostrad i dróg ekspresowych są setki kilometrów.

A może przypominają sobie państwo próbę sprzedania przez legendarnego ministra skarbu Aleksandra Grada stoczni legendarnym Katarczykom? Albo wciąż niezakończoną, toczoną przez jego następcę Mikołaja Budzanowskiego debatę na temat tego, jak mocno opodatkować KGHM? W rezultacie czego akcje tej spółki, jednej z największych na warszawskiej giełdzie, skaczą jak na bungee, przyprawiając o zawał serca niejednego inwestora w różnych częściach świata.

Ale co tam. Premier Tusk i jego dzielni ministrowie lubią od czasu do czasu się pobawić w rządzenie Polską, w czym z pewnością pomaga im świadomość, że to nie oni płacą za efekty swoich swawoli. Bo płacimy my – pani płaci, pan płaci, społeczeństwo płaci.

Czytaj też na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prezesie Pawlak, dziękujemy!

09 sty 2012

PSL powoli, krok po kroku, wciąga Polskę w kryzysowy korkociąg

Najpewniej właśnie w ten sposób skończy się rozmontowywanie przez polityków partii Waldemara Pawlaka tego i tak, jak się wydaje, dalece niewystarczającego dla uchronienia Polski przed krachem zestawu reform i cięć budżetowych, które w swym exposé zapowiedział Donald Tusk.

Z kilkunastu ogłoszonych przez premiera propozycji zmian pozostało już naprawdę niewiele, które nie byłyby – w taki czy inny sposób, w mniejszym lub większym stopniu – skrytykowane, podane w wątpliwość albo wręcz wysadzone w powietrze przez liderów koalicyjnego PSL. Podniesienie składki rentowej o 2 punkty procentowe? A może o mniej niż dwa punkty? Zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn oraz podniesienie go do 67 lat? A może kobietom wychowującym dzieci – za każde z nich – odejmować kilka lat od powszechnego wieku emerytalnego? Natomiast o wprowadzeniu do rolnictwa rachunkowości, włączeniu mieszkańców wsi do powszechnego systemu podatkowego i emerytalnego (likwidacja KRUS!) zapewne w ogóle nie będzie mowy.

Politycy PSL ujmują się za wszystkimi i za każdym z osobna, byle tylko odróżnić się od Platformy Obywatelskiej i podkreślić, że w koalicji rządzącej to oni są tymi, którzy „dbają o ludzi”. Wszelako zdemolowanie programu Tuska sprawi, że to właśnie ci ludzie (czyli my wszyscy) zapłacą za kryzys, w który wpędza nas PSL. Zapłacimy, drożej kupując paliwo i wszystkie inne towary pochodzące z importu, ale także te wyprodukowane w Polsce, bo przecież niewiele z nich nie zawiera w sobie czegoś z zagranicy. Zapłacimy, spłacając wyższe raty kredytów zaciągniętych w obcych walutach, bo złoty będzie się osłabiał wraz ze staczaniem się Polski w objęcia kryzysu. Itp., itd.

I za to wszystko będziemy mogli wkrótce „podziękować” Waldemarowi Pawlakowi oraz jego kolegom z PSL. Ale czy rzeczywiście im? Może jednak powinniśmy za to wszystko „podziękować” Donaldowi Tuskowi? To w końcu na nim – jako zwycięzcy wyborów – spoczywała odpowiedzialność za sformowanie koalicji rządzącej. A to przecież oznacza nie tylko obowiązek dogadania się z koalicyjną partią w sprawie podziału rządowych posad, ale także w sprawie programu reform (i cięć), które w czasie wspólnych rządów będą realizowane.

Czy Donald Tusk wywiązał się z tego obowiązku? Czy też dopuścił się – także tym razem, podobnie jak w 2007 r., formując pierwszą koalicję z PSL – rażącego zaniedbania, za które znów zapłaci nie on, ale my wszyscy – jako podatnicy (płacąc wyższe podatki) i jako klienci (niemal wszystko drożej kupując)?

Czytaj też na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Uniwersytety niepełnowartościowe

02 sty 2012

Polska funkcjonuje dokładnie tak samo źle jak uczelnie kształcące jej funkcjonariuszy

Ile razy dziennie narzekamy na Polskę niezadowoleni z niej? Nawet jeśli często niezasłużenie, to przecież nie rzadziej – jak najbardziej zasłużenie. A skoro, jeśli faktycznie „takie będą (są) Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”, czyż przyczyn tego niezadowolenia z biegu naszych polskich spraw nie powinniśmy szukać właśnie w jakości edukacji?

Tylko  dwóm najlepszym polskim szkołom wyższym: uniwersytetom Warszawskiemu i Jagiellońskiemu, udaje się kwalifikować do grona najlepszych uczelni świata, według rankingu przygotowywanego od kilku lat przez zespół naukowców z Uniwersytetu Szanghajskiego. Niestety, nasze uczelnie zajmują w tym prestiżowym zestawieniu miejsca dopiero w czwartej setce, gdy na przykład Uniwersytet Karola w Pradze jest klasyfikowany w trzeciej.

Ale powinniśmy na to patrzeć inaczej: to nie tylko najlepsze polskie uniwersytety niezmiennie, od zawsze tkwią dopiero w czwartej setce uczelni świata. To Polska jest na szarym końcu. I dlatego w naszym kraju powstaje tak mało wynalazków czy – szerzej – dzieł, które znajdowałyby nabywców także w innych częściach świata. Czego, chyląc głowy przed profesurą, z uporem nie chcemy wciąż dostrzec, kontentując się osiągniętym w latach 90. ilościowym postępem w szkolnictwie wyższym.

Ale to niejedyny objaw niskich ocen polskich uczelni. Podobne noty wystawiają im każdego roku zagraniczni studenci, omijając je szerokim łukiem. Z opublikowanych niedawno przez „Rzeczpospolitą” danych wynika, że w roku akademickim 2009/2010 nasz kraj jako miejsce swych studiów wybrało 6 tys. cudzoziemców, gdy niemal czterokrotnie mniejsze pod względem liczby ludności Czechy wybrało 4,6 tys., a podobnej do Czech wielkości Węgry – 2,8 tys. W Polsce jeden uczący się cudzoziemiec przypada na 200 studentów, a w Czechach – na 15.

To po prostu jedna, wielka katastrofa, której prawdziwych przyczyn naprawdę nie da się przysłonić osławionymi wykrętami o „zbyt niskich wydatkach na edukację i szkolnictwo wyższe”. A jeśli nawet będzie się próbowało, to czyż nie jest to tłumaczenie w istocie autokompromitujące? Bo przecież wyboru budżetowych priorytetów rok w rok dokonują w naszym państwie nie krasnoludki, lecz w przeważającej większości absolwenci właśnie polskich uniwersytetów i politechnik. Jak więc zostali przygotowani przez swych nauczycieli akademickich do pełnienia ról społecznych i zawodowych, skoro nie potrafią docenić znaczenia dobrego wykształcenia, którego przecież nie da się zdobyć bez niezbędnie dużych pieniędzy? Otóż zostali przygotowani fatalnie.

Czytaj też na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pięć sztuczek Jacka Rostowskiego

27 gru 2011

Ciekawe, czy rynki finansowe docenią prestidigitatorskie umiejętności naszego ministra finansów.

W każdym razie nie zdziwiłoby mnie, gdyby to właśnie Jackowi Rostowskiemu wszyscy żyjący byli ministrowie finansów Grecji chcieli przyznać Nagrodę Najbardziej Kreatywnego Ministra Finansów Roku 2011. Katalog jego wciąż wzbogacanego zestawu trików budżetowych nie od dziś budzi u fachowców podziw.

Po pierwsze, pod dywan. Ministrowi udało się wypchnąć poza budżet państwa tak wiele miliardów złotych długu i zmyślnie poukrywać je w rozmaitych funduszach oraz agencjach, choćby w Funduszu Drogowym, że ich odnalezienie może nastręczyć nie lada trudności. I co prawda udało mu się w ten sposób obniżyć deficyt finansów publicznych liczony po polsku, jednak zgodnie z definicjami unijnymi nasze państwo od dawna przekracza poziom 55 proc. długu do PKB. A jego przewyższenie, jak wiadomo, wymusza na rządzących konieczność zrównoważenia budżetu.

Po drugie, nadmuchiwanie złotego. Pod koniec roku minister Rostowski lubi sobie pohandlować walutami; po to, aby wzmocnić złotego i w ten sposób obniżyć wysokość polskiego długu publicznego w czasie, gdy oblicza się jego wartość (chodzi o tę jego część, która została zaciągnięta w walutach obcych). Tak było w ubiegłym roku, tak będzie zapewne i w tym, ale w przyszłym już raczej nie, albowiem…

Po trzecie, bardzo średni kurs. … albowiem minister postanowił sobie ułatwić życie i zamiast co roku pod koniec grudnia boksować się z rynkiem o poziom kursu złotego, nagle zmienia reguły gry. Teraz przy ustalaniu wysokości długu publicznego pod uwagę brany będzie nie kurs złotego na koniec roku, lecz kurs średnioroczny. Zabawne, prawda? A przy tym jakie poręczne.

Po czwarte, bony odkupię. Żeby na koniec roku nieco zbić poziom długu publicznego, minister postanowił w grudniu przedterminowo wykupić od inwestorów trochę polskich bonów skarbowych. Chciał  je wykupić za kwotę ponad 16 mld zł, ostatecznie stanęło na dwóch miliardach z kawałkiem.

Po piąte, dług Polski przechwytuje Warszawa. Na prośbę ministra w jego żonglerce długiem wsparł go też stołeczny ratusz (a być może także inne samorządy). Warszawscy radni postanowili ulżyć długowi naszego państwa, kupując polskie bony skarbowe za ponad pół miliarda złotych. Kupić na krótko, zaledwie na kilka dni – kupić tuż przed sylwestrem i odsprzedać zaraz po nim. Ale przecież w tym budzącym zachwyt popisie kuglarstwa ekonomicznego o to właśnie chodzi.

I tylko rynki finansowe są na razie całkiem nieczułe na te dowody kunsztu naszego mistrza kreatywnej księgowości. Czego dowodem fakt, że złoty osłabił się w tym roku w stosunku do euro aż o 12 proc. A czeska korona tylko o 2 proc.

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bruksela wyśle czołgi do Berlina?

19 gru 2011

Jak Komisja Europejska wyegzekwuje kary za nieprzestrzeganie nowych reguł

Właśnie wszedł w życie osławiony sześciopak – zbiór przepisów, które mają uchronić Unię Europejską przed kolejnym kryzysem. Zapisano w nim wiele z gruntu słusznych zasad, którymi powinny się kierować – pod groźbą kar – państwa członkowskie wspólnoty. Na przykład nie powinny przekraczać poziomu 60 proc. długu do PKB i (po trzyletnim okresie przejściowym) nadwyżkę ponad ten poziom zbijać po pięć punktów procentowych rocznie. I to pod finansową sankcją (co najmniej 0,2 PKB) nakładaną przez Komisję Europejską.

Wszystko to razem brzmi pięknie, a nawet dość przekonująco. I, jak to w UE, ma tylko jedną, ale za to zasadniczą wadę: otóż zupełnie nie wiadomo, jak KE miałaby te przepisy egzekwować od niepodległych i suwerennych państw. Będzie wysyłać do ich stolic swoich komisarzy, aby pilnowali wywiązywania się przez parlamenty i rządy z przyjętych zobowiązań? A jeśli tak, to jak ci komisarze będą tego dochodzili? Prośbą czy groźbą? I czy będą potrafili być skuteczniejsi niż do tej pory? Bo przecież w ciągu niewielu lat obowiązywania traktatu z Maastricht jego zapisy naruszono oficjalnie ponad 60 razy. A ile razy nieoficjalnie? Czy eurokomisarze będą torturować parlamentarzystów, aby przyjmowali ustawy niezbędne do wypełnienia zobowiązań, a jeśli im się to uda, to potem będą torturowali obywateli, aby się tym ustawom podporządkowali? A może KE wynajmie kilka dywizji wojska od USA i pośle je jako swój kontyngent – w obronie zagrożonych reform – do szczególnie krnąbrnych krajów Unii? Na czele europejskich wojsk ekspedycyjnych śmiało mogliby – i to osobiście – stanąć przewodniczący KE José Manuel Barroso albo Jerzy Buzek, który wkrótce będzie miał więcej wolnego czasu, bo fotel lidera Parlamentu Europejskiego odstąpi Martinowi Schulzowi.

A gdy już brukselskie wojska dotrą na miejsce, to nałożoną na niesforne, niewypełniające postanowień sześciopaku państwa kontrybucję w wysokości co najmniej 0,2 PKB będą odbierać siłą? I czy – jeśli nie uda się im odzyskać należności w pieniądzach – będą jej dochodzić w naturze? Zaaresztują Grekom Akropol, Włochom – cały Rzym, Francuzom – Luwr i wszystkie winnice, a Niemcom (tak, tak, 83 proc. długu w stosunku do PKB to nie w kij dmuchał!) – Bawarię?

No bo jeśli nie za pomocą komisarzy i nie przy udziale wojska, to jakim cudem KE wyegzekwuje od nieprzestrzegających prawideł sześciopaku państw nałożone przez siebie sankcje? A – jak uczy doświadczenie – nie będą to pojedyncze przypadki.

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Trzymam z Angelą Merkel

12 gru 2011

Po nas choćby potop. Po nas? Niezupełnie. Problem w tym, że akurat ten potop pochłonie także nas

Utopmy się – brzmią dobre rady, słane codziennie niemal z każdego zakątka świata. Tak radzi „wujek dobra rada” Barack Obama i wielu, wielu innych polityków; także ci, po których nigdy byśmy się takich rad nie spodziewali.

Ba, tak radzi także wielu uznanych ekonomistów. Powiadają: zrobiliśmy już tyle niewybaczalnych głupstw, zabrnęliśmy tak daleko, że teraz nie mamy wyboru. Po prostu włączmy maszyny drukarskie i utopmy wszystko oraz wszystkich w morzu drukowanego pieniądza.

Zalejmy papierowym euro każdy zakamarek rynku, każdą rodzinę. A potem niech gilotyna inflacji zrobi swoje. Niech inflacja sięgająca 10, 15 czy 20 proc. przetoczy się przez Europę i odbierze nam część dorobku naszego życia, bo tchórzliwi politycy nie mieli i nie mają odwagi i/lub pomysłu na przeprowadzenie w naszych krajach zmian, które pozwoliłyby uniknąć najgorszego.

Polacy całkiem niedawno – w rezultacie bankructwa PRL – sami cudem wyszli z opresji hiperinflacji. Ten rozdział w najnowszych dziejach naszego państwa dobrze przypomina wydany niedawno przez Narodowy Bank Polski album poświęcony twórczości Andrzeja Heidricha, jednego z najwybitniejszych twórców polskich banknotów. Na kartach dzieła doskonale zobrazowano, jak przyspieszały maszyny drukarskie w odzyskującej niepodległość Polsce, wypuszczając – w pogoni za galopującą inflacją – banknoty o coraz wyższych nominałach: w 1989 r. – 20 tys. zł (Maria Skłodowska-Curie) i 50 tys. zł (Stanisław Staszic), w 1990 r. – 100 tys. zł (Stanisław Moniuszko) i 500 tys. zł (Henryk Sienkiewicz), w 1991 r. – 1 mln zł (Władysław Reymont), a w 1992 r. – 2 mln zł (Ignacy Jan Paderewski). W 1995 r. miał się jeszcze pojawić banknot o nominale 5 mln zł (Józef Piłsudski), ale na szczęście udało się okiełznać inflację i przygotować denominację.

Niestety, mimo tych traumatycznych przeżyć sprzed niecałych dwóch dekad próżno w tej sprawie szukać dowodów zdrowego rozsądku wśród prominentnych Polaków, których głos byłby słyszany nie tylko w naszym kraju. Jak się wydaje, już chyba tylko Niemcy próbują bronić Europę przed współczesnymi barbarzyńcami namawiającymi do uruchomienia maszyn drukarskich i puszczenia ich na pełną moc. Można dodrukować pieniądze, lecz nie da się dodrukować wzrostu gospodarczego – wskazuje Angela Merkel. Ale czy kogoś to jeszcze obchodzi? I jak długo w swym uporze zdoła wytrwać kanclerz Niemiec? W każdym razie tak długo, jak jej się to będzie udawało, będę ją w tej sprawie popierał.

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

100 tysięcy urzędników Tuska

05 gru 2011

Nowy-stary szef rządu rzucił Polaków na pożarcie biurokracji

Doświadczenie uczy, że jeśli polityk Platformy Obywatelskiej zapowiada, iż czegoś nie zrobi, to wiadomo, że tego nie zrobi, a jeśli mówi, iż coś zrobi, to zapowiada. Przynajmniej tak było w pierwszej kadencji rządu Tuska. Jak będzie w drugiej, przekonamy się niebawem.

Tak się przedstawia najnowsza historia walki z plagą biurokracji. Premier w swych przemówieniach raz za razem zapowiadał radykalną redukcję administracji, po czym przychodziły dane za kolejny rok, z których wynikało, że urzędników nie tylko nie ubyło, ale przybyło.

W ciągu ostatnich dwóch lat politycy koalicji rządzącej regularnie deklarowali, że chcą zmniejszyć liczbę urzędników o 10 proc. Tymczasem wzrosła ona o niemal dwa razy tyle, bo 17 proc. (ponad 70 tys.). Natomiast w ciągu czterech lat rządów ekipy Tuska „wzbogaciliśmy się” o ponad 100 tys. urzędników, co oznacza wzrost wydatków na administrację rzędu 5–6 mld zł rocznie.

Wszystkich urzędników zatrudniamy dziś w Polsce (za własne, płacone przez każdego z nas, podatników, pieniądze) już ponad pół miliona. To dopiero armia, nieprawdaż? No, w każdym razie pięć razy liczniejsza od naszej armii, bo żołnierzy mamy z kolei już mniej niż 100 tys. i chyba cały czas ich ubywa. Na marginesie: wciąż trwa spór, co w pierwszej kadencji szło politykom PO sprawniej – demontaż armii czy rozbudowa armii urzędników.

Legendarną nieskuteczność rządu Platformy  w walce z hydrą biurokracji (choć i pozostałym gabinetom szło to niesporo) miała przełamać ustawa zakładająca zwolnienie 10 proc. pracowników administracji publicznej. Niestety, znów się nie udało. Tym razem na drodze do realizacji zapowiedzi Donalda Tuska stanęło legendarne brakoróbstwo jego rządu. Prezydent Bronisław Komorowski, gdy zauważył wady ustawy, postanowił odesłać ją do Trybunału Konstytucyjnego, a sędziowie podzielili jego obawę, że jest ona sprzeczna m.in. z konstytucyjną zasadą zaufania do państwa.

Koniec końców w projekcie ustawy budżetowej na przyszły rok na utrzymanie administracji przewidziano już niemal 27 mld zł. To tylko niewiele mniej (o 2 mld zł), niż wydajemy na naszą armię. A nowy premier Donald Tusk w swoim godzinnym exposé, podczas którego ścigał się z czasem w wymienianiu budżetowych cięć, postanowił nie powtarzać błędu starego premiera Donalda Tuska, więc na temat oszczędzania na urzędnikach ledwie się zająknął. Jednakże – to fakt! – nie przyznał im też żadnych podwyżek (tak jak żołnierzom i policjantom), a przecież mógł, a my i tak musielibyśmy za nie zapłacić.

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop