Posts Tagged „Krzysztof Feusette”<

A na imię miałaś właśnie Angela

1 lis 2011

„Jak co dzień rano bułkę maślaną popijam kawą nad gazety plamą. Nikt mi nie powie, wiem, co mam robić, szklanką o ścianę rzucam, chcę wychodzić…”.

Pamiętają państwo ten wielki przebój grupy Perfect „Chcemy być sobą!”?  Od kilku dni myślę o nim nad „gazety plamą”, w „bulu i nadzieji”, że nie zmieni się ona w „gazetę plamy”. To może tyle o mnie – jak mówił Kaowiec w „Rejsie”.

Wybuchł nam skandal dyplomatyczny, jakiego od lat nie widziano. Co gorsza, z udziałem księcia europejskich salonów, jego ekscelencji pana prezesa Rady Ministrów. Otóż Donald Tusk miał lecieć na urlop do… Grecji. Zabawne. Ludzie palą się tam do spalenia na stosie euroentuzjastów, zadyma goni zadymę, a polski premier, jak gdyby nigdy nic, na leżaczek z drugą połówką.

Na szczęście zrezygnował (wszak, by Greka udawać, nie trzeba tam bywać) i ruszył zdobywać eurosalony. Ruszył tak ostro, że z rozpędu do palców samej Angeli Merkel ustami przywarł, jakby ją o rękę prosił. Niemcy krzyk podnieśli, więc Tusk Angeli panzer, pardon, palce, zwrócił, ale awantura rozpętała się wielka: „Dlaczego on TO zrobił”?! Kiedy Palikot, to samo co Tusk Angeli, robił Annie Grodzkiej, nikt się nie bulwersował, że taki nowoczesny, a w rączkę całuje. A tu się premiera czepiają: „A na co?  A dlaczego?”.

Jak to dlaczego? Prezydent Komorowski wyraźnie zapowiedział, że do takich sytuacji będzie dochodziło. „Kiedy mnie pytają, dlaczego  Polacy całują kobiety w rękę, odpowiadam: – Bo od czegoś trzeba zacząć” – czy myśmy naprawdę wszystko zapomnieli? Nawet złote myśli głowy państwa?

Kiedy zatem Tusk całuje panią kanclerz, naprawdę nie trzeba niczego wyjaśniać. Mało domyślnym niech to wyśpiewa słowami swojego przeboju Mieczysław Fogg, legenda piosenki, żołnierz AK. „Całuję twoją dłoń, madame, śniąc, że to usta twe. Przed tobą chylę skroń, madame, bo dobry ton tak chce, lecz serce moje śni, madame…”.  Śni – dodajmy dziś – że gdyby nie ty, madame, wybory wygralibyśmy mniej spektakularnie, a wtedy Schetyna niszczyłby mnie, a nie ja jego. Jest za co całować.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Straszne słowo: niepodległość

25 paź 2011

Jak to dobrze, że są już nad Wisłą nowocześni lewacy spod znaku „Krytyki Politycznej”, „Gazety Wyborczej” i rosyjskiego kawioru na chińskiej porcelanie.

Któż inny mógłby powstrzymać tę żenującą manifestację, jaką szykują na 11 listopada mali, podli ludzie, którym na sercu leży Polska  – brzydka panna bez posagu?

Czy wiecie, towarzysze, co te  oszołomy wymyśliły? Marsz Niepodległości! Chcą przejść ulicami Warszawy, by uczcić rocznicę odzyskania przez Polskę suwerenności. Cóż to za skandaliczny pomysł.

Weźmy już samo słowo „niepodległość”. Jak można cokolwiek budować na pojęciu stanowiącym negację innego. Czyż „podległość” nie brzmi bardziej nowocześnie? Mamy przecież w Polsce wspaniałe przykłady marszów podległości i uległości. Dość wspomnieć Parady Równości. Czyż od biało-czerwonej flagi nie powiewa ładniej na wiatrach historii sztandar tęczowy? Czyż nie brzmi piękniej od tej nieszczęsnej „Roty”, wykpionej przez Kubę „Stringmana” Wojewódzkiego, ballada o duszy Maryni, która nie chciała być Marianem? O to bić się warto, a nie o jakąś, pożal się Biedroniu, niepodległość, która jako pojęcie przeterminowane powinna raz na zawsze trafić na śmietnik historii albo do przepastnych archiwów „GW”.

Organ ten dumnie prężący się nad salonami nowoczesnej lewicy utrzymywał wielokrotnie, że my, Polacy, powinniśmy raz na zawsze przestać rozpamiętywać porażki i klęski, a zająć się świętowaniem zwycięstw. Czy można się zatem dziwić, że w rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości bataliony postępowych działaczy spod znaku sierpa, młota i wibratora chcą zniszczyć już w zarodku Marsz Niepodległości, nazywając tych, co w nim pójdą, faszystami? Nie można. W nowym, wspaniałym świecie czcić taką klęskę jak 11 listopada 1918 roku po prostu się nie godzi.

A zatem – do dzieła, towarzysze i towarzyszki. Szczególnie gorąco zapraszamy młode socjalistki i socjalistów, którzy miesiąc temu wzięli udział w gdańskim Marszu Puszczalskich (nazwa autentyczna). Uczestnicy tej wspaniałej imprezy już zapowiedzieli, że wraz z kilkunastoma podobnymi kolektywami Marsz Niepodległości w Warszawie zablokują. Bo zdaniem „Puszczalskich” promuje on… rasizm. Oj, towarzysze, tu akurat niesłuszny jest kierunek waszego myślenia. Przecież gdyby tak było, musielibyście zablokować samego Wojewódzkiego, a na to, wicie rozumicie, zgody nie ma. Walkę  z rasizmem trzeba wygumkować.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dlaczego Kaczyński musi odejść

18 paź 2011

Kaczyński musi odejść. Gdyby posłuchał ludzi życzliwych, którzy na nastrojach społecznych znają się jak łyse konie na fryzjerstwie, odszedłby już dawno – w 1991, 1995, 2005, 2007 albo 2010 roku.

Bo przecież już czekają młodzi zdolni, jak Jacek Kurski, któremu  w przypadku „kaczobójstwa” wybaczona zostanie nawet wrzutka o dziadku z Wehrmachtu. Albo Zbigniew Ziobro kiedyś skazany na medialny lincz – za dyktafon z gwoździa i spadek liczby przeszczepów, a dziś ostatnia nadzieja Frontu Jedności Przekazu na wyrwanie z rąk Kaczyńskiego pieczątki prezesa. Bo ten musi odejść.

PSL od 18 lat nie potrafi przekroczyć 9 procent, SLD uznałoby kilkanaście procent za ogromny sukces, Palikot to przyszły prezydent, bo dostał co dziesiąty głos, ale PiS z poparciem trzykrotnie większym zaliczył – zdaniem części komentatorów – makabryczną klęskę. Przypomnijmy – jego kampania była tak beznadziejna, że jeszcze na kilkanaście dni przed wyborami premier nerwowo uprzedzał, że PiS dogonił PO.

Tomasz Lis, Piotr Stasiński i kilkunastu innych dziennikarzy rzuciło się władzy na ratunek, a w akcję musiały zaangażować się nawet tak wielkie nazwiska jak Jerzy Buzek – szef PE, Tomasz Karolak  – odtwórca roli tytułowej w telenoweli „39 i pół” (chodziło o wiek, nie iloraz)  czy 50-letni nastolatek o ciągotach rasistowskich. Jarosław Gugała z Polsatu poświęcił kilkanaście lat kariery, by zdążyć wsiąść do tego pociągu miłości, a Adam Michnik powrócił do wspaniałej tradycji, gdy redaktorzy naczelni tłumaczyli, dlaczego rząd jest cacy, a opozycja be.

A jednak wielu z tych, którzy po pisowskiej stronie barykady zacierali wtedy ręce, a po platformerskiej je załamywali, dziś twierdzi, że nastał koniec Kaczyńskiego. Dlaczego? Jest oczywistą oczywistością, że to polityk, którego prorządowym czołgom intelektu rozjechać jest najtrudniej. Kiedy odejdzie, duża część elektoratu PiS nie pójdzie na wybory, konserwatywna opozycja nareszcie zmieści się w jednym pokoiku z logo PJN, a jeśli nie liczyć tych, którzy wierzą, że sztuczny hel był ukryty w brzozie, po polskiej prawicy słuch zaginie. Ale by tak się stało, Kaczyński musi odejść.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Lewica ze świńską twarzą

12 paź 2011

Minęły dwie godziny i pięćdziesiąt cztery minuty od zamknięcia urn wyborczych, a już TVN 24 zaczęła zwalniać z pracy Jarosława Kaczyńskiego – dając wyraz swojej jeszcze głębszej troski o dalszy los Prawa i Sprawiedliwości.

Przypomniano dawną wypowiedź prezesa PiS, że jak przegra, przekaże partię młodym. Nie przypomniano ani jednej dawnej wypowiedzi pupila stacji na Wiertniczej – Janusza Palikota.

Nowszy model Nikodema Dyzmy, który kupił poparcie salonów świńskim ryjem i umiejętnością robienia mądrej miny do głupich poglądów, grozi, że wraz z jego nadejściem nastąpi zmiana kulturowa. Moim zdaniem fakt, że co dziesiąty rodak zagłosował na chama, dowodzi, że biłgorajska rewolucja kulturalna już się dokonała. Pozostaje jedynie wcielić w życie najważniejsze postulaty.

Brak szacunku dla zmarłych musi stać się obowiązkowy od trzeciego roku życia, a kto odmówi lżenia ofiar katastrof, wypadków czy kataklizmów, będzie musiał zjeść obiad z Nergalem. Dla każdego członka Ruchu gumowy penis i prezerwatywa gratis – na żądanie. Zmiana w Konstytucji RP punktu o karaniu za publiczne znieważenie symboli religijnych poprzez zastąpienie słowa „karanie” słowem „promowanie”. Obowiązkowy udział w każdej paradzie równości organizowanej w promieniu 100 kilometrów, a także akcji „Baseniki 2012″ obejmującej realizację postulatu „W każdym mieście basen tylko dla mężczyzn”. Promowanie osób, które zmieniły płeć, poprzez obsadzenie ich w urzędach wojewódzkich oraz serialach TVP. Lekcje marihuany zamiast religii, zakaz wspominania przy innych dzieciach o niedzielnych wyjściach z rodziną do budynku oznaczonego krzyżem. I tak dalej.

Że to nieprawdopodobne? Dzięki Palikotowi w jednej ławie sejmowej zasiądą zastępca Jerzego Urbana, „rzeźnika prasowego” komunistycznego reżimu, który z pogardą mówił o „Solidarności” i księdzu Jerzym Popiełuszce, oraz naczelny pisemka dla sfrustrowanych ateistów „Fakty i Mity”, który z zabójcą księdza Popiełuszki współpracował po wyjściu przez niego z więzienia. Mamy wolną, nieesbecką Polskę, a tacy ludzie – dzięki przyjacielowi pana prezydenta i koledze pana premiera – zostają posłami Rzeczypospolitej, by budować nową lewicę. To jest dopiero nieprawdopodobne.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kto nie z nami, tego na widły

30 sie 2011

„Żeby budować, to trzeba budować, a nie gadać” – twierdzi pan premier, który potrafi budować i gadać jednocześnie, nawet wtedy, gdy zamiast „najpierw” mówi „pierw”.

Wiem, wchodzę na lód tak cienki, jak cienkie są wszelkie próby zdezawuowania dorobku pana premiera. Bo przecież napisać,  że coś potrafi, to przyznać jednocześnie, że są rzeczy, których  nie potrafi. Stąd już tylko krok do znalezienia się po ciemnej stronie społeczeństwa, która udaje, że nie dostrzega efektów fantastycznej pracy rządu na odcinku budowy dróg, mostów, dworców, ale przede wszystkim boisk, bo one akurat już są. A reszta?

Też kiedyś będzie, na prawo most, na lewo przetarg, ale będzie. Pociągi wrócą z ciepłych krajów, a Grabarczyk na emeryturze otrzyma dożywotni bilet gratis, i to nie w jedną stronę, bo taki może dostać od każdego pasażera już teraz, ale w dwie strony, z możliwością powrotu. Och, jak bardzo muszą trząść się łydki panu premierowi, gdy widzi obok siebie takiego geniusza, który nie dość, że ma na głowie tysiące betoniarek, to jeszcze musi pociągać za sznurki w swojej partyjnej „spółdzielni”. Więc kiedy źli ludzie zarzucają mu zapaść i kompromitację na drogach i torach, odpiera ich ataki bajką o… lotniskach.

Remonty na kolei albo są anulowane, albo wchodzą raptem w fazę wstępną, a na budowach dróg (tych, z których nie zrezygnowano) do roboty wzięto się dopiero teraz, jednak winne temu są – zdaniem pana premiera i jego ministra – SLD i PiS. Podobno w sztabie wyborczym PO trwają już prace nad nowymi znakami drogowymi: „STOP. Gdyby nie PiS, ta droga ciągnęłaby się dalej” oraz „Wyboje wskutek działalności SLD”. Podobne rozwiązania chce wprowadzić Ministerstwo Zdrowia („Gabinet nieczynny przez PiS”, „Zabiegi odwołane w związku z SLD”), Ministerstwo Edukacji („Szkoła zamknięta. Epidemia SLD”, „Podręczników brak wyłącznie dzięki PiS”), a nawet rolnictwa („Skup zlikwidowany z powodu PiS i SLD”). Bo jak zapewnia pan premier w spotach, partia rządząca przed wyborami dobrze wie, co robić.

Wniosek o odwołanie Grabarczyka tuż przed wyborami to jego zdaniem kpina z wyborców. Ale wyciąganie po czterech latach jakichś przedwyborczych pseudopakietów dla młodych, gdy „Rodzina na swoim” właśnie umarła, to poważna i uczciwa polityka. Podobnie jak nagonka na Hofmana, który chlapnął półtora zdania za dużo o „zdziczeniu” wierchuszki PSL, a „niezdziczały” Eugeniusz Kłopotek w odpowiedzi grozi mu widłami.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kto warzywa pcha do Ruskich?

5 lip 2011

Skoro nie można dziś bezkarnie cytować Zbigniewa Herberta, niech mi będzie wolno oddać na chwilę głos innemu wielkiemu poecie.

„Na straganie w dzień targowy takie słyszy się rozmowy. „Może pan się o mnie oprze, pan tak więdnie, panie koprze”. „Cóż się dziwić, mój szczypiorku, leżę tutaj już od wtorku”. Rzecze na to kalarepa: „Spójrz na rzepę, ta jest krzepka”. Groch po brzuszku rzepę klepie: „Jak tam, rzepo? Coraz lepiej?”. „Dzięki, dzięki, panie grochu, jakoś żyje się po trochu. Lecz pietruszka, z tą jest gorzej – blada, chuda, spać nie może…”".

Niech się nikomu nie wydaje, że przywołałem ten cytat, by zająć się sytuacją krzepkiej rzepy, której żyje się po trochu. Pozostawiam państwu zabawę w skojarzenia – kto jest dziś troskliwym grochem o ścianę, kto więdnącym koprem, który spiknął się ze szczypiorem, i czy pietruszka nareszcie może spać spokojnie. Nie o tym chciałem. Frapuje mnie, skąd Jan Brzechwa wiedział, że sytuacja polskich warzyw stanie się kiedyś tak dramatyczna.

Dziś na straganie częściej rzuca się mięsem niż marchwią, a szczypiorek na rosyjskiej granicy nie leży od wtorku, ale znacznie dłużej. Wszystko dzięki naszym największym przyjaciołom we wszechświecie. Tym samym, którym tak się w Polsce spodobało, że nie chcieli wyjeżdżać, a dziś handlują z nami w barterze: my im znicze, oni nam odznaczenia państwowe.

I nagle ambaras – na wszystkich żółtych paskach telewizji i czołówkach portali internetowych wiadomość następująca: „Rosjanie nie są gotowi na wwóz polskich warzyw na swój teren”. Kiedy tamtejsze dwuosobowe władze państwowe stwierdziły, że „polskie warzywa brzydko pachną”, było wiadomo, że polski rolnik zapłacze.

Rosjanie mają po sufit własnych spraw, które „brzydko pachną”. Teraz zaś próbują nieco „pograć Smoleńskiem” i dopóki nie dowiedzą się, co jest w raporcie Millera, dopóty żaden polski celnik nie zaśpiewa „Addio, pomidory”, a cena keczupu w przygranicznych, polskich miejscowościach spadnie w końcu do 10 groszy za tonę.

Całe szczęście, że od kilku dni rządzimy Unią Europejską, więc się uporamy z warzywnym problemem szast-prast, hop-siup i z palcem w nosie. Na straganie w dzień targowy takie słyszy się rozmowy: „Coraz lepiej nam się żyje, ten usycha, tamten gnije. Wiwat polska dyplomacja. Wiwat polska stanu racja. Ustawiajmy się do zdjęcia – wiwat polska prezydencja. Ruskie z serem, Ruskie z nami. Czort z polskimi rolnikami”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Cała Polska jedzie na urlop

4 lip 2011

Ech, piękne są wakacje w szczerym polu, gdzie pospieszny ze Świnoujścia pasie się co lato

Możecie się państwo śmiać, a ja tęsknię. Niestety, nikt ich nie zatrzyma. Jeszcze tylko pomachać chusteczką na pożegnanie z Dworca Centralnego w Warszawie, odnowionego tak pięknie, że Mucha nie siada, ani Anna, ani Joanna.

Pewnie, że występują tam jeszcze drobne problemy natury technicznej, a to w nocy dach przecieka (ale tylko kiedy pada), a to ktoś prąd przypadkiem wyłączył i ludzie sobie w ścisku nogi łamali, gdy ich strażacy na siłę z wagonów wyciągali w tunelu, ale ogólnie żyje się lepiej i nie siejmy defetyzmu. No, więc jeszcze tylko pomachać chusteczką i ruszy przed siebie kawalkada pociągów i aut wypchanych politykami z pierwszych i ostatnich stron gazet. Sikorski pewnie znowu poleci do Egiptu, bo tam najbezpieczniej, albo do Watykanu naskarżyć na ojca Rydzyka osobiście. Tusk wybierze jakąś piękną budowę, bo ubóstwia tereny rozkopane (podobno przypominają mu peruwiańskie krajobrazy). Ale reszta, koleją lub koleinami, ruszy w Polskę, bo przecież przed wyborami Polska jest najpiękniejsza.

Rodacy, trzymajmy za nich kciuki. Życzmy im szczęścia na nowej drodze w żyto, owies, jęczmień, wszędzie tam, gdzie coś się kończy, a nic nie zaczyna. Mam tu na myśli „autozdrady”. Niech im się ściele pod nogami ten kolorowy dywan plecaków, toreb, waliz, karimat i śpiworów, które co roku wypełniają korytarze naszych czystych jak żołądkowa gorzka pociągów. Oby choć jedną noc udało im się spędzić pod gołym niebem, w szczerym polu, gdzie pospieszny ze Świnoujścia pasie się co lato, aż go świt, przepraszam, świst ekspresu z Przemyśla nie wyciągnie z mroku. A wszystko przepasane jakby wstęgą korka na siódemce, w którym jest czas, by sobie to wszystko jeszcze przed wyborami przemyśleć. Ech, piękna jest ojczyzna nasza i piękne są wakacje w tej infrastrukturze, która każe raz jeszcze uwierzyć w cud bezinteresownej pomocy jeden drugiemu. Pan mi poda z łaski swojej to dziecko przez okno, bo ten „ełrosity”, na który żeśmy całą rentę wydali, tu nie staje, a stąd autobus nasz odjeżdża. Nie, nie to, to obok, tamto jedzie od Koluszek, ale matka wsiąść nie zdążyła, tak to jest, proszę pana, jak ktoś chce mieć i walizki, i córeczkę. No, na nas już czas, miłych wakacji życzę panie ministrze. A niech pan premiera pozdrowi i podziękuje od nas wszystkich, że nam pana zesłał, bo inaczej byśmy się tu do tego kibelka nigdy nie dopchali.

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

To jest kraj dla Dzikiego

31 maj 2011

Serdel, Wołowina, Masakra, Cichy, Dziadu, Stodoła, Pulpet, Kaszana i Pechowy smażyli się nad lazurowym basenem przy jednej z kilkudziesięciu posesji nabytych drogą szantażu lub wymuszenia.

„Słyszeliście już?” – zagadnął Pulpet. „O czym?!” – zapytał nerwowo Pechowy. „Dzikiemu dobrali się do tyłka” – odparł spokojnie Kaszana i przekręcił Kiełbasę, sorry, kiełbasę na grillu, żeby się nie spaliła jak narzeczona w solarium. „I co teraz?! – Wołowina aż poderwał cztery litery ze zdenerwowania. – Przecież Dziki może sypać!”.

Przez basen przeszedł szmer, z którego można byłoby wyłowić jedynie słowa na „k”, „ch” i „p”. „Spokojnie! – wrzasnął Dziadu, waląc pięścią w ponton. – Dziki nic nie powie, bo wie, z kim by zadarł. Poza tym to swój chłop, nie z tych, co sypią, chyba że do nosa”.

Ale Masakra drążył temat. „Jak to się stało?” – męczył Serdela. „Ten nowy tygodnik, psia jego mać, dał wywiad z tym Kamińskim od CBA i on tam mówi o finansowaniu Platformy, że nie wiadomo, i tak dalej, wiecie, o co chodzi”. „Wiemy” – rzucił Cichy. „No – ciągnął Serdel – i wyszło na to, że Dziki coś musiał ten teges, bo świadek koronny Broda o nim gdzieś nagadał”. „A inne gazety co na to?” – zainteresował się Kaszana, poprawiając złoty łańcuch na gołej klacie. „Nic. To znaczy okay. Że Kamiński niewiarygodny i takie tam”. „Całe szczęście – odetchnął Wołowina. – A prokuratura?” – zaniepokoił się jednak. „Ten cały Seremet przyznał, że Broda mówił o Dzikim, ale że nic więcej nie powie, bo zaszkodzi dobru śledztwa, czy jakoś tak” – z flegmą, ale nie angielską, wyrzucił z siebie Pulpet. „Czemu zaszkodzi? Jak powiedział?” – Stodoła zaczął tarzać się ze śmiechu.

Po chwili dołączyli do niego inni. A kiedy już się wyśmiali za wszystkie wyroki, ustalili, że Dziki na razie jest spalony, bo może być śledzony, zwłaszcza po tej aferze, co jej łeb ukręcili. Na koniec wstał Masakra i tradycyjnym zwyczajem zadał głośno pytanie, które padało za każdym razem, gdy ubrudzili skarpety keczupem. „Gdzie jest pralnia, chłopaki?!” – zawołał. „A co to jest pralnia?” – odkrzyknęli chórem, wskakując do basenu.

„Dobrze, że padło na Dzikiego – pomyślał Masakra. – Bo Spocony sypałby bankowo”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mali powstańcy z Hitlerjugend

24 lis 2010

Już od czasów „Misia” Stanisława Barei wiemy, że jest prawda czasów i prawda ekranu. Prawda czasów, zwłaszcza w Polsce, rzecz względna, prawda? Ale prawda ekranu obroni się zawsze, niezależnie od gatunku. Ktoś, kto lubi westerny, może paradować w podkutych kowbojkach krokiem Johna Wayne’a albo z indiańską przepaską na czterech literach grzać się przy ognisku. Miłośnik kina wojennego będzie biegał po lasach z wiatrówką, amator komedii rozrzucał skórki od banana.

A co może zrobić pasjonat science fiction? Szukać ludzi, którzy spadli z Księżyca! Proszę bardzo, piątek, 19 listopada, „Rzeczpospolita”, kolumny opinii. „Więź narodowa ujawnia się najmocniej w wojnie, w zagrożeniu wojną, w przygotowaniu do napaści na innych lub surogacie wojny” – odkrywa Waldemar Kuczyński, który w kwestii „napaści na innych” pozostaje od jakiegoś czasu autorytetem. I tradycyjnie już autorytet swój rozciąga na inne sfery.

Surogatem wojny stają się zatem dla niego „międzynarodowe zawody sportowe, w których walka sportowców odbierana jest jako walka z członkami innego narodu”. Wynika z tego niezbicie, że kibicując naszym – nie, „nasi” to straszne słowo, kibicując Polakom w niedawnym meczu piłkarskim, śledziliśmy ich walkę z członkami narodu Wybrzeża Kości Słoniowej. Ale wstyd.

Na szczęście Kuczyński własną myśl o istocie sportu szybko prostuje. „Naród, narodowe emocje właściwie nie są potrzebne w czasach pokoju – przekonuje. – W nich potrzebne jest społeczeństwo złożone z milionów jednostek i tysięcy grup, a nie ogromny monolit zjednoczony zagrożeniem lub agresją”. I znowu światłość taka w oczy bije, że przymrużyć trzeba. Bo jak ktoś mógł przetłumaczyć pierwsze słowa Konstytucji Stanów Zjednoczonych jako „My, naród”, skoro powinno być „My, miliony jednostek i tysiące grup”? Inna sprawa, że jak trzeba te jednostki jednoczyć przeciw Kaczyńskiemu, Kuczyńskiemu monolit się chyba podoba. Piszę „chyba”, bo jak się zaraz państwo przekonacie, w przypadku tego autora zdarzyć się może wszystko.

Przeczytaj cały tekst


***

Redakcja dziennika ?Rzeczpospolita? zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jacka Żakowskiego ciosanie w drewnie

16 lis 2010

Doczekać się nie mogę następnego „Niezbędnika inteligenta”, a w szczególności tekstu Jacka Żakowskiego, srebrnego medalisty nagrody Radia Zet dla największego pióra XX-lecia.

Ex aequo z Adamem Michnikiem, który – jak stwierdził triumfujący wtedy naczelny „Polityki” Jerzy Baczyński – tylko dlatego nie wygrał, że startował w kategorii… wieszcz narodowy. Zapytajcie redaktora Michnika, zaprzeczyć nie może, że gdyby chciał, rzeczywiście wyprzedziłby Mickiewicza („Odpieprzcie się, dziady”), Słowackiego („Chlordian”) i Krasińskiego („Zaj… ista komedia”). Ale ja nie o nim przecież chciałem, a o uczniu jego, który dziś stąpa własnymi ścieżkami jak kot. I swoją wrażliwością znaczy teren.

Największy (po Baczyńskim i Michniku, jasna sprawa) dziennikarz polski, kierownik katedry Notre Dame, przepraszam, siła skojarzeń, oczywiście Katedry Dziennikarstwa Collegium Civitas w Warszawie, autor niezliczonych wywiadów, z których szczególnie cenny był ten z wdową po Zbigniewie Herbercie. Przypomnijmy, rozpoczynał się od jej pytania: „Od czego chce pan zacząć?”, mistrz odpowiadał: „Sam nie wiem. Nie jestem pewien, czy w ogóle powinniśmy rozmawiać. Boję się tej rozmowy”. To wtedy żona niedoszłego noblisty przejechała się pilniczkiem po poglądach śp. męża, a Żakowski odkrył, że poeci mają nie po kolei w głowie.

Co innego dziennikarze, do tego wybitni i z nazwiskiem na ostatnią literę. Jeszcze dwa lata temu zwierzał się: „Bo żeby cierpieć przy rozstaniu, trzeba chcieć być blisko, a ja nie mam potrzeby przytulania się do każdego. (…) Może dwa razy w życiu rozstawałem się z kimś, kto wciąż był dla mnie ważny”. Dziś swoje ubogie, chwalić Boga, doświadczenia życiowe przekuwa w orędzia do ludzi z wrażliwością pasty do zębów. To sprzed kilku dni cytaty, jeszcze świeże. Jak mięsko między zębami.

„Jarosław Kaczyński jest wprawdzie liderem inteligentnym i dla jakiejś grupy z pewnością charyzmatycznym, ale dramatycznie niepełnym. Całość tworzył z bratem (…) Bez brata stał się politycznym stołem z powyłamywanymi nogami. Duży mebel, ale bezużyteczny. Inni mogą się o niego boleśnie obijać, ale już raczej nie może się nikomu przydać. Stoi, ale niczego się na nim nie daje ustawić, ułożyć ani oprzeć. A zreperować się nie da. Myślę, że sam Jarosław Kaczyński to czuje lub rozumie. Ale nic dobrego z tego już nie wyniknie. Stół z powyłamywanymi nogami pozostanie stołem z powyłamywanymi nogami. A te, które zostały, będą się coraz bardziej chwiały, dopóki cała konstrukcja się wreszcie nie zawali (…) Bezużyteczny mebel może jeszcze długo zagracać naszą scenę. Jedni będą się o niego obijali. Drudzy będą z niego wypadali lub się na nim bujali. A wszyscy będą musieli żyć w zagraconej przestrzeni”.

Furda uprzedzenia i furda język nienawiści, czy to jest źle napisane? Czy ktoś może stwierdzić, z ręką tam, gdzie Żakowski szuka, ale nie znajduje, czyli na sercu, że to nie jest literacki majstersztyk, perełka, wisienka na torcie przekładanym talentem i błyskiem?

W sześciu kolejnych zdaniach cztery razy „ale”. I to nie jakieś francuskie „Allez!”, ale nasze, zwyczajne „ale”. Łatwe do zastąpienia. Żakowski ma słabość do tego słowa. Zadałem sobie trud: w tymże tekście, zatytułowanym najtrudniej jak można – „Stół z powyłamywanymi nogami”, są 52 zdania. Spójnik przeciwstawny „ale” pojawia się 15 razy i nikt mi nie powie, że to za dużo.

Żakowski mógłby każde zdanie zaczynać od „ale” i na nim kończyć. Bo najważniejsze są przenośnie („Kościół to wielki tankowiec, nie – bolid. Nie umie brać ostrych wiraży”), skróty myślowe („To los” – najkrótsze zdanie w prasie polskiej od zaorania dziejów PRL) czy nowe refleksje o rozstaniu: „Bo w polityce – jak w życiu – czasem bardzo trudno się rozstać. Z meblami, z rolami, z ludźmi i z wyobrażeniem o tym, gdzie jest nasze miejsce”.

I po co ta kokieteria? Panie redaktorze, z takim piórem i wyobraźnią przyjmą pana w każdej stolarni.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop