Każdą porażkę można nazwać sukcesem i w ten sposób zaklinać rzeczywistość, czego właśnie jesteśmy świadkami
A przecież gołym okiem widać, że Donald Tusk wrócił z Brukseli „na tarczy”, czy raczej – zgodnie z obowiązującym od niedawna kodem – „w karcie dań”. A z nim, niestety, również Polska. Oczywiście, pamiętając o „wadze” naszego państwa w UE, zapewne nie istniał sposób, który gwarantowałby odniesienie sukcesu (co zresztą miałoby nim być?).
Ale z pewnością miotanie się szefa rządu od jednej ściany (bezwarunkowego poparcia dla paktu fiskalnego) do drugiej (groźby weta dla paktu) oraz wiszenie u klamki kanclerz Niemiec od początku zapowiadało porażkę. I tak też się stało. Unia Europejska, jaką znaliśmy – z mnóstwem wad, ale też wieloma zaletami (zwłaszcza jeśli pamiętać o naszym geopolitycznym położeniu), Unia, w której dopiero uczyliśmy się walczyć o swoje – powoli odchodzi do historii. Bo chyba nie ma już wątpliwości, że dziś istnieją nawet nie dwie, ale trzy unie: „27” (UE), „25” (UE minus Wielka Brytania i Czechy) oraz „17” (państwa strefy euro). I literalnie nic – w tym żaden rodzaj europejskiej poprawności politycznej – nie skrywa już także niemieckiej dominacji na naszym kontynencie. Czego próba narzucenia przez nich komisarza ds. Grecji jest znakomitą ilustracją. To cena, jaką płacimy za błędy popełnione przez – pospołu – polityków francuskich, którzy uznali, że odebranie Niemcom marki i wprowadzenie euro osłabi wpływy Berlina, oraz euroentuzjastów różnych narodowości, którzy Francuzów w tym dziele ochoczo wsparli. Euroentuzjastów mających na sumieniu przeforsowanie niejednego głupstwa, które sporo kosztowało państwa UE (i ich Unię). Euro topi starą Unię, a to oznacza, że teraz naprawdę kończą się żarty, a zaczyna prawdziwa polityka międzynarodowa. Polityka, w której nasz kraj staje oko w oko z koncertującymi w najlepsze mocarstwami, będąc zmuszonym w nowych warunkach bronić swych interesów.
W tej sytuacji znacznie lepiej byłoby, gdyby Polska już dziś więcej „ważyła” w Europie. Czyli gdyby była zasobniejsza i gdyby miała za sobą te wszystkie reformy, poniechane przez pozbawionych odwagi i wyobraźni polityków, które sprawiłyby, że dysponowalibyśmy sprawniejszym państwem. Państwem ze zdrowymi finansami publicznymi (pozwalającymi np. w każdej chwili przystąpić do strefy euro, choć z pewnością teraz tego czynić nie powinniśmy), z wysokim poziomem wolności gospodarowania, z siecią autostrad i kolei, z silną armią. Ale tego wszystkiego nie mamy.
A co mamy? Czy mamy chociaż jedną ekipę polityczną, która dawałaby nadzieję na szybkie nadrobienie tych zaległości, czyli na sukces w grze o to, aby jak najszybciej uciec z talerza, na którym się znaleźliśmy, i wreszcie usiąść przy europejskim stole?
Czytaj na www.uwazamrze.pl








