Posts Tagged „PO”<

Kto nie z nami, tego na widły

30 sie 2011

„Żeby budować, to trzeba budować, a nie gadać” – twierdzi pan premier, który potrafi budować i gadać jednocześnie, nawet wtedy, gdy zamiast „najpierw” mówi „pierw”.

Wiem, wchodzę na lód tak cienki, jak cienkie są wszelkie próby zdezawuowania dorobku pana premiera. Bo przecież napisać,  że coś potrafi, to przyznać jednocześnie, że są rzeczy, których  nie potrafi. Stąd już tylko krok do znalezienia się po ciemnej stronie społeczeństwa, która udaje, że nie dostrzega efektów fantastycznej pracy rządu na odcinku budowy dróg, mostów, dworców, ale przede wszystkim boisk, bo one akurat już są. A reszta?

Też kiedyś będzie, na prawo most, na lewo przetarg, ale będzie. Pociągi wrócą z ciepłych krajów, a Grabarczyk na emeryturze otrzyma dożywotni bilet gratis, i to nie w jedną stronę, bo taki może dostać od każdego pasażera już teraz, ale w dwie strony, z możliwością powrotu. Och, jak bardzo muszą trząść się łydki panu premierowi, gdy widzi obok siebie takiego geniusza, który nie dość, że ma na głowie tysiące betoniarek, to jeszcze musi pociągać za sznurki w swojej partyjnej „spółdzielni”. Więc kiedy źli ludzie zarzucają mu zapaść i kompromitację na drogach i torach, odpiera ich ataki bajką o… lotniskach.

Remonty na kolei albo są anulowane, albo wchodzą raptem w fazę wstępną, a na budowach dróg (tych, z których nie zrezygnowano) do roboty wzięto się dopiero teraz, jednak winne temu są – zdaniem pana premiera i jego ministra – SLD i PiS. Podobno w sztabie wyborczym PO trwają już prace nad nowymi znakami drogowymi: „STOP. Gdyby nie PiS, ta droga ciągnęłaby się dalej” oraz „Wyboje wskutek działalności SLD”. Podobne rozwiązania chce wprowadzić Ministerstwo Zdrowia („Gabinet nieczynny przez PiS”, „Zabiegi odwołane w związku z SLD”), Ministerstwo Edukacji („Szkoła zamknięta. Epidemia SLD”, „Podręczników brak wyłącznie dzięki PiS”), a nawet rolnictwa („Skup zlikwidowany z powodu PiS i SLD”). Bo jak zapewnia pan premier w spotach, partia rządząca przed wyborami dobrze wie, co robić.

Wniosek o odwołanie Grabarczyka tuż przed wyborami to jego zdaniem kpina z wyborców. Ale wyciąganie po czterech latach jakichś przedwyborczych pseudopakietów dla młodych, gdy „Rodzina na swoim” właśnie umarła, to poważna i uczciwa polityka. Podobnie jak nagonka na Hofmana, który chlapnął półtora zdania za dużo o „zdziczeniu” wierchuszki PSL, a „niezdziczały” Eugeniusz Kłopotek w odpowiedzi grozi mu widłami.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kto ściągnął premiera po trąbie?

19 lip 2011

Jest w Polsce wolność słowa. Małgorzata Kidawa-Błońska, pierwsza dama Platformy, powiedziała wyraźnie: „Jest w Polsce wolność słowa, ale trzeba wiedzieć, co się chce powiedzieć i w jakiej sprawie”. Sama świeci przykładem. Zapytana o opinię, zanim nie przyszły wytyczne z Donaldomitów, twierdziła, że „raport MAK jest w porządku”.

Lepszy przykład: pan premier. Podczas ekspedycji śladem trąby powietrznej mówił ludziom bez dachu nad głową: „Po to się ściąga takiego gościa jak ja, żeby zobaczył, bo jak widzi, to wtedy dłużej pamięta. Taka jest prawda”. Chwila szczerości i wszystko jasne. Po pierwsze, dowiadujemy się, że ktoś premiera do zniszczonych wsi „ściągnął”, czyli sam się nie kwapił. Po drugie – chodziło o to, by sobie popatrzył, bo jak nie zobaczy, nie będzie pamiętał. Pewnie dlatego szef rządu do domciu lata samolotem. Jak się kopsnie autem albo pociągiem, to mu się przypomni, że miał zwolnić Grabarczyka. A tak ojciec „spółdzielni” może udać się do Brukseli, by tam „podzielić się swoimi doświadczeniami”.

I co? Nie ma wolności słowa? Sceptycy twierdzą, że gorzej mają dziennikarze. Bzdura totalna. Kiedy wysiada aparatura do głosowania  w Sejmie, prezenterzy telewizji miłości żartują przecież niezwykle odważnie: „Ciekawe, czy opozycja powie, że to wina PO i Donalda Tuska, he he”. Anita Werner, wschodzące słoneczko tego kanału, mówi: „Według sondaży premier jest sympatyczny, miły, przystojny”.  I kończy cytowanie sondażu, z którego wynikało, że chociaż premier jest ładny, to zdaniem Polaków robi za mało. Podpowiada to pani Werner jej gość z Biłgoraja (nazwisko mi wyleciało), a ona go w twarz: „Ale jest skuteczny, skoro cały czas jest premierem!”.

Onet.pl – z tej samej stajni co pani Werner – rozmawia o nowych billboardach PiS z psychologiem społecznym. Gość analizuje „za”  i „przeciw”, a na koniec ocenia: „Kampania informacyjna PiS jest skierowana do już przekonanych wyborców tej partii. A jak zareagują wyborcy, którym PiS jest niemiłe? Hasło „Premier Kaczyński” zmobilizuje wyborców PO. Pomyślą oni:  ”O Boże, premier Kaczyński nam grozi!”". Jaki tytuł daje Onet.pl do całego artykułu? „Efekt kampanii PiS: „O Boże, premier Kaczyński nam grozi”".

Jeśli nawet największy polski portal nie boi się dziś przyznać, że redagują go wyborcy PO, dowód to niezbity, że jest w Polsce wolność słowa. A jeśli ktoś uważa inaczej, niech sobie poczyta Stefana Bratkowskiego albo Henrykę Krzywonos. Jest wolność, jak się wie w jakiej sprawie, wot i cała tajemnica.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Raczej bar Celina niż Barcelona

14 cze 2011

Nawiązując do słusznej idei Donalda Tuska, aby jego dziecko, to jest Platformę Obywatelską, porównywać do drużyny piłkarskiej, a jednocześnie wychodząc naprzeciw jego wątpliwościom „kto tam jest Messim, a kto kimś innym”, pozwoliłem sobie zestawić jedenastkę partii rządzącej, którą chciałbym zobaczyć na jesiennych Mistrzostwach Polski w Polityce Nożowej. A zatem napastnicy. Od lewej zdobywca czterech czerwonych w jednym meczu – Stefan „Nogołamacz” Niesiołowski.

Za nim obiecujący niedotrzymujący Radosław Sikorski oraz wschodzące gwiazdy wyprzedaży: Bartosz Arłukowicz i Joanna Kluzik-Rostkowska. Co łączy tych czworo? Wszyscy krytykowali Platformę i wszyscy zostali przez nią kupieni. Pisowski pejotenowiec w spódnicy zostanie wykorzystany w meczu finałowym, by punktować zmianę Jarosława Kaczyńskiego z wilka w owcę. „Ja już to przerabiałam – będzie łkać Kluzik-Rostkowska. – Proszę zwrócić uwagę, jak on teraz łagodnie mówi, patrzcie państwo, jak wyciąga ramiona, to jest język ciała, o którym mówiłam. Wszystko sztuczne, fałszywe, wyćwiczone na prochach. Boże, jaka ja byłam głupia, jaka naiwna…”. Arłukowicz będzie w tym czasie przyciągał żeński elektorat do lat 15. „Mamo, mamusiu, głosuj na niego, błaaagam cię!” – usłyszymy na osiedlach i w zagrodach.

Przejdźmy do pomocników. Na pewno głowa państwa, która nieraz już pomogła zatuszować nieudolność rządu własną wpadką. Gra blisko skrzydłowego Nałęcza, któremu spotkanie z „piękną młodzieżą” kojarzy się z pedofilią. A gdyby była brzydka, co mówiłby Tomcio Paluch lewicy? Pewnie coś równie mądrego. Trzecim pomocnikiem musi być Sławomir Nowak, znany z medialnych wrzutek na główki zaprzyjaźnionych telewizyjnych redaktorów. I obrońcy: Kuczyński, Bratkowski, Michnik, Kolenda-Zaleska. Wybitni specjaliści od faszyzmu, kaczyzmu, napieralizmu, pawlakizmu, kowalizmu, jurkizmu. Palikotyzm – tylko ten nie stanowi zagrożenia.

Mamy zatem drużynę Tuska w całej okazałości. Uważny czytelnik mógłby zapytać: „A bramkarz?”. Jest niepotrzebny, odkąd premier uznał, że słupki poparcia są za wysokie jak na poziom, na którym chciał zawiesić sobie poprzeczkę. Ten mecz musi zatem się toczyć do jednej bramki, wbitej w ziemię po przeciwnej stronie boiska. Sędzia nazywa się Niezawisły czy jakoś tak, i jest już rozgrzany.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Raport z odmóżdżonego miasta

18 maj 2011

Kiedy Julian Tuwim pisał o „strasznych mieszczanach”, o Platformie Obywatelskiej nikt nawet nie marzył. Dziś mieszczanie nikogo już nie straszą, przeciwnie, zdarza się, że sami żyją w lęku.

Podobno niektórzy nie śpią już na łóżkach, ale pod nimi – z obawy przed nagłą wizytą niedorżniętej watahy moherowych staruszek, których jad zabija szybciej niż spojrzenie Kaczora.

Taki zastraszony, a przy tym nowoczesny mieszczanin musi mieć w czymś oparcie. Zdaniem działaczy PO – najlepiej, by znalazł je w partii rządzącej. Stąd pomysł na opublikowanie raportu pod tytułem „Nowi mieszczanie w nowej Polsce” przygotowanego przez Instytut Obywatelski. Gdyby ktoś nie wiedział – „Instytut jest formułą realizowania przez partię Platforma Obywatelska RP działalności eksperckiej i wydawniczo-edukacyjnej”. Zapoznałem się z efektem jego badań prowadzonych w latach 2008 – 2010 w Krakowie, Wrocławiu i Szczecinie. Przeprowadzono „ponad 100 wywiadów z liderami opinii”. Byli wśród nich urzędnicy miejscy, samorządowcy, aktywiści, animatorzy, dziennikarze, krótko mówiąc: „osoby, które tworzą narrację miasta”.

I co też towarzystwo to, starannie dobrane, ma do powiedzenia strasznym, pardon, wystraszonym mieszczanom? Oto kilka pereł rzuconych przed ludzi, którzy nie dostrzegają, że cudownie byłoby w Polsce, gdyby nie to, że mieszkają w niej Polacy – przywiązani do polskiej tradycji i kultury bardziej niż do gejowskiej filozofii i „polish art”.

W raporcie czytamy: „Ksenofobia prowincjonalnej Polski całkowicie wykracza poza nowomieszczański dyskurs”. „Kraków niejako od zawsze stanowił centrum dyskursu narodowego, a jego symbolika miała charakter raczej funeralny. Respondenci czują się zatem przytłoczeni wielką tradycją miasta”. „Dopiero powódź z 1997 roku stała się zbiorowym mitem początku Wrocławia jako nowego miasta w sensie społeczno-kulturowym”, „Wrocław jest mieszczański, przecież raptem 70 lat temu byliśmy jedną ze stolic Rzeszy”. „Na pierwszy plan wysuwają się zmagania mieszkańców z oswajaniem obcego Szczecina, a nie odkrywanie wspaniałych wielkomiejskich tradycji Stettin”.

Albo autorzy tych słów naprawdę tworzą „narrację” na swoich terenach i wtedy radziłbym omijać je z daleka, bo nie wiadomo, co tam komu do łba strzeli. Albo – i skłaniam się ku tej wersji – panowie eksperci przeprowadzali swoje rozmówki przy użyciu specjalnie na tę okazję skonstruowanego „zwariografu”, zwanego także Propagandowym Odmóżdżaczem, w skrócie… A zresztą, darujmy sobie skróty. To takie mieszczańskie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prezydent poluje na jelenia

3 maj 2011

Kiedy doradcy Bronisława Komorowskiego zapowiedzieli, że głowa państwa nie będzie się angażować w kampanię wyborczą, działacze Platformy odetchnęli z ulgą.

Niestety, ku ich utrapieniu mistrz przepisów na bigos z duńskich kaszalotów oraz długiej kiełbasy postanowił wybić się na medialną niezależność  i wykorzystując już pierwszą nadarzającą się okazję, odpalił race swoich światłych spostrzeżeń podczas przemówienia  z okazji rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja.

– Nie wyciągajmy z historii kostiumów – mówił pomysłodawca akcji „Kotylion”, zorganizowanej w odpowiedzi na politykę historyczną śp. prezydenta Kaczyńskiego. Jeśli patriotyzm – opowiadał – to tylko taki, który „docenia osiągnięcia i z optymizmem patrzy w przyszłość”.

Co z tymi, którzy uważają, że osiągnięcia są zbyt mizerne jak na możliwości Polaków i – widząc politykę PO – w przyszłość patrzą z pesymizmem? Prezydent dał odpowiedź – jego model patriotyzmu „nie wyklucza przecież krytyki błędów i niedociągnięć”.

Problem w tym, że już minutę później autor tych słów ruszył do ataku na wszystkich, którzy stawiają „fałszywe oskarżenia”, a tym samym „szargają polskie świętości”. Oto stara, dobra szkoła prezydenckich doradców do spraw Rosji: krytykujcie, towarzysze, jak najbardziej, ale to my uznamy, która krytyka się mieści, a która wykracza poza granice rozsądku. Te zaś, wicie, rozumicie, wyznacza nasza władza.

Jakby komuś było mało hipokryzji spod wielkiego żyrandola, prezydent cytował też słowa Jana Pawła II  o tym, że „wszystkie ugrupowania” powinny móc współdecydować  o kształcie polskiej demokracji. Przypomnijmy – jeszcze niedawno straszył: „Mam suwerenne prawo wybrać kandydata na premiera.  Lider zwycięskiej partii ma największe szanse, ale nie ma gwarancji”. Doradcy próbowali wtedy wciskać kit, że chodziło o „uszczypnięcie Tuska”, ale kolejny cytat raczej  rozwiewa wątpliwości: „Proponowałbym nie wnikać w wypowiedzi pana Jarosława Kaczyńskiego,  bo są to najczęściej złe słowa”.

Nie zdziwię się jednak, jeśli za chwilę któryś z nadętych doradców będzie twierdził, że wypowiedzi  takiej nigdy nie było. Niedawno  Tomasz Nałęcz z cynicznym  uśmiechem i w żywe oczy wmawiał Kamilowi Durczokowi, że drwina  Komorowskiego, „jaka wizyta,  taki zamach”, dotyczyła… prezydenta Gruzji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Samolocik i mikrofon – zestaw małego dyplomaty

12 kwi 2011

„Jestem wstrząśnięty stanem wraku” – przyznał w Smoleńsku mąż śp. Jolanty Szymanek-Deresz. Tym mocniej popieram postulat pana prezydenta, by wrak stał się elementem pomnika.

Co tam elementem, niech będzie pomnikiem po prostu. Już jest przecież. Oto resztki zardzewiałej blachy i tłuczone szkło, pod spodem napis „Platformie – naród” i tablica, koniecznie po polsku i po rosyjsku. Z taką treścią: 2.08.2010, Naczelna Prokuratura Wojskowa: „Chcemy, aby części samolotu, które ocalały, zostały przykryte chociażby namiotem”.

2.09.2010, Edmund Klich: „Wrak polskiego tupolewa, leżący na płycie smoleńskiego lotniska, będzie zabezpieczony w najbliższym czasie”. 11.09.2010, Tomasz Pietrzak, były szef Specjalnego Pułku Lotnictwa: „Po to prowadzi się dochodzenie, żeby pojawiły się nowe fakty i dowody. Lepiej, gdyby wrak był zabezpieczony. Teraz leży pod chmurą i rdzewieje. Nie możemy więc ocenić stanu urządzeń tuż po katastrofie”. 21.09.2010, Paweł Graś, rzecznik rządu: „Wrak nie jest zabezpieczony, ale nie sądzę, żeby to miało jakiekolwiek znaczenie dla zbadania przyczyn i okoliczności katastrofy”. 30.09.2010, Andrzej Seremet, prokurator generalny: „Mam nadzieję, że wpływ czynników korodujących i innych powodujących możliwości zniekształceń nie odbije się na wynikach badań samolotu. Lepiej by było, żeby on był zabezpieczony”. 30.09.2010, Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych: „Rozmawiałem z ministrem spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej Sergiejem Ławrowem w Nowym Jorku o tej sprawie i mam nadzieję, że już wkrótce będzie ona załatwiona”.

4.11.2010, Edmund Klich: „Wielokrotnie monitowałem u strony rosyjskiej o odpowiednie zabezpieczenie wraku, a konkretnie w dniach 22 lipca i 18 sierpnia”.

7.12.2010, Donald Tusk: „Strona rosyjska rozumie polską potrzebę, aby przed 10 kwietnia szczątki samolotu znalazły się w Polsce”.

9.04.2011, Krzysztof Kwiatkowski, minister sprawiedliwości: „Jeżeli by się okazało, że wrak samolotu do maja do Polski nie trafi, to kiedy mniej więcej za miesiąc będę miał oficjalną wizytę w Rosji, to oczywistą rzeczą jest, że wtedy również podejmę interwencję, żeby przyspieszyć przekazanie wraku do Polski”.

Nie miejmy złudzeń, ciąg dalszy nastąpi. Szef polskiej dyplomacji pracuje dziś nad programem wyborczym Platformy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Od Baracka do Mubaraka

8 mar 2011

Od kilku tygodni zadaję sobie pytanie, co opadnie pierwsze: klapki z oczu wyborców Platformy czy maski z twarzy jej czołowych postaci.

Im szybciej zsuwają się maski, tym niżej są klapki – i odwrotnie. Jedno jest pewne: bal maskowy zmierza ku końcowi. Zaczyna się regularna  dyskoteka na sztachety.

Oto prezydent Komorowski przychyla się do sugestii PO, że wybory powinny trwać dwa dni. Tak samo uważają przedstawiciele organizacji profrekwencyjnych. Przypomnijmy  – to właśnie one podczas ostatniej kampanii prezydenckiej zatrudniły w spotach nakłaniających do pójścia na wybory Magdalenę Boczarską i Tomasza Karolaka,  zabawnym zbiegiem okoliczności  – członków… Komitetu Poparcia Bronisława Komorowskiego.

Dziś w gronie jego doradców nie ma ani jednego Tomasza Nałęcza, który by głowie państwa podsunął pod nos Konstytucję RP. Mówi ona o dniu wyborów, nie o dniach czy tygodniu. I na szczęście, w przeciwieństwie do standardów PO, nie jest z gumy do żucia. Zastanawiam się jednak, kto wmówił platformersom, że ich fani muszą mieć dwa dni do wyboru, by z czystym sumieniem oddać głos. A co, jeśli fani ci wracają właśnie z weekendu, godzinę wcześniej zatankowali droższą benzynę, potem zahaczyli o sklep spożywczy, a w skrzynce pocztowej znowu znaleźli wyższe rachunki do zapłacenia? I po zsunięciu klapek widzą, ile im zostaje w portfelu teraz, gdy staliśmy się wyspą zieloną jak nalot na pieczywie, którego szkoda wyrzucić. Postawią krzyżyk raczej na Platformie niż przy nazwiskach jej działaczy.

Najśmieszniejsze jest jednak to, że nawet gdy PO przegra wybory, cała władza, zdaniem prezydenta, pozostanie w jego rękach. „Mam suwerenne prawo wybrać kandydata na premiera. Lider zwycięskiej partii ma największe szanse, ale nie ma gwarancji” – mówi, zapewne po  kolejnej lekturze Wikipedii. A gdy dziennikarze pytają, czy np. w razie zwycięstwa PiS Jarosław Kaczyński ma szanse na fotel premiera,  prezydent odpowiada: „Proszę mnie zwolnić z odpowiedzi na to pytanie”.

Nie ma problemu, odpowiem za pana, panie prezydencie. Kaczyński nie ma szans, bo pana przyjaciel Janusz Palikot zapowiedział niedawno w kolejnym przyjacielskim wywiadzie udzielonym Monice Olejnik, że… jest w stanie stworzyć rząd. Nieważne, na kogo ludzie zagłosują. Ani nawet, kto przeliczy ich głosy. Istotna jest dziś tylko „dobrość” ojczyzny, a nikt o nią nie zadba tak zabawnie jak Palikot.  Jaruzelski jest za stary.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Być jak D. Miro

9 lut 2011

No i mamy kolejny rekord Guinnessa, tym razem w kategorii najkrótsza pamięć na świecie. Przyznają państwo, nie wierzyliście już w Mira Drzewieckiego. To, że nie wierzyliście jemu, nie dziwi, ale tu chodzi o utratę wiary w jego umiejętności! A przecież to nie jest Józef Oleksy, by tylko obiecywał, że naczyta się w brzytwę, a potem zniknął jak rapier w pochwie.

„D. Miro is hero” – mawiają w Białym Domu, odkąd były minister sportu stwierdził, że „Bush gra w golfa, Obama gra w golfa”, a on z księciem hazardu też grał, bo „kocha golfa i koniec”. Czyj koniec kocha, już się nie dowiemy, bo zapomniał, ale na pewno nie swój. Lejdis and Testosterons, Miro powrócił!

I od razu z rekordem świata. Pewnie, że miał zadatki. Już wkrótce po wybuchu afery hazardowej, po której stracił stanowisko, zasłaniał się wyjątkową niepamięcią. Przyciskany przyznał, że po raz ostatni widział się z ruletkowym baronem w maju, a potem okazało się, że jednak we wrześniu. Przekuć porażkę w sukces – oto jedna z wielu dewiz Mira. Wiadomo, że pamięć można poprawić dzięki ćwiczeniom, więc postanowił pójść w kierunku przeciwnym. Dziś nie potrafi już pewnie zliczyć do czterech, a co będzie po wyborach?

Bo Miro, jak donosi prasa, kandyduje do Sejmu z ramienia partii wyśrubowanych jak jasny gwint standardów, czyli Platformy Obywatelskiej. Zapomniał, że „polityka jest takim okrutnym zwierzakiem, który potrafi zjadać ludzi po prostu”. Nie pamięta, że „gardzi polityką”, i w dzikim kraju, a konkretnie w Łodzi, znowu będzie się ubiegał o mandat.

„Kolegów nie zostawia się w biedzie” – wyjaśnia inny poseł należący do władz PO. I dodaje: „Miro dwoił się i troił, żeby dostać się do ucha Tuska i Schetyny”. Szkoda, że kamery nie wychwyciły tych momentów, gdy były minister próbuje dostać się do małżowin, a może i trąbek Eustachiusza najważniejszych ludzi w państwie.

To przecież motyw dobrze znany z „Hamleta”. Tyle że tam do ucha władcy wlano truciznę, a Miro truł im na ucho tak długo, aż zapomnieli, że na pochyłe drzewo głosów nikt nie odda. Cóż, widocznie takich ludzi potrzeba Platformie najbardziej, by zrealizować hasło na nadchodzące wybory: „Nie róbmy polityki, róbmy sobie jaja”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Strategia ujadania

11 sty 2011

Sensacja goni sensację. Prezydent nie podpisał ustawy, którą dostał na biurko.

Akurat jego portret w salonie przybijałem, ale słysząc, co się dzieje, poleciałem do komputera, by dowiedzieć się czegoś więcej. Czy nie podpisał, bo mu się wkład wypisał, czy może po Wiśle zapomniał, jak się nazywa? A w Internecie aż huczy od komentarzy.

„Prezydent ugiął się związkom zawodowym. Podejmując tę decyzję, kierował się krótkowzroczną, wyborczą polityką. Jeśli się nie opamięta, to doprowadzi do paraliżu państwa” – mówi szef Klubu PO. „Prezydent gra na kryzys polityczny, na napięcia. Zakładamy, że mogą być wetowane także ustawy kluczowe z punktu widzenia państwa” – dodaje premier Tusk. „Strategia przeszkadzania, ujadania, nieparlamentarnych zachowań jest realizowana” – grzmi Sławomir Nowak. A Waldy Dzikowski dobija osinowym kołkiem: „To porażka w sensie symbolu. Ustawa była dobra, ale jeśli ktoś z zasady traktuje nas jako przeciwnika, a nie partnera, to tak się musi skończyć”.

– Co się dzieje? – pytam się obrazu. Bronisław Komorowski przegrał wojnę peowsko-peowską? A gdzie doradcy, gdzie Nałęcz, gdzie generał? Spokojnie, wszystko się wyjaśniło. Okazało się, że wyświetliły mi się stare komentarze, gdy zastrzeżenia do ustaw zgłaszał jeszcze śp. Lech Kaczyński. A swoją drogą, to były czasy, co? Pamiętacie państwo takiego biznesmena z branży alkoholowej, którego dzisiaj już tylko Monika Olejnik zaprasza? Jakiś ruch założył, zaparcia czy wyparcia, nie pamiętam. W 2009 roku mówił tak: „Nawet jeśli nie widzimy tego jeszcze w kategoriach dróg już oddanych do eksploatacji, to faktem jest, że w tej chwili w Polsce buduje się ponad tysiąc kilometrów autostrad, które pod koniec przyszłego roku czy za dwa lata zostaną oddane do użytku. W przyszłym roku dojdzie następne kilkaset kilometrów”. I pomyśleć, że taki Nostradamus zmarnował się jak, nie przymierzając, świński ryj przed mikrofonem. To nie jest kraj dla ludzi zdolnych do wszystkiego.

PS. Zapomniałbym dodać, że znalazłem w końcu komentarze do braku podpisu Komorowskiego. „To jest prawo prezydenta. Nie robiłbym z tego żadnego problemu” – mówi rzecznik rządu Paweł Graś. „Prezydent nie ma obowiązku podpisywać każdej ustawy” – dodaje Stefan Niesiołowski.

Co za ulga, nareszcie chłopaki nie płaczą. Kto by pomyślał, że tacy z nich wyrosną twardziele.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop