Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Dzieci króla Palikota

22 lip 2010

„Lubię. Uwielbiam. Kocham. Zgadzam się z każdą pańską wypowiedzią. Chcę lubić, uwielbiać, kochać pańskie wypowiedzi jak najdłużej” – to tylko jeden z fascynujących wpisów, które miłościwie nam panujący Król Palikot Ostatni zamieścił niedawno na swoim blogu.

Dla nadwornego lekarza monarchy są tam i inne ważne informacje, jak np. ta, że Przemysław Gosiewski żyje i widziano go we Włoszczowie, albo ta, że jedna piąta z trzydziestu milionów głosujących Polaków to dziesięć milionów, a nie sześć, i że te dziesięć milionów czeka tylko na sygnał, by wytoczyć wojnę ludziom kardynała Dziwisza. Anonimowi paziowie zdradzają, że im głośniejsza w królestwie krytyka króla, tym więcej radości sprawiają mu audiencje.

Przede wszystkim – najwierniejszych internautów, którzy wiozą Jaśnie Oświeconemu złote skrzynie ze świeżym mięsem do rzucania, inkrustowane diamentami baniaki ze spermą na twarz, bez której zdaniem monarchy nie sposób dziś uprawiać polityki, walizki z krokodylej skóry pełne wibratorów na każdą okazję, świńskie ryje z grzywką i w zerówkach czy fotografie wykutych w granicie pomysłów na wykorzystanie swoich pięciu minut.

Na przykład: jak w pięć minut zostać bucem roku albo nakłonić emerytkę do wpłaty kilkuset złotych na konto milionera. Po wręczeniu prezentów z ust bijących pokłony rozlega się pieśń: „Chwała ci Biłgorajskie Zwierciadło naszej miłości bliźniego. Ty jesteś przyjazne państwo. Ty jesteś sól tej ziemi, jej cukier puder i mąka kartoflana. Dlatego wzywamy rodaków do siekier, kilofów, młotów pneumatycznych i dział przeciwpancernych. Wykopmy nareszcie z Wawelu pijanego Irasiada Borubara Kaczora z jego sympatyczną żoną. Gotowi do startu, start!”.

Kiedy ostatnio skończyli śpiewać, władca zaklaskał cztery razy, co oznaczało, że teraz przed oblicze jego królewskiej mości mogą udać się ważniejsze osobistości, liczące na spotkanie w cztery oczy połączone z intymną rozmową. Był wśród tych znakomitości pisarz Eustachy Rylski, który przyniósł świeżo popełnione haiku: „Więcej w katastrofie smoleńskiej Mrożka niż Szekspira. Palikot publicznie wyraża to, co większość z nas prywatnie myśli”.

Środowisko operowe reprezentował Mariusz Treliński, który na cześć władcy wykonał arię z opery „Polityk Artysta”. Przyszła też Kora Jackowska. Wcześniej z okazji nowej płyty przypomniała sobie, że kiedyś molestował ją ksiądz, teraz intelektualnym tańcem brzucha zapragnęła opowiedzieć historię smoleńskiej tragedii i króla, którego podli ludzie tak nikczemnie krytykują. Ale on już jej pląsów nie widział. Wtulony we własny portret z napisem „Pokolenie JP3” śnił o wielkiej jak pięść centrolewicy, a chłopiec, który we śnie groził mu paluszkiem, nareszcie nie był podobny do marszałka Schetyny.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sztuka kochania kandydata

1 lip 2010

Trzeba przyznać, że było w tej kampanii prezydenckiej kilka ciekawych momentów. Jak choćby ta zupełnie zapomniana, ba, nienagłaśniana nawet zapowiedź programu o wyborach w TVP Info:

„Pokażemy państwu, w jaki sposób najszybciej trafić do urny, nawet jeśli nie jest nam po drodze”. Fakt faktem, w powodzi gaf Komorowskiego, w milczeniu Kaczyńskiego i melorecytacjach Napieralskiego taki drobiazg jak polszczyzna mógł się zapaść pod ziemię. Ważne, żeby Niemiec nie pluł w twarz i precz z komuną, niech żyje lewica. Sadzili drzewa, zrywali czereśnie, jeden twardy jak dąb Bartek, drugi rozgrzany po rosole.

Nie narzekajmy, było pięknie. Jedno, czego zabrakło, to jeszcze większego udziału artystów. Wprawdzie Andrzej Wajda postanowił zagrać larum, demaskując przy okazji kilku przyjaciół z TVN i drugiej telewizji prywatnej, ale zaangażowanie powinno być głębsze. Żeby nie było już żadnych wątpliwości, kto za kim i dlaczego. A tak nie wiadomo, kiedy Jan Kidawa-Błoński wygrywa festiwal w Gdyni filmem ocenianym jako średni, czy ma to jakiś związek z jego wcześniejszym akcesem do Komitetu Poparcia Bronisława Komorowskiego, czy raczej z kolejną zapaścią polskiej kinematografii. Czy apolityczna kampania zachęcająca do pójścia na wybory, w której udział biorą aktorzy popierający Komorowskiego: Magdalena Boczarska i Tomasz Karolak, to są jeszcze żarty czy już jaja jak berety?

A jednocześnie – jaki sens ma poparcie Jarosława Kaczyńskiego przez Halinę Frąckowiak, jeśli nie wykonuje ona na wiecach swego superhitu: „Zjawił się pod wieczór przemarznięty mały elf, mówił, że na kilka chwil. Wkrótce minął miesiąc i kochany mały elf w serce zapadł mi jak nikt. Cichy jak żak, ruszył vabank, w kółko „je t’aime”, w gwiazdach jak Lem. Gdzież tam bon ton, zmysłów voyager, pieścił mnie aż do szczytu marzeń…”.

Cytat przydługi, ale czy kampania nie nabrałaby rumieńców po obu stronach barykady? Jak widać, wystarczyłoby, żeby artyści w tzw. ramach tzw. poparcia robili to, co potrafią. Wajda by kręcił, Frąckowiak śpiewała, a Olbrychski z Zelnikiem grali. Niestety, gdy artysta chce być poważny, często wychodzi na odwrót. Jak w przypadku Agnieszki Holland, kolejnej członkini komitetu Komorowskiego, święcie chyba przekonanej, że nabija mu punkty taką oto odezwą: „Musisz też pokazać, że dajesz gwarancję powstrzymania lobbystycznych zakusów swoich kolegów z partii oraz wetowania niebezpiecznych lub głupich ustaw.

Właśnie przeczytałam zaproponowaną przez PO nowelizację ustawy o mediach publicznych. Szalenie niebezpieczna, bo – co wydawałoby się niemożliwe – jeszcze bardziej uzależnia je od polityków, tym razem z PO, likwiduje resztki ustawowych obowiązków misyjnych i w linii prostej prowadzi do ich marginalizacji”. Dali był szaleńcem, Picasso bił kobiety, a nasi artyści postanowili wejść z buciorami w politykę. Wkrótce na ekranach Magdalena Boczarska i Tomasz Karolak w filmie Andrzeja Wajdy i Agnieszki Holland „Do broni! Sława!”.



Od moderatora:
W związku z wyborami na urząd Prezydenta RP informujemy, iż w okresie ciszy wyborczej tj. w okresie 24 godzin poprzedzających dzień wyborów i aż do chwili zakończenia głosowania zabronione jest prowadzenie agitacji politycznej na rzecz kandydatów w jakiejkolwiek formie.

Publikacje na blogu jakichkolwiek komentarzy mających charakter agitacji wyborczej może zostać uznana za naruszenie przepisów oraz stanowi czyn zagrożony karą grzywny.
(Art. 76b ust. 2 i art. 77 ust. 1 ustawy z dnia 27 września 1990 r. o wyborze Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej tj. Dz. U. z 2010 r. Nr 72, poz. 467.)
Dziękujemy za wszystkie komentarze, a w razie pytań prosimy o kontakt na moderatorzy@rp.pl .

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gajowy kontra Kociarz

24 cze 2010

Dostałem list, cytuję w całości.

„Panie redaktorze, może pan coś z tego zrozumie. Mieliśmy w zeszłym tygodniu wybory na sołtysa.  Zgłosiło się dziesięciu chłopów, wśród nich brat zmarłego sołtysa (Kociarz na niego mówią, bo za kota by się dał pokrajać), Gajowy, który sołtysa teraz zastępuje oraz Młody, na którego baby jak bociany lecą. Gajowy od razu powiedział, że nie będzie niczego robił, póki go ludzie nie wybiorą. Ale zaraz potem nową belkę na przystanku zamontował i telewizory kazał wyłączać po 19.30, że niby pornografia się szerzy.

Kociarz na początku w ogóle nic nie mówił, a jak już się odezwał, to stwierdził, że dość wojny wiejsko-wiejskiej i on teraz będzie ludzi godził. Młody zaczął na lewo i prawo kiełbasę wyborczą rozdawać, choć dla niepoznaki wpakował ją w kanapki. Pech chciał, że wtedy wylała nam rzeczka.

Gajowy kalosze ubrał i dawaj z właścicielem dyskoteki po wodzie chodzić, cmokać i w niebo patrzeć. Ze dwa razy mu się nawet udało deszcz przepowiedzieć, ale ludziska i tak to mieli głęboko w workach z piaskiem. Jak żeśmy wodę wypompowali, to i z Gajowego jakoś powietrze uszło. Na dodatek się okazało, że nasz rzeźnik, co się ludziom słabo kojarzy, odkąd świni łeb jedną ręką urwał, trzyma jego stronę.

Najpierw nawrzucał bratanicy Kociarza, a potem powiedział, że on też będzie ludzi do zgody namawiał i że trzeba iść pod Kociarza chałupę patrzeć, czy on się naprawdę aż tak uspokoił, jak sam mówi. Pół wioski na drzewach się rozsiadło, ale firany były zasłonięte, a tu muszę nadmienić, że Kociarz żony nie posiadł, w sensie, że jej nie ma.

Następnego dnia się okazało, że jak żeśmy podglądali, to i tak go w domu nie było, bo po wsi chodził i ludzi przekonywał, że Gajowy chce lekarza zastrzelić. Jatka by się zaczęła, ale następnego dnia już były wybory. Wcześniej żeśmy ściepę zrobili, coby jako dojrzała demokracja sondaż sobie zamówić u miastowego po kursach.

Ten pogmerał coś przy telefonie i stwierdził, że na Gajowego nie ma bata i Kociarza rozniesie. Gajowy tak się ucieszył, że z właścicielem dyskoteki do rana śpiewali, a rzeźnik to ze szczęścia okulary rozbił. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że tuż po wyborach nasz wiejski głupek, taki, co go już nikt nie szanuje, nagle zaczął po wsi latać z krzykiem, że trzeba jeszcze raz głosować.

Zebraliśmy się w remizie i zdecydowali, żeby jednak te głosy chociaż profilaktycznie przeliczyć. Raz liczymy, drugi raz, i co się okazuje – głupek ma rację, bo Gajowemu więcej do zwycięstwa zabrakło niż Kociarzowi do niego. Ale najśmieszniejsze jest, że Młody dostał takie poparcie, że go teraz z oka nie spuszczają.

Ja nie wiem, co on zrobi: z jednej strony na koty ma alergię maksymalną, ale z drugiej przemocy nie trawi, a Gajowy już mu dwururką przed oczami machał. Po mojemu nie poprze nikogo. A pan, panie redaktorze, niech mi teraz powie, czy ten miastowy po kursach, co tak Gajowemu w tył stodoły właził, nie był przypadkiem przez Kociarza napuszczony? Bo że wiejski głupek najmądrzejszy w całej wsi się okazał, to my już sami dobrze wiemy”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pan Tadeusz na urlopie, czyli ostatni zjazd na autostradzie

17 cze 2010

(poemat trzynastozgłoskowcem, odnaleziony w niedzielę, 20 czerwca Roku Pańskiego 2010, w urnie wyborczej)

Sitwo, mielizno nasza, ty jesteś jak bagno.

Ile cię trzeba cenić, wiedzą ci, co wpadną

W nie po uszy. Dziś marność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo nic tu po tobie.

Matko Boska, jak śmieszne są te wygibasy,

Kontrwiece bez znaczenia, teatrzyk dla prasy.

Skąd się biorą w narodzie takie dziwne twarze,

Że myśl na nich maluje koszmarne pejzaże.

Jak je teraz przegonić – sio z telewizorów!

Czy już nikt nie ugasi ognistych jęzorów?

Są tacy, co by mogli – trzask, prask, jednym

słowem,

Ale wciąż kombinują, odwracając głowę.

Panowie, miejcie litość, na cud nie czekajcie.

Jeśli dać się zagłuszyć, to chociaż po walce!

Już, niestety, za późno na prośby i groźby.

Plucie to sposób życia, temperament, hobby…

Słowo daję, że zniosę każdą gafę, wpadkę,

Byle ktoś mi obiecał, że skończy naprawdę

Z żenadą Palikota i furią Niesioła.

Skoro nie ma takiego – jedźmy. Nikt nie woła.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czereśnie na dębie

10 cze 2010

„Paranoja jest goła” – śpiewała Kora Jackowska przed laty. Dziś mógłby to być hymn naszych stacji telewizyjnych.

W TVN 24 jeden z prowadzących twierdzi, że w słowach duchownego „Wybierajcie grupę lub człowieka, który kieruje się sumieniem” zawarta jest wyraźna sugestia, na kogo głosować.

Najpierw dziennikarze TVN pomstowali, że przez tragedię smoleńską kampania jest zbyt ospała. Teraz, jak Paweł Płuska, narzekają po kilka razy w tygodniu: „Widać, niestety, że zaczęła się kampania prezydencka…”. Wcześniej gorzkie żale, że nawet klipów wyborczych nie ma, ale kiedy już są, to służą telewizji Piotra Waltera głównie jako pretekst do żartów. Czereśnia, he, he, u Komorowskiego, dąb, hi, hi, u Kaczyńskiego, a Napieralski, ha, ha, bez drzewa. Przoduje w dowcipach redaktor Jarosław Kuźniar, ale, o dziwo, nawet on zagotował się ostatnio politycznie.

Kaczyński przed dziennikarzami odkrywał Amerykę, że ludzie się wobec powodzi mobilizują, a Kuźniar na to w studiu: „Przypominam prezesowi Kaczyńskiemu, że ostatnie wybory samorządowe wygrała Platforma Obywatelska, więc ja mu bardzo dziękuję w imieniu samorządowców Platformy Obywatelskiej”. Nazywana przez Komorowskiego „pisowską” telewizja publiczna (czemu nie pisowsko-eseldowska, skoro Dwójkę wzięła lewica?) nie pozwoliła na razie swoim prezenterom dziękować za coś w imieniu „samorządowców Prawa i Sprawiedliwości”.

Wiem – stacja komercyjna może wszystko, nawet udawać apolityczną. Może dlatego, że w Polsce każda telewizja rymuje się z hipokryzją. Piotr Kraśko z TVP 1 po smoleńskiej katastrofie orał gumiakami zaprzyjaźnioną ziemię rosyjską, narażał się na brzydkie słowa w języku wschodnich sąsiadów, łzy wstrzymywał mężniej niż Monika Olejnik, a teraz postanowił na tym… zarobić. Zanim ujawniono pierwsze nagrania z czarnej skrzynki, już zdążył popełnić książkę „Smoleńsk 10 kwietnia 2010”.

Jeżeli za chwilę pojawi się w Internecie wiadomość, że Kraśko wie o katastrofie więcej od innych, pogromca rajdu Paryż – Dakar sam będzie sobie winny. Bo skąd inaczej znałby prawdę o przyczynach tragedii? Nie wiem, nie przeczytam. Kiedy myślę o panu Piotrze, zawsze trzęsę się z niepokoju. Sięga tam, gdzie wzrok nie sięga, a ostatnio w Toruniu fala powodziowa prawie podmyła mu podeszwy! Może by więc podać Ameryce pomocną dłoń i rzucić naszego Indianę Jonesa na odcinek wycieku ropy w Zatoce Meksykańskiej?

Można to połączyć z sympatycznym, meksykańskim audiotele.

Czy sombrero to:

a) kapelusz z wielkim rondem,

b) wielkie rondo w kształcie kapelusza,

c) nakrycie głowy Piotra Kraśki o średnicy równej jednej piątej wysokości jego mniemania o sobie.

Pytanie jest podchwytliwe jak diabli, bo tylko jedna odpowiedź jest nieprawdziwa.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Szafa z gafami

3 cze 2010

Na początek zła wiadomość. Czerwony Kapturek Lewicy i Babcia Prawicowo-Moherowa nie mają już w naszej bajce żadnych szans. Dlaczego? Bo Gajowy nie poluje, tylko fotografuje.

Zamiast ustrzelić Wilka i tradycyjnie uwolnić z jego brzucha biednych bohaterów, zrobił zdjęcie, oprawił je w skórę ekologiczną i powiesił nad łóżkiem. Kiedy nie może zasnąć, wspomina ten piękny strzał albo liczy swoje gafy w kampanii prezydenckiej.

Gdy jeszcze w czasie prawyborów przyszły do niego koleżanki posłanki, wspominał: „Kiedy tyle kobiet dookoła, o czym innym myślę zgoła”. O czym myśli – precyzował podczas spotkania ze studentami, gdy opowiadał, że pytają go cudzoziemcy, dlaczego Polacy całują kobiety w rękę, a on im wtedy mówi: „Bo od czegoś trzeba zacząć!”.

Koleżanki z Danii nazywał kaszalotami. Gdy skończyła się żałoba, ale teren katastrofy wciąż pozostawał niezabezpieczony i ludzie znajdowali nie tylko paszporty ofiar, ale i części samolotu, twierdził, że to nie problem. Potem zdefiniował wodę niczym przed laty Archimedes prawo ciążenia. Eureka! Woda ma to do siebie, że spływa – mówił, a w tym czasie rodacy z południa tracili cały dobytek. Rosjanom przypomniał, że cztery wieki temu pobiliśmy ich na całego, a Poznaniakom i Krakowiakom wmówił, że nie lubią dawać prezentów.

Gafa za gafą. Czy to nie wspaniale, że odnalazło się w Polsce piękne słowo „gafa”, które kilka lat temu zaginęło gdzieś między politycznym piarem i mediami? Z głębokiego niebytu i mroków językowej niepamięci wydobył je faworyt wyborów. Jego poprzednik pod prezydenckim żyrandolem zaliczał wyłącznie „wpadki”, „obciachy” i „skandale”, jego panowanie zaś to był wieczny wstyd, żenada, pośmiewisko świata i nieodkrytych jeszcze galaktyk. Ale już po wszystkim.

Dość odwracania wzroku od tronu, teraz będzie można kąpać się w blasku światłości Jego Wysokości i każde słowo, które spłynie spod arystokratycznego wąsa, będzie słowem mądrym. A gdyby nawet zdarzyło się pełniącemu obowiązki prezydenta powiedzieć o kilka zdań za dużo, zamknie się je w szafie z gafami, tak by nieodpowiedzialni ludzie nie zrobili z nich „wpadek”, „skandali” i „obciachów”.

Całość warto upudrować sprytną relacją z bulwersującego zachowania wyborców kontrkandydata, którzy np. w takim Licheniu ośmielili się rozwiesić transparenty. „Ludzie ci nie ukrywali, że są związani z Prawem i Sprawiedliwością” – mówi dziennikarka TVN 24, by po chwili wyjaśnić, że „to co najmniej sympatycy PiS”. Tak dowiedziałem się, że jestem związany z FC Barceloną, Anthonym Hopkinsem i dużą grupą telewizyjnych prezenterek. Bardzo mi przyjemnie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Teatr Palikota

27 maj 2010

Janusz Palikot z mandoliną w lewej ręce. Do szyi przytwierdzony uchwyt z harmonijką ustną, na głowie czapka w kratkę symbolizującą najwyższy stopień nieskazitelności.

Prawą ręką kręci korbką katarynki, z której płyną dźwięki szlagieru „Pojedziemy na łów, na łów, towarzyszu mój”. Na katarynce klatka ze śpiącym tukanem. Na prawym ramieniu mężczyzny gumowy diabełek z siatką na motyle, na lewym lekko łysiejący anioł gryzący wargi bezwiednie, ale z wdziękiem. Wokół szyi owinięty żywy lis, skupiony przede wszystkim na sobie, choć czasem zerkający nieufnie w stronę przechodniów.

Poniżej lisa marynarka wojenna używana, skrojona schludnie i w terminie, choć przy kieszeniach koszmarnie upaćkana keczupem. Pod marynarką w zasadzie nic, jeśli nie liczyć kilku wpiętych bezpośrednio w skórę orderów kupionych okazyjnie na blogu. Dalej szelki, grube i mocne jak linki spadochronu, w kolorze lila złamanym z żółcią. Na szelkach spodnie luźne, tureckie, błyszczące nocą w lokalu, jeszcze bardziej oldskulowe niż buty.

Buty narciarskie szwajcarskie, o kilka numerów za duże, by mogły się w nich zmieścić pamiątki. Zdjęcie od młodego wyborcy z podpisem „Zostań w Chełmie”, albo język wyciągnięty z buta, w którym się było pierwszy raz na maturze. Tyle zarys ogólny. Na twarzy delikatna jak podmuch ze smażalni opalenizna, oblicze gładkie, na nosie okulary.

Janusz Palikot poprawia czapkę, przeciera czoło chusteczką w żółte kaczeńce, bierze oddech i zaczyna śpiewać na melodię piosenki „Jestem wesoły Romek”: – Jestem wesoły Janusz… (kręci głową niezadowolony, próbuje ponownie)… Jestem wesoły Donek… Lepiej. A może… (zaczyna nieśmiało)… Jestem wesoły Bronek… (rozpogadza się). Mam na przedmieściach domek… domek… W tym domku wodę, światło, gaz, więc popełniam tyle gaf… (wyciąga komórkę i dzwoni). – Halo? Tak, to ja. Jak to zmieniony? Chrypkę mam może. Aaa, rozumiem. Jasna sprawa, że zmieniony.

Oczy się trochę męczą, ale czego się nie robi. Co robię? Układam piosenkę dla kandydata. Wiem, cieszę się bardzo, doceniam, oczywiście, że doceniam. Tak jest, żadnych chamskich numerów, żadnego wibratora czy innych głupot, wiem. Zapisałem już wczoraj. A czy ja mogę mieć pytanie? Co ja mam robić, kiedy on zacznie gadać? Spokojny mam być? Ale to miała być przecież tylko udawanka, jak u niego. Że co? Że stracił pod Smoleńskiem pół rodziny, a ja nie? Halo, z kim ja rozmawiam?! To czemu pan nie mówi, że pomyłka?! Mówił pan, że numer zmieniony? Myślałem, że o mnie pan mówi „zmieniony” i że „niezły numer”. Halo? No, co za cham.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Artyści polityki

20 maj 2010

Zwariować można. Wajda twierdzi, że jest wojna domowa, Rymanowski – że jej nie ma, a Lis, że „prawdę mówiąc, gdzieś tam w Polsce się kotłują”.

Komu wierzyć? „Lekarz mi powiedział, żebym sobie poszukał lekarza gdzie indziej” – opowiadał Andrzej Wajda na prezentacji wyborczego komitetu honorowego Bronisława Komorowskiego. Czyli – wojna. Pierwsze wystrzały jeszcze na posiedzeniu komitetu, Władysław Bartoszewski atakuje Rwandę i Burundi, używając obu krajów jako przykładów światowego, nie bójmy się tego słowa, zaścianka.

TVN 24, chcąc uniknąć rozlewu krwi, zamiast polityków zaprasza do studia aktorów. Naprzeciwko Bogdana Rymanowskiego zwarci i gotowi Daniel „Kmicic” Olbrychski i Jerzy „Faraon” Zelnik. Olbrychski, znany z gorącej krwi, tym razem grzeczny i opanowany, raczej lekcja fechtunku niż rąbanie szablą portretów. Pewien zwycięstwa kandydata Komorowskiego. Zelnik refleksyjnie pauzujący, liryczny i wątpiący tak bardzo, że obstawia pierwszą turę dla Komorowskiego, choć sam popiera Kaczyńskiego.

„Zamiast dzisiaj być w domu muszę być u pana” – tłumaczy Rymanowskiemu niedogodności własnej decyzji, potem definiuje Komorowskiego jako „firmę usługową”. Olbrychski kontruje „prostotą” swojego kandydata, która „jako do aktora przemawia do niego o wiele głębiej”. Koniec pierwszego aktu. Rymanowski ogłasza, że wojny nie ma. „Kmicic” z „Faraonem” ściskają się i całują. Kilka chwil potem są już, także na żywo, w TVP 2 u Tomasza Lisa. Olbrychski usprawiedliwia nieobecność na spotkaniu komitetu honorowego: „Miałem tam być, ale byłem królem Jagiełło gdzieś pod Słupskiem”.

Zelnik wspomina niedyskretnie „o filtrze wrażliwego sumienia Jarosława Kaczyńskiego”, przez który będą przechodzić ustawy, o ile wygra wybory. „Koabitacja. Cohabité” – gasi go w dwóch językach Olbrychski. Ale w studiu jest ktoś jeszcze, też artysta. Zbigniew Hołdys przestrzega publiczność: „Zanim zaczniecie buczeć, włączcie najpierw procesory na większe obroty”, a potem wspomina, że „zaczyna się nowa cywilizacja”.

Lądujemy na Ziemi, Hołdys nie jest za kandydatem PO ani PiS, bo obie partie chciały mu uszczuplić dochody. Zelnik przypuszcza ostateczną szarżę, wspominając ni z gruchy, ni z pietruchy o pisowskiej ustawie o dziedziczeniu. Z rozpędu dodaje, że „PiS nie tylko szkodzi”. Lis kończy program stwierdzeniem, że może i wojny nie ma, ale jednak gdzieś tam w Polsce się kotłują. Kurtyna, kwiaty i owacje dla aktorów. Za to już w najbliższym Teatrze Telewizji zobaczą państwo wyborczą debatę kandydatów. Zwariować można.

A nawet trzeba.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Staruszek naszych czasów

13 maj 2010

„Wesołe jest życie staruszka, wesołe jak piosnka jest ta, gdzie stąpnie, zakwita mu dróżka, i świat doń się śmieje: ha ha” – tak było kiedyś.

Dziś życie staruszków, zwłaszcza takich, którzy wdepnęli na dróżkę kariery, nie jest wesołe. Bezpartyjny staruszek z piosenki Przybory i Wasowskiego mógł cieszyć się piosnką, polityczny staruszek nie ma na to czasu. Czasy bowiem takie, że samym intelektem, mądrością życiową, bezcennym doświadczeniem zdobytym przez lata czy ostatecznie wdziękiem, kulturą osobistą, autorytetem oraz statecznością wyważonych poglądów głosów wyborców się nie zdobędzie. –

Ho ho – myśli więc polityczny staruszek – tutaj taryfy ulgowej nie ma i nikt starszej osobie miejsca nie ustąpi bez powodu. Trzeba z młodymi naprzód iść, odmłodzić się, przemłodzić i zmłodzić jak najprędzej! A jak człowiek młody, to i bluzgnąć sobie lubi bez powodu, i upodlić się w biały dzień, i walnąć czasem prosto z mostu, co mu się na tym strasznym świecie nie podoba.

Zebrała się zatem Rada Starszych i dalej radzić, jak młodego wyborcę uwieść. Pierwszy wstał Ryczący Waran, a reszta zadrżała na myśl o tym, co powie, bo w czym, jak w czym, ale w słowach Ryczący Waran nie przebierał. Teraz też pyknął jedynie dym z fajki pokoju, który ułożył się w dwa słowa gęste jak atmosfera w namiocie: nekrofilia i pedofilia. Podniósł się Ryczący Mały Koń. – Żałoba żenada. Mauzoleum Lenina. Mao Tse Tung. Czarny kolor jest tragiczny… Tu przerwał, lecz się trzymał, wszystkim się zdawało, że coś powie jeszcze, ale już machnął ręką Ryczący Owad. Zawsze, kiedy tak machał, musiał coś powiedzieć. – Cynik cyniczny! Rozwiedziona rozwódka! – zawołał najniegrzeczniej jak potrafił. Zebrani zaczęli ściskać się i całować. „Wrócili…” – szeptano w najdalszych zakątkach rezerwatu. „Teraz się zacznie, załatwią ich bez mydła nasze megamózgi, nasi wielcy z wielkich i ostatni z ostatnich!”. Zanim wyszli z wigwamu, uczcili minutą awantury pamięć o wycofanym z Rady Ryczącym Łosiu, który na drugim końcu lasu miotał się w Pióropuszu Milczenia. A potem wydali oświadczenie: „My, Ryczący Waran, Ryczący Mały Koń i Ryczący Owad zwracamy się z apelem o natychmiastowe zaprzestanie awanturowania się, o większą kulturalność w kontaktach z, pożal się Boże, przeciwnikami politycznymi, o niewykorzystywanie żałoby w celu niezgodnym z przeznaczeniem. Jednocześnie chcemy przypomnieć, że każdy z nas, jak tu stoi, gotów jest objąć, co się nawinie, byleby tylko móc się dyskretnie wycofać z tej strasznej polityki, gdzie jedynym obowiązującym językiem jest język nienawiści”. Wesołe jest życie staruszka, gdy świat doń się śmieje. Gorzej, kiedy śmieje się zeń.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rzut pilotem: Prezenterzy poezji

6 maj 2010

Chciałem napisać piosenkę o Kubie Wojewódzkim i Michale Figurskim, ale gdzieś pod koniec pierwszego wersu uświadomiłem sobie, że jakkolwiek by nie nakreślić ich portretu, zawsze wyjdzie niesprawiedliwie.

Bo nie wiemy, który w słynnym już utworze „Po trupach do celu” napisał więcej. Który nadał mu walory haiku, a który parł w stronę epitafium. Jedno, co prawdopodobnie nie budziło wątpliwości obu autorów, to założenie, że rzecz musi być mocna, polityczna i skandalizująca. Aż się prosi, by jakoś tę muszkieterską jednomyślność – jeden za jednego, jeden za jednego, dookreślić.

Ja sobie nazwałem nowy byt w polskiej literaturze Figurską-Wojewódzką (ze względu na atmosferę wiersza przypominającą do złudzenia wczesne erotyki Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej). Tak więc w gronie poetów, którzy nie chcą pisać do szuflady, pojawiła nam się kolejna nowa autorka w średnim wieku. Oczywiście – piękniej jest uprawiać politykę przez poezję niż przy użyciu marnej (z założenia) prozy lub fałszywego (z gruntu) dialogu. A Figurskiej-Wojewódzkiej przestały wystarczać spektakularne wbicia polskiej flagi w kupę, mało jej przeprosin, które złożyła publicznie za nazwanie Lecha Kaczyńskiego „małym, niedorozwiniętym, głupim człowiekiem”.

Nie bójmy się pięknych słów, na gruncie poezji stąpa dziś pewnie i z podniesioną głową. Bo czy ktoś wypomniał jej brak talentu? Jedyne zarzuty dotyczą treści utworu. Krytykować każdy potrafi, ale weź bracie i siostro, siądź przy biurku i grzmotnij coś naprawdę dobrego. Okaże się, że nie tak łatwo użyć metafory „po trupach do celu” w kontekście czyjejś osobistej tragedii. I że zrymować ową metaforę z „kąpielą”, to też nie jest bułka z masłem. Jakby się nie ustawiać, zawsze wyjdzie „kąpielu”, tylko czy tak można? Można – odpowiadam Figurskiej-Wojewódzkiej, nawet trzeba.

Dlaczego jednak nikt nie podejmuje próby rzetelnej analizy pierwszego, oby nieostatniego jej wiersza? Powód jest prosty – tu się od strony literackiej nie ma do czego przyczepić. Ten utwór to „Sto lat!”, „Hej, sokoły” i „Jesteś szalona” w jednym. Delikatny jak „Happy Birthday” Marilyn Monroe dla Kennedy’ego i mądrzejszy niż pieśni starocerkiewne. Niech tylko ktoś napisze do tego jakąś fajną muzykę, a będziemy przy nim tańczyć, skakać i uprawiać jogging… Tak w półmroku tworzenia mogła myśleć Figurska-Wojewódzka. Aż tu nagle w „Gazecie Wyborczej” Dominika Wielowieyska nazywa utwór „idiotycznym”. Co się z tymi ludźmi porobiło? Żeby prezenterów prądem?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop