Posts Tagged „polityka”<

Dlaczego Kaczyński musi odejść

18 paź 2011

Kaczyński musi odejść. Gdyby posłuchał ludzi życzliwych, którzy na nastrojach społecznych znają się jak łyse konie na fryzjerstwie, odszedłby już dawno – w 1991, 1995, 2005, 2007 albo 2010 roku.

Bo przecież już czekają młodzi zdolni, jak Jacek Kurski, któremu  w przypadku „kaczobójstwa” wybaczona zostanie nawet wrzutka o dziadku z Wehrmachtu. Albo Zbigniew Ziobro kiedyś skazany na medialny lincz – za dyktafon z gwoździa i spadek liczby przeszczepów, a dziś ostatnia nadzieja Frontu Jedności Przekazu na wyrwanie z rąk Kaczyńskiego pieczątki prezesa. Bo ten musi odejść.

PSL od 18 lat nie potrafi przekroczyć 9 procent, SLD uznałoby kilkanaście procent za ogromny sukces, Palikot to przyszły prezydent, bo dostał co dziesiąty głos, ale PiS z poparciem trzykrotnie większym zaliczył – zdaniem części komentatorów – makabryczną klęskę. Przypomnijmy – jego kampania była tak beznadziejna, że jeszcze na kilkanaście dni przed wyborami premier nerwowo uprzedzał, że PiS dogonił PO.

Tomasz Lis, Piotr Stasiński i kilkunastu innych dziennikarzy rzuciło się władzy na ratunek, a w akcję musiały zaangażować się nawet tak wielkie nazwiska jak Jerzy Buzek – szef PE, Tomasz Karolak  – odtwórca roli tytułowej w telenoweli „39 i pół” (chodziło o wiek, nie iloraz)  czy 50-letni nastolatek o ciągotach rasistowskich. Jarosław Gugała z Polsatu poświęcił kilkanaście lat kariery, by zdążyć wsiąść do tego pociągu miłości, a Adam Michnik powrócił do wspaniałej tradycji, gdy redaktorzy naczelni tłumaczyli, dlaczego rząd jest cacy, a opozycja be.

A jednak wielu z tych, którzy po pisowskiej stronie barykady zacierali wtedy ręce, a po platformerskiej je załamywali, dziś twierdzi, że nastał koniec Kaczyńskiego. Dlaczego? Jest oczywistą oczywistością, że to polityk, którego prorządowym czołgom intelektu rozjechać jest najtrudniej. Kiedy odejdzie, duża część elektoratu PiS nie pójdzie na wybory, konserwatywna opozycja nareszcie zmieści się w jednym pokoiku z logo PJN, a jeśli nie liczyć tych, którzy wierzą, że sztuczny hel był ukryty w brzozie, po polskiej prawicy słuch zaginie. Ale by tak się stało, Kaczyński musi odejść.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Medialny Szpital im. S. Zajby

13 sty 2011

Wciąż huczą mi w uszach słowa ministra sprawiedliwości Krzysztofa Kwiatkowskiego o tym, że zabójca Marka Rosiaka Ryszard C. „szczególnie interesuje się” gazetowymi wzmiankami na swój temat. Brzmiało to mniej więcej tak, jakbyśmy się dowiedzieli, że Hannibal Lecter rozpytuje o ludzi, którzy kupili DVD z „Milczeniem owiec”. Ale dziś sytuacja z C. podobno wraca do normy. Skończyły się badania psychiatryczne, a pierwsze przecieki potwierdzają, że w chwili zabójstwa nie był niepoczytalny. Też mi wiadomość. Od samego początku najtęższe głowy polskiej psychiatrii: doktor Nowak, doktor Niesiołowski i doktor Palikot, potwierdzały, że chory psychicznie jest w tym przypadku nie morderca, ale jego niedoszła ofiara Jarosław Kaczyński.

Za kpiny ze stanu cudzej psyche Bozia na razie pokarała tylko Palikota. Dziś mistrz dogłębnej wibracji cierpi katusze. „Przez kilka tygodni kwietnia Jarosław Kaczyński chodził prawie codziennie do szpitala w Warszawie, gdzie leżała Jadwiga Kaczyńska – matka braci – i udawał, że jest Lechem” – pisze w blogu. Dla zdrowego człowieka nie ma nic dziwnego w tym, że ktoś chce własnej matce oszczędzić cierpień w chwili, gdy ta walczy o życie. Jednak Palikot, dla którego polityka to krew i sperma na twarzy, nie szczędzi cierpień nawet samemu sobie. Kiedyś uwierzył, że nad Smoleńskiem pijany prezydent sterroryzował załogę. Teraz inną nowinę głosi to niebożę: „Choć pilot odmówił lotu, generał Błasik rozkazał mu w imieniu prezydenta, aby leciał”. Wtóruje mu w „Gazecie Wyborczej” Halina Flis-Kuczyńska: „Pycha prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego drażliwość na punkcie swojego znaczenia doprowadziły do sytuacji, w której nie śmiał mu się sprzeciwić pilot samolotu i bał się zabronić lądowania rosyjski operator na lotnisku”. To ci dopiero lot nad kukułczym gniazdem. Pani Halino – szeptem piszę, żeby newsa nie spalić – a słyszała już pani, że drugiego Kaczyńskiego widziano w Smoleńsku, jak niszczył zapisy z radaru?!

Niestety, ludzie, których nieżyjący prezydent wciąż straszy po nocach, nie zostali odpowiednio zdiagnozowani przez konsylium Medialnego Szpitala im. S. Zajby. „Palikot nie ma żadnych specjalnych obsesji – stwierdziła profesor Środa. – Ma również pewne kompetencje (…). Mnie się wydaje, że jest to kilka umiejętności: prakseologicznych, poznawczych, organizacyjnych, komunikacyjnych, perswazyjnych, oraz kilka zalet, takich jak odwaga, namiętności, odpowiedzialność, posiadanie jakiejś wizji dobra zbiorowego lub chociażby partyjnego”. Krótko mówiąc: małpka trzy razy dziennie i wypisujemy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Strategia ujadania

11 sty 2011

Sensacja goni sensację. Prezydent nie podpisał ustawy, którą dostał na biurko.

Akurat jego portret w salonie przybijałem, ale słysząc, co się dzieje, poleciałem do komputera, by dowiedzieć się czegoś więcej. Czy nie podpisał, bo mu się wkład wypisał, czy może po Wiśle zapomniał, jak się nazywa? A w Internecie aż huczy od komentarzy.

„Prezydent ugiął się związkom zawodowym. Podejmując tę decyzję, kierował się krótkowzroczną, wyborczą polityką. Jeśli się nie opamięta, to doprowadzi do paraliżu państwa” – mówi szef Klubu PO. „Prezydent gra na kryzys polityczny, na napięcia. Zakładamy, że mogą być wetowane także ustawy kluczowe z punktu widzenia państwa” – dodaje premier Tusk. „Strategia przeszkadzania, ujadania, nieparlamentarnych zachowań jest realizowana” – grzmi Sławomir Nowak. A Waldy Dzikowski dobija osinowym kołkiem: „To porażka w sensie symbolu. Ustawa była dobra, ale jeśli ktoś z zasady traktuje nas jako przeciwnika, a nie partnera, to tak się musi skończyć”.

– Co się dzieje? – pytam się obrazu. Bronisław Komorowski przegrał wojnę peowsko-peowską? A gdzie doradcy, gdzie Nałęcz, gdzie generał? Spokojnie, wszystko się wyjaśniło. Okazało się, że wyświetliły mi się stare komentarze, gdy zastrzeżenia do ustaw zgłaszał jeszcze śp. Lech Kaczyński. A swoją drogą, to były czasy, co? Pamiętacie państwo takiego biznesmena z branży alkoholowej, którego dzisiaj już tylko Monika Olejnik zaprasza? Jakiś ruch założył, zaparcia czy wyparcia, nie pamiętam. W 2009 roku mówił tak: „Nawet jeśli nie widzimy tego jeszcze w kategoriach dróg już oddanych do eksploatacji, to faktem jest, że w tej chwili w Polsce buduje się ponad tysiąc kilometrów autostrad, które pod koniec przyszłego roku czy za dwa lata zostaną oddane do użytku. W przyszłym roku dojdzie następne kilkaset kilometrów”. I pomyśleć, że taki Nostradamus zmarnował się jak, nie przymierzając, świński ryj przed mikrofonem. To nie jest kraj dla ludzi zdolnych do wszystkiego.

PS. Zapomniałbym dodać, że znalazłem w końcu komentarze do braku podpisu Komorowskiego. „To jest prawo prezydenta. Nie robiłbym z tego żadnego problemu” – mówi rzecznik rządu Paweł Graś. „Prezydent nie ma obowiązku podpisywać każdej ustawy” – dodaje Stefan Niesiołowski.

Co za ulga, nareszcie chłopaki nie płaczą. Kto by pomyślał, że tacy z nich wyrosną twardziele.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Fatalne zauroczenie

16 gru 2010

Kochał ją bardziej niż pieniądze. Był na każde skinienie, wystarczyło, że nudziła się przez chwilę, a już podbiegał, stroił miny i kręcił figury na lodzie, na którym ostatecznie został. Jakież on znał figlarne numerki, jakich chytrych podstępów nie stosował, by wkupić się w jej łaski. A to penisa pokazał, cóż, że sztucznego, skoro i tak zabawie nie było końca. Innym razem, gdy prosiła, by uciął sobie drzemkę, bo bzdury wygaduje, łeb sobie uciął. To znaczy: nie sobie, tylko świni, ale co za różnica, wszak o szok chodziło, nie o wyraz twarzy.

Nastał ten dzień niewymowny, gdy spytała, czy darzy ją uczuciem prawdziwym. Nie musiał odpowiadać, to było w oczach, okularach, nowej fryzurze i języku tak giętkim, że robił więcej, niż pomyślała głowa. – A ty mnie, najdroższa, choć tania zarazem? – odbił piłeczkę. – Jak mógłbyś wątpić… – wyszeptała. – No, to idę – rzucił dziarsko. – Idę im wszystkim pokazać!

Nie zdążyła, speszona jego doświadczeniem z gumowymi przedmiotami, zapytać, co i komu będzie pokazywać, gdy już ciągnął pierwszą ofiarę. Tęgi to był jegomość, z Kalisza chyba, a i mowa jego niewąska, głównie o tym, że się trzeba odchudzać. Potem zwerbował Korę, choć nie mózgową, Środę, choć nie pucharową, wreszcie reżysera, który jak komuś wrzucał, to kucał.

Ale po zlocie naiwnych w Sali Kongresowej patrzyła już na niego inaczej. Czy to zdecydowało, że włosy miał nażelowane, czy to, że katolików chciał pognać na Półwysep Apeniński, coś w niej pękło, choć nie to, na szczęście, o czym państwo myślicie. Rozstali się w milczeniu, ona nie przyszła, on wrzeszczał pod jej tarasem przez ostatnią szczekaczkę.

Próbował jeszcze zaistnieć w programach Moniki Olejnik i Tomasza Lisa, robił za eksperta do spraw nowych partii, które miały osiem razy takie poparcie jak on. Tłumaczył, że ma oddziały w 18 województwach, choć w jego kraju było ich tylko 16, i obiecywał, że odda mandat poselski, ale nie oddawał. Czekał na choćby jedno jej słowo. Dlatego, kiedy listonosz przyniósł wiadomość, cieszył się jak dziecko. Ale na kartce było napisane: „Oddaj jeden procent podatku na partię, która ma jeden procent poparcia”. Obok widniało jego zdjęcie, a w tle ona – Polityka. I jej odręczny dopisek: „Przepraszam, że cię zawiodłam na manowce. Dziś wiem, że buty, które ci dałam, były dużo za duże i dlatego wypychałeś je słomą. Cóż, kultury w takim wieku się od zera nie nauczy”.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gol z przewrotki

2 gru 2010

Sam już nie wiem, czy Donald Tusk jest lepszym piłkarzem czy lekkoatletą. Z jednej strony wspaniałe dryblingi, rajdy po lewym i prawym skrzydle, perfekcyjne wymuszanie fauli, z drugiej – cudowny skok w dal od polityki i wynik, który innych przyprawiłby o zawrót głowy. Ale nie jego. Zawody się kończą, czas wracać do szatni, a jak wygląda męska szatnia lekkoatletyczna, pamięta każdy, kto był choć raz. Klimat i powietrze nieskalane cywilizacją, sama natura. Jak w polskiej polityce. Oto zgodnie z dewizą „Z dala od polityki”, jak poinformowały najważniejsze stacje telewizyjne, sam przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek zaangażował się w kampanię wyborczą Jacka Karnowskiego, prezydenta Sopotu, na którym ciąży sześć prokuratorskich zarzutów, w tym pięć korupcyjnych.

Kiedy przed wyborami sopockie koło PO poparło Karnowskiego, premier zapowiedział, że nikt, kto ma zarzuty prokuratorskie, nie uzyska od niego zgody na wykorzystywanie szyldu Platformy. „Jacek Karnowski jest gwarantem dynamicznego i pozytywnego rozwoju Sopotu” – odbił piłeczkę Sławomir Nowak. Czego gwarantem tak naprawdę jest Karnowski, szalenie trudno się domyślić. Ale Tuskowi chyba zrobiło się przykro, że go nad morzem nie posłuchano. Więc teraz mówi tak: „Nie będę głosował na Jacka Karnowskiego w drugiej turze wyborów prezydenta Sopotu (…) Z drugiej strony nie dziwię się ludziom, dotyczy to także mojej rodziny i przyjaciół, którzy głosują na Jacka Karnowskiego”. Na koniec zaś, jak przystało na króla pola karnego – wspaniały gol z przewrotki. „Zdania nie zmieniam, ale wolałbym mieszkać w Sopocie rządzonym przez Karnowskiego” – dopowiada Donald Tusk. Poparł, nie popierając, i nie poparł, popierając. Czyż nie przypomina to mistrza gatunku i pamiętnych „Jestem za, a nawet przeciw” albo bardziej „Nie chcem, ale muszem”?

Dziś jednak Lech Wałęsa idzie dalej. Chciałby – jak mówi – by Januszowi Palikotowi udało się wejść z nową partią do Sejmu. To, że była głowa państwa z Matką Boską w klapie popiera wroga nr 1 polskiego Kościoła, lewaka, który opowiada o prostytucji polskich kardynałów, jest dziecinnie proste do wytłumaczenia – jak bajki o zaczarowanym ołówku czy Bolku i Lolku. Ale że kibicuje komuś, kto o jego ulubionym Tusku mówił ostatnio same najgorsze rzeczy, to już chyba wynik jakiegoś wstrząsu. Być może przeżytego dawno temu, gdy w kościołach śpiewano jeszcze „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”. Właśnie, czy generał Jaruzelski nam to wszystko wybaczy? Nie sądzę. Dziś miłość, moi mili, to nie on.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Piosenka o mordzie (politycznym)

25 lis 2010

Mam uczucia wstrząśnięte, nie mieszane, gdy myślę o dokumencie Piotra Pytlakowskiego i Sylwestra Latkowskiego traktującym o śmierci Barbary Blidy.  W końcu każdemu wolno kręcić. Problem w tym, że dokument powinien trzymać się faktów. Tymczasem już promocyjny teledysk, który go zapowiada, woła o pomstę do nieba. Żeby nie było, że się czepiam albo nie potrafię uszanować zmarłej. Sam Wojciech Czuchnowski z „Gazety Wyborczej”, o której można powiedzieć dużo, ale nie to, że Blidy nie szanuje, napisał: „Trudno bronić tego utworu. Łopatologią treści i częstochowskimi rymami piosenka razi każdego z minimalnym wyczuciem dobrego smaku”. Kilka wersów potem, gdy zorientował się, że wszedł na ruchome piaski wielkiej polityki, na wszelki wypadek chwyta się myśli, że wprawdzie rzecz jest skrajnie niesmaczna, to jednak: kto skrytykuje, ten pałkarz. „Kontrowersyjna piosenka będzie (już jest) pałką służącą do krytykowania samego filmu. Poręczną i wygodną, bo pozwoli odejść od poważnej dyskusji na temat tego, co ujawnili autorzy (…) na rzecz natrząsania się z nieudolnych rymów” – wyprzedza uderzenie Czuchnowski. Piosenkę promującą film śpiewa odtwórczyni roli Blidy Adrianna Biedrzyńska. Krzywi się przy tym jak bohaterowie „Pancernika Potiomkina”. Niestety, jeśli ktoś przespał wszystko, co w kinematografii zdarzyło się później, jest zdany wyłącznie na intuicję.

Najbardziej niezwykłe są tu jednak nie wykonanie czy grafomański tekst, przy którym Doda to Wisława Szymborska. Najważniejsze, że nie trzeba już oglądać filmu, by poznać przebieg tragicznego dnia w domu Blidów. Wprawdzie Kalisz, przesłuchując Ziobrę, nie wspominał o zabójstwie, ale naprawdę było tak: „Tuliłam go w dłoni/Chciałam Ciebie osłonić/A ona tam stała/Groziła, krzyczała. Zabiła”. Barbara Blida zatem ukrywała w dłoni pistolet, by osłonić (w zasadzie mówi się: „osłaniać”) męża. Zginęła zaś z ręki nie własnej, ale funkcjonariuszki ABW.

Doczekać się nie mogę kolejnego dokumentu Pytlakowskiego i Latkowskiego – o śmierci Marka Rosiaka. Grać go powinien Andrzej Grabowski, który w kluczowym momencie podbiegnie do Daniela Olbrychskiego grającego Stefana Niesiołowskiego, wbije mu nóż w gardło, po czym sam się zastrzeli, śpiewając: „Groziłem, krzyczałem, zabiłem…”. Wszystko na oczach Ryszarda C. granego przez Stefana Niesiołowskiego, który do tego czasu ostatecznie przerzuci się na aktorstwo. Wyobraźnię ma bowiem nie mniejszą od twórców filmu. A ekspresję na pewno lepszą niż Biedrzyńska.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ugryźć się w język miłości

12 paź 2010

Proces kończenia żałoby po tragedii smoleńskiej zaczął się błyskawicznie. Pierwszy, już kilka dni po katastrofie, kończyć zaczął Andrzej Wajda, ekspert w sprawie pochówków na Wawelu. Potem odezwali się Janusz Palikot i Kazimierz Kutz. Większy pluł jadem, mniejszy zmieniał mu śliniaczki i dopluwał, gdy było trzeba. Tak zaczęła się wojna polsko-polska, choć po obu stronach nikt jej podobno nie chciał.

Nie widać dziś na horyzoncie nie tylko pokoju, ale nawet rozejmu. Dlaczego? Jak się okazuje, przyczyną nie jest odmienny stosunek do oddania śledztwa w całkowite władanie Władimirowi „Pokazówka” Putinowi. Główna przyczyna wojny to język nienawiści. Ale nie jest nim, broń Boże, wyzywanie starszych, choćby i dewotek. Nie jest nim potok ohydnych słów z ust wicemarszałka Sejmu Stefana Niesiołowskiego, a już na pewno nie są nim kpiny szefa dyplomacji z tego, że ktoś po śmierci najbliższych potrzebował środków uspokajających i jak ostatni frajer przyznał się do tego publicznie. Nie są nim także, rzecz jasna, wezwania do zakończenia żałoby przez znanych i lubianych. Ileż można – pytali, nic tylko krzyż, znicze i zawodzenie. Trzeba posprzątać po oszołomach, samowolę budowlaną do kościoła i chwatit. Wiadomo, co jest językiem nienawiści i kto go używa.

A przecież w debacie publicznej, w wywiadach telewizyjnych i prasowych można inaczej. Językiem miłości. Jak Paweł Deresz, mąż Jolanty Szymanek-Deresz, osoby niewierzącej, który stał się ekspertem od krzyża i spraw wiary, a teraz także – empatii. „Żałuję, że pozostała część rodzin dotkniętych tą tragedią nie była z nami – mówił w TVN 24 – bo zrozumieliby dopiero wówczas, tam na miejscu – i w Smoleńsku, i w Katyniu – co to znaczy miłość, co to znaczy przekazanie sobie znaku pokoju, co to znaczy integracja”.

Zrozumieliby, co znaczy miłość! Oto język przyjaźni, pokazany ludziom, którzy zawinili Dereszowi jedynie tym, że nie chcieli lecieć do Smoleńska pod flagą nowego prezydenta. „Marsze na Krakowskim Przedmieściu przypominają początki faszyzmu w Niemczech” – to z kolei język Michała Głowińskiego, wielkiego językoznawcy.

Jak będziemy ze sobą rozmawiać w pierwszą rocznicę smoleńskiej tragedii? Wiadomo, że na kopniaki, ale z półobrotu czy z wyskoku? Już nie mogę się doczekać: Źli Ludzie kontra Chorzy Faszyści. To powinien nakręcić sam Quentin Tarantino.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop