Zazdroszczę Sekielskiemu

17 marca 2010 autor rp

Po obejrzeniu dokumentu „Władcy marionetek” i wywiadów z jego autorem Tomaszem Sekielskim czuję zazdrość. Zazdroszczę Sekielskiemu tej dziecięcej wiary, która towarzyszyła mu aż do momentu, gdy zaczął obwąchiwać polską politykę.

On, dawny dekonspirator niecnych uciech w pokoju hotelowym Renaty Beger, potem pasjonat małżeńskich sprzeczek państwa Drzewieckich wciąż żył w przeświadczeniu, że istotą polityki jest prawdomówność! Z jego filmu, jak mówi: „Dowiadujemy się, że politycy potrafią kłamać bez mrugnięcia okiem albo wypowiadać słowa, nie licząc się z ich konsekwencjami”. Jak to? Bez mrugnięcia nawet? A kysz mary piekielne! Ja, Tomasz Sekielski przeklinam was w imię prawdy. Premierze Tusk, nie ma żadnej pielęgniarki Ewy, o której pan opowiadał przed kamerami! O czym by tu jeszcze… Wojna w Iraku – patrzcie państwo, jak płaczą matki żołnierzy, których oni wysłali na śmierć! O czym by jeszcze… Panu Zdzisiowi dom zabrali, pan się uspokoi, ja to pokażę milionom osób ku przestrodze!

Zazdroszczę Sekielskiemu. „Przekrojowi” mówi, że nie miałby nic przeciwko nazwaniu go „polskim Michaelem Moore’m”. W „Gazecie Wyborczej” już się trochę „zżyma na takie porównania”, bo przecież on, Sekielski, „ocenę i interpretację pozostawia widzom”. Czy także wtedy, gdy wyrywa wypowiedzi polityków z kontekstu albo puszcza je kilka razy pod rząd? Gdy wykorzystuje nieszczęście ludzi, których synowie zginęli na wojnie i dla kilku marnych kadrów wiezie ich do Kwaśniewskiego?

Zaprawdę, zżymanie się Sekielskiego pełne jest uroku. „Tak wielu z nich nie ma poczucia odpowiedzialności za słowo. Nie myślą w perspektywie lat, tylko dni i bieżących sondaży, więc stać ich na takie słowa jak Ziobry o lekarzach zabójcach”. Ziobro mówił o jednym lekarzu, czyżby Sekielski już się zdążył zarazić nieprawdą? Donald Tusk wspomina we „Władcach…” o esemesach grożących zniszczeniem ministrowi, który nie chciał przyjść do programu „Teraz my”. Wystarczyłoby więc zapytać kilka osób, by odkryć – albo autora pogróżek, albo kłamstwo premiera. Polski Moore nie idzie tą drogą. Czemu? – zapytałby być może, gdyby nie chodziło o niego samego.

Zazdroszczę Sekielskiemu. Dostał forsę na 100 minut filmu, z którego wynika tylko tyle, że nieco schudł i chce teraz kręcić dokumenty ze sobą w roli głównej. „Wcieliłem się w dokumentalistę” – tak brzmi jego pierwsze zdanie we „Władcach…”. Tu jest pies pogrzebany. W dokumentalistę wcielić może się tylko ten, kto nim nie jest.

Ale najbardziej zazdroszczę Sekielskiemu swobody w jego myśleniu o dziennikarstwie. Manipulując nakręcił film o manipulacji. Dzień po emisji „Gazeta Wyborcza” poinformowała, że pielęgniarka Ewa jednak istnieje. I że Sekielski o tym wiedział. „Gazeta”: „Miał pan oświadczenie pielęgniarki. Czemu nie ma go w filmie?”. Sekielski: „Film dokumentalny to skrót, pewne uogólnienie”. Biorąc pod uwagę, że chciał swoim dziełem „uświadomić ludziom – a może przypomnieć – jak dalece są manipulowani”, swój cel zrealizował w 100 procentach. Uświadomił i przypomniał tak, że boki zrywać.

Poziom wzruszenia Wojewódzkiego

11 marca 2010 autor rp

Szanowna Pani Kazimiero Szczuko i wszystkie polskie feministki, o których kiedyś tak było głośno, a dziś tylko przy okazji Manify na Dzień Kobiet.

Pisze do was zagorzały feminista, któremu leży na sercu los naszej braci, a w zasadzie – siostraci. Szlag mnie trafia po ostatnich wydarzeniach.

Najpierw namydlili nam oczy parytetem, że niby wszystko na pół, fifty-fifty, prezydent w dwóch osobach i te sprawy. A teraz kpiny sobie urządzają.

Sikorski nie potrafi powiedzieć zdania: „Jechaliśmy z żoną całą noc”, żeby przy tym nie mrugnąć okiem porozumiewawczo. Komorowski zaprasza do gabinetu „panie, które go popierają”, żeby im przeczytać własny wierszyk: „Gdy tyle kobiet dookoła, o czym innym myślę zgoła”.

Dobra, to jeszcze bym zniósł, bo trudno dziś politykę brać na serio, ale żeby nawet TVN? Ten sam TVN, który jest na każdej manifie, a potem nas zaprasza na talk-show kozetki i reality krzesełka?

Obejrzałem pierwszy odcinek ich nowego serialu „Klub szalonych dziewic”. Miał być polską wersją „Seksu w wielkim mieście”, a przypomina ekranizację przyśpiewki o dwóch babach i grabiach. Miały być odważne tematy, są disco-odzywki: „Aśka uznaje swobodne bzykanie”, „Bzykanko na jedną noc i dziecko? Co się stało, gumką pękła?”. Dzieci ze sztucznego zapłodnienia bohaterka nazywa „dziećmi ze słoika”.

Czy młoda wyluzowana Polka naprawdę jest tak ograniczona? Nie rozumiem scenarzystów, którzy każą mówić Annie Dereszowskiej do Jacka Poniedziałka: „Tak, umów nas, ginekolog się ucieszy. Może od razu cię zapłodni”. Czy godzi się w ten sposób traktować aktora tylko dlatego, że odważył się zdeklarować jako gej? I czy po to się deklarował, żeby teraz tak trudno było uwierzyć w jego uczucia do kobiety? Dziewczyny, sorry, ja się gubię.

Ale mam przeczucie, że wkrótce rodzina TVN powiększy się o Hannę Lis. I dlatego jej mąż zaprosił do swojego programu w Dwójce Kubę Wojewódzkiego, by ten miał okazję po raz setny zademonstrować przerost prostoty w temacie: „Ludzie, gram w teatrze!”. „Ja stoję na scenie między Michałem Żebrowskim i Danielem Olbrychskim, dwiema legendami polskiego kina”, „Mnie zaprosił Żenia Korin, który reżyserował »Króla Leara« z Tadeuszem Łomnickim”, „Myślę, że ludzie nie przychodzą, żeby zobaczyć mnie na scenie. Przychodzą, żeby zobaczyć, czy większy jest poziom mojej kompromitacji czy poziom wzruszenia. Twierdzę, że poziom wzruszenia jest większy”.

Lis podlizał się na koniec i stwierdził, że jemu się spektakl podobał, chociaż wcześniej mówił, że na scenie Wojewódzki sprawia wrażenie, jakby go korciło, by mówić własnymi słowami. Bał się tego chyba i dyrektor Żebrowski, skoro zdecydował się jeszcze przed premierą zrecenzować spektakl swojego teatru i ze swoim udziałem: „Zrobiliśmy przedstawienie perfekcyjne w każdym szczególe”.

Całe szczęście, że krytycy teatralni nie dostali wejściówek na premierę. Poziom wzruszenia mógłby ich wbić w fotele na zawsze.

Teledebel z TVN

4 marca 2010 autor rp

Polskie dziennikarstwo telewizyjne rozwija się znakomicie. Zgodnie z duchem postępu, który każe wszystko miniaturyzować, Magda Mołek i Andrzej Sołtysik z TVN przeprowadzili w ostatni weekend miniaturową, choć wiekopomną rozmowę z członkiniami w miarę urodziwego, trzyosobowego, londyńskiego girlsbandu Sugababes. O wywiadzie tym krążyć będą legendy na korytarzach wydziałów dziennikarstwa.

Podobnie jak w przypadku naszych cudownych panczenistek i ich olimpijskiego medalu, tak i tu nikt nie spodziewał się sukcesu, choć teledebel Mołek-Sołtysik, a zwłaszcza jego piękniejsza połowa, wielokrotnie znaczył drogę swej kariery efektownymi robinsonadami, zarówno, gdy chodzi o mowę ojczystą, jak i intelektualną wyporność.

Ale tym razem mówić o sukcesie, to tak, jakby chcieć opisać w dwóch żołnierskich słowach kunszt primabaleriny Teatru Bolszoj. Każde zdanie przykrótkie, każdy zachwyt za mały, no, po prostu, żeby nie skłamać: dali czadu, że spadaj dziadu. Zobaczmy to jeszcze raz: Mołek z prawej, Sołtysik z lewej. Naprzeciw nich – trzy długonogie piosenkarko-tancerki. Przed chwilą usiadły, na twarzach uśmiech numer 32, widać, że z niejednego pieca chleb jadły, zresztą prawdziwa cnota krytyk się nie boi. Ale nie znają Magdy Mołek. – Wy jesteście we trzy – zaczyna MM po angielsku. – I co… (przerywa, bierze oddech) występujecie?

Słodkości na kanapie są zdezorientowane. Nie spodziewały się tak ostrego pytania. Ale szare komórki w angielskich głowach szybko się zderzają, więc Sugababes przytakują i rzucają uśmiech nr 17. A TVN rzuca na pierwszą linię Sołtysika.

Ten ma wyraźne problemy z koncentracją, zagraniczne dziewczyny bardzo mu się podobają, po programie przyzna: „Szanowni państwo, to było duuuże przeżycie”. Ale na razie pyta zawadiacko: „Czy płyta wyszła tak, jak sobie wyobrażałyście?”. „Tak, jesteśmy bardzo szczęśliwe, że ludzie mogą słuchać naszych piosenek” – odpowiedzą panie Sugababes. „To moja praca” – zakończy Mołek, przerywając jednej z wokalistek, gdy ta chce podać termin premiery płyty.

Pani Magda umie podać sama, co czyni w miarę płynnie, szast prast i po wywiadzie. I po co te wszystkie wydziały dziennikarstwa, po co castingi i okresy próbne, skoro można zaprosić do studia gości, posadzić przed nimi dwoje kosmicznie komicznych w swej indolencji prowadzących i „jakoś” się kręci? Na „jakość” nikt już nie chce stawiać. Podobno się nie opłaca, bo ludziska przed telewizorami strasznie dzisiaj durnowate.

Szczypta swingu w ringu

25 lutego 2010 autor rp

Nie wiem, czy państwo wiecie, ale światowej sławy piosenkarz Elton John wprowadził drobne korekty do historii chrześcijaństwa.

„Myślę, że Jezus był pełnym współczucia i niezwykle inteligentnym gejem, który rozumiał ludzkie problemy i umierając na krzyżu wybaczył tym, którzy go ukrzyżowali”.

Co w takim razie z Matką Bożą? Może i ona była gejem w kobiecym przebraniu, który znalazł w stajni dziecko do adopcji? Próbowałem przekonać do tej wizji sąsiada w windzie. Stwierdził, że owszem, geje odegrali ważną rolę w dziejach Kościoła, ale taką mianowicie, że ich guru, niejaki Pączuś (potem zmieniono pisownię na Poncjusz), doprowadził do śmierci Jezusa i dalszych prześladowań heteroseksualistów. Zakończonych dopiero triumfem Jagiełły pod Grunwaldem, gdy normalni faceci zbuntowali się przeciwko modzie na biało-czarne szlafroczki i pogonili chłopaków z nagimi mieczami aż pod Marlboro.

Wcale się sąsiadowi nie dziwię, że odważnie zabiera głos w tak ważkich sprawach. Może Elton gadać, co mu ślina na język przyniesie? Może Jolanta Rutowicz, złożona w ofierze ofiarom, które śledziły „Big Brothera” królowa tipsów i chipsów, wypowiadać się publicznie i bez kaftana na temat obchodów rocznicy zbrodni katyńskiej? „Dziennik Gazeta Prawna” uważa, że może.

No, to się wypowiada: „Zaproszenie dla premiera Tuska to ewidentne wyciągnięcie dłoni na zgodę, ale do przełomu potrzebna jest jeszcze pozytywna reakcja naszego rządu. Po raz pierwszy prezydent Rosji będzie obecny na uroczystościach w Katyniu, to fakt. Ale ważniejsze jest to, że ja byłam tam z kwiatami pierwsza”.

Takie są obecnie tendencje na rynku kompetencji: w Polsacie Doda będzie oceniać śpiewanie, choć lepiej zna się na odsłanianiu liter, konkretnie czterech. Joanna Brodzik sprawdzi się jako prowadząca program kulinarny „Brodzik od kuchni”. Pierwszą potrawą mogłaby być kura znosząca złote jajka, w kaszce z mlekiem na zbijanych kokosach. Dla Brodzik to bułka z masłem.

Podobnie jak dla Mariusza Pudzianowskiego śpiewanie. Wcześniej, gdy w „Tańcu z gwiazdami” wbił się we frak, przypominał pingwina po wulkanizacji. Teraz będzie wył pod okiem fachowców.

Akurat pod okiem Pudzian już niedługo może mieć pokaźnych rozmiarów limo, jeśli nadal będzie próbował godzić obowiązki króla ringu i księcia swingu. Wystarczy cios o sile, powiedzmy, jednej setnej Eltona. Nowa jednostka miary, stosowana przy uderzeniach w głowę, powinna zostać zaaprobowana przez Światową Organizację Zdrowia jak najszybciej.

TVN, czyli styczna do mistycznej

18 lutego 2010 autor rp

Na uroczystej konferencji prasowej, gdy TVN zapowiadała wiosenne zmiany w programie, Andrzej Sołtysik, niegdyś rzecznik prasowy stacji, dziś współprowadzący z Magdą Mołek poranne pasmo, wyznał, że dla niego prezentacja nowej ramówki TVN jest zawsze „mistycznym przeżyciem”.

Przypomnijmy za encyklopedią: mistycyzm to teologiczna dziedzina religii badająca mistykę, a w sensie bardziej ogólnym – „kierunek religijno-filozoficzny zakładający możliwość bezpośredniej łączności z Bogiem”. Sołtysikowi prawdopodobnie chodziło o to, że bosko mu się w TVN pracuje.

Niestety, nie może już tego powiedzieć Bogdan Rymanowski. Bogowie TVN zdecydowali: wiosną trzeba wyrwać z ramówki polityczne chwasty. Senyszyn w „Tańcu z gwiazdami” – tak, Kalisz przy śniadaniu – nie. Bo i starsi, i młodsi, pan, pani, społeczeństwo – wszyscy mają już polityki po dziurki w uszach.

TVN stawia zatem na rozrywkę. Zamiast Rymanowskiego i polityków w „Kawie na ławę” dostaniemy „Klub szalonych dziewic”. Zgoda, z tytułu wnosząc, wyjdzie prawie to samo, ale prawie robi tu wielką różnicę, bo jednak daleko cnotliwym wariatkom do posła Niesiołowskiego. Zniknie także program „Teraz my” Sekielskiego i Morozowskiego, a w jego miejsce ma się pojawić serial „Usta-usta”. Niesmaczna aluzja.

Wygląda na to, że w TVN polityka się już nie uświadczy. Gdzie się teraz podzieją mistrzowie ciętej riposty, akrobaci słowa mówionego, lewicowcy łamiący prawo i prawicowcy dorabiający na lewo? Kto ich teraz przygarnie, takich wyluzowanych i bez krawata? I co z Morozowskim i Sekielskim? Jak się nagrywało Lipińskiego z Begerową w pokoju hotelowym, było pięknie i łatwo. A kogo nagrywać dzisiaj? Palikota? Jak sam sobie składa korupcyjne propozycje?

Tymczasem w kanale TVN 24, gdzie być może pojawią się uchodźcy z TVN, nie dzieje się dobrze. W dniu, gdy dwóch bandytów zaatakowało nożem policjanta, na żółtym pasku TVN 24 chodziła taka wiadomość: „Ranny policjant zmarł w szpitalu. Jako pierwsza o sprawie poinformowała TVN Warszawa… Ranny policjant zmarł w szpitalu. Jako pierwsza o sprawie poinformowała TVN Warszawa…”.

Chwalić się newsem, normalna rzecz. Ale rzucać się na te marne piarowskie punkty w obliczu czyjejś nagłej i wstrząsającej śmierci – to potwierdzenie, że tam, gdzie więdnie wrażliwość, rozkwita tępota. Nie pamiętam, czy kiedy zmarł twórca TVN Jan Wejchert, też informowali na pasku, że mają newsa?

Możemy zdobyć pięć złotych

11 lutego 2010 autor rp

Tytuł jest mylący, nie chodzi o zapomogę czy zwrot podatku, ale o polskie triumfy olimpijskie. Mam nadzieję, że po igrzyskach w Vancouver serdecznie wspomną państwo tego, kto pierwszy zapowiedział nasz wielki sukces.

Koledzy pukają się w czoło, ja wiem swoje. Nasi wrócą z pięcioma medalami. Dotychczas na zimowych igrzyskach zdobyliśmy osiem, w tym jeden złoty, a teraz od razu pięć? Tak jest. Skąd we mnie tyle wiary?

Ano stąd, że kandydaci do medali: biegaczka Justyna Kowalczyk, skoczek Adam Małysz i biatlonista Tomasz Sikora są najlepszymi w Polsce specjalistami w swoich konkurencjach, a konkurencje te, chcemy czy nie, to nasze specjalności narodowe.

Weźmy biegi kobiet. Kto u nas biega z siatkami po wsiach i osiedlach? Przecież nie faceci. W którym innym kraju popularność zyskałby obrzydliwie szowinistyczny dowcip o mężu, który wraca do domu i wrzeszczy: „Dawaj obiad!”, żona pyta skromnie: „A magiczne słowo?”, „Biegiem!” – krzyczy mąż…

Może i niechlubne, ale na pewno bogate tradycje mamy w bieganiu nie tylko kobiecym. Chłopcy też od najmłodszych lat słyszą: „Idź sobie pobiegać, bo tatuś musi z mamusią porozmawiać” albo „Biegnij do cioci, ciocia się ucieszy”. Ale sukcesy, jak widać po pani Justynie, odnosi na tym polu płeć piękna.

Może dlatego, że chłopcom bieganie za dziewczynami z czasem przestaje wystarczać. Coś by sobie strzelili – tak zwaną lufę, tak zwanego kielona, albo cokolwiek innego, byle się w tę srogą zimę ciut rozgrzać.

Na sukcesy Tomasza Sikory w biatlonie, gdzie trzeba mieć nogi do biegania, a głowę do strzelania, złożyły się także nasze bogate tradycje łowieckie. Zwłaszcza te z minionej epoki, gdy człowiek leciał na łeb na szyję od sklepu do sklepu, polując na papier toaletowy.

„Papier rzucili!” – rozlegało się między blokami i ze wszystkich klatek wybiegali ludzie. Na ogół w kapciach, bo nart jeszcze wtedy w sklepach nie było. Dziś jest wszystko, nic tylko biegać, strzelać i wołać: „Który mi teraz podskoczy?”. Właśnie, nasz kolejny sport narodowy – skoki. Wałęsa przeskoczył płot w stoczni, to Małysz nie da rady na skoczni? Spokojnie da, i to z przytupem.

Ktoś powie, że w porównaniu ze Skandynawami czy Austriakami i tak wypadniemy blado. Odpowiem: skandynawsko-austriackie gadanie. Dopiero zaczynamy być zimową potęgą, dajmy tym przydrożnym zaspom urosnąć! Przyjdzie dzień, że zamieszamy też w łyżwiarstwie czy hokeju. Na razie zamiast kręcić się na lodzie, większość woli kręcić lody…

Pora na żyrandol

4 lutego 2010 autor rp

Ale się porobiło. Donald Tusk nie będzie prezydentem i – jak sam przyznaje – poinformował o tym najbliższych współpracowników już w czerwcu.

Ciekawe, czy któryś się teraz przyzna, że ściemniał w żywe oczy. I cóż się obecnie musi dziać w domach ministra Sikorskiego, marszałka Komorowskiego, komendanta, przepraszam, komedianta Palikota. Jak zeskoczyć z karuzeli, którą ktoś włączył bez zapowiedzenia? Jak w biegu opuścić łańcuchowe krzesełko, a jednocześnie się nie połamać?

Bo tu przecież kariera, popularność, zaufanie społeczne i słupki pod sam sufit, a tam? Premier mówi, że tylko żyrandol, weto i pałac. Pałac i weto – znana sprawa, ale żeby w miejsce prezydenckiego fotela żyrandol? Czy to jakaś aluzja do nierówności pod sufitem? Wybory prezydenckie – jeszcze nigdy tak niewielu nie chciało tak niewiele…

Wolne żarty, nie uwierzę. Chcą, tylko się boją, że ich naród nie wybierze. Polacy dawno zrozumieli, że nie każdy może zostać prezydentem. Kandydat musi być przystojny, opalony i nie wylewać za kołnierz. Krótko mówiąc, potrzebny jest celebryta, co to i podpisać, i popisać się potrafi. Nazwiska, które państwu podsuwam, nie pojawiają się na razie w sondażach, ale się pojawią. Po pierwsze Borys Szyc.

Odważny i rozsądny – pokazał się na golasa na okładce „Sukcesu”, ale zasłonił, co trzeba, żeby się ludziska nie śmiali. Prezydent jak malowany. Kolejny kandydat – Tomasz Lis. Jeszcze odważniejszy. Zobowiązał się, że odgryzie sobie jedną trzecią języka, jeżeli Lech Kaczyński nie będzie kandydatem PiS w wyborach prezydenckich.

Oj, nie chciałbym być językiem Lisa, gdyby mu bracia jakiś numer wycięli. Trzeba by zrobić sondę wśród telewidzów: Czy uważasz, że Tomasz Lis powinien dotrzymać słowa? Nie, to zbyt tendencyjne. Czy uważasz, że Tomasz Lis powinien stracić jedną trzecią języka wskutek decyzji PiS?

Tak, wiem, zgłaszam samych facetów, a tu przecież parytet puka do drzwi. Dobrze, niech będzie – Martyna Wojciechowska. Opalona, silna, z charakteru, jak sama mówi – kozica górska. Właśnie zdobyła „koronę ziemi”, czyli najwyższe szczyty wszystkich kontynentów, więc z takim maleństwem jak Pałac Prezydencki też sobie poradzi. I właśnie na nią zagłosuję. Bo gdyby tradycyjnie miało się okazać, że król jest nagi, lepiej, żeby na żyrandolu siedziała wtedy kobieta. Przynajmniej będzie ładnie.

Kim jest generał

1 lutego 2010 autor Krzysztof Feusette

Dokument Roberta Kaczmarka i Grzegorza Brauna będzie budził kontrowersje. Autorzy wydają wyrok: Wojciech Jaruzelski jest zdrajcą narodu. I chociaż argumentów im nie brakuje, trudno nie dostrzec, że kreślą portret generała grubą kreską

Generał Jaruzelski nie jest bohaterem mojej bajki. Przeciwnie, w latach 80. rysowałem jego portrety na murach, opatrując je niecenzuralnymi epitetami. Był dla mnie wtedy wrogiem publicznym nr 1. „Komuchem”, który w imię własnych interesów zaprzepaścił w 1980 roku wielką szansę, a potem kłamał o konieczności wprowadzenia stanu wojennego. Nigdy nie nazwałbym go człowiekiem honoru, zbawcą narodu, czy współtwórcą porozumień Okrągłego Stołu. I niezmiennie uważam, że za wiele swoich działań powinien ponieść odpowiedzialność karną.

Przeczytaj cały tekst

Po zakończeniu emisji dokumentu “Towarzysz Generał” zapraszamy do dyskusji

Z pamiętnika młodego badacza

28 stycznia 2010 autor rp

Niedziela. Mija kolejny tydzień mojej ekspedycji w poszukiwaniu osobników mitycznego gatunku – Celebritia sapiens. Powoli opadam z sił, robi się na przemian zimno i gorąco. Zimno, gdy Palikot leje wodę w małpki, gorąco, gdy wszystkie stacje telewizyjne wariują na punkcie plebiscytu „Telekamery 2010”.

Poniedziałek. Umieram. Ze śmiechu, bo okazuje się, że żadna telewizja nie chce transmitować telekamerowej gali. Aż tak się boją, że konkurencja zgarnie więcej statuetek, a oni to pokażą na żywo? Ale jest transmisja w Internecie – na interia.pl. Wchodzą gwiazdy, kamera stoi w kącie, a fotoreporterzy skaczą, wyją i rechoczą. Przed nimi aktorka Socha i wokalista Feel – Kupicha, gotowi spełnić każde żądanie. „E, Małgosia, tu przejdź, odwróć się, idź tam, tak było dobrze. Piotrek, powiedz coś do zdjęcia!” Kupicha mówi: „Dzień dobry, dzień dobry… Słuchajcie, to jest…”, nagle przerywa i pyta: „Dobrze?”. A pewnie, że dobrze, rewelacyjnie nawet. Przełączają się z kulis na scenę, przez którą przepływa Otylia Jędrzejczak. Niestety, nasz „Motylek” wpada w sidła gramatyki przy deklinacji liczby 951. Szaranowicz czyta „90” jako dziewięćset, a Kurzajewski zostaje komentatorem sportowym roku, mimo że jedyna większa impreza, którą komentował, to zmagania ulizanych w teleturnieju „Kocham cię, Polsko”.

Kategorii w „Telekamerach” jest tyle, że nawet Wąchocka Telewizja Osiedlowa zdobyłaby jak nie nagrodę, to chociaż nominację. A ja wciąż się łudzę, że znajdę jednego osobnika, który powie cokolwiek błyskotliwego. Jest Doda. Najwyraźniej Einstein polskiej piosenki ma gorszy dzień, bo stać ją jedynie na opowieść o piasku za stanikiem. Nad wszystkim czuwają prowadzący: Katarzyna Pakosińska z Kabaretu Moralnego Niepokoju i aktor Robert Gonera. Próbka ich humoru: „Czym się różni, hi hi, wiolonczela od kontrabasu?”. „Kontrabas, hi hi, dłużej się pali”. Kiedy po dwóch godzinach oboje zaczynają przysypiać, znużeni własnymi pomyłkami i przejęzyczeniami, ratują się starym monologiem Stanisława Tyma i przekręcaniem tytułu „Pora relaksu”. Tym sam jest sobie winny. Odkąd został jurorem kabaretowych festiwali, prawie wszystko mu się podoba i zaklina rzeczywistość, powtarzając, że jest wielu młodych zdolnych. Może i są, tylko czemu się ukrywają?

Wtorek. Przespałem się z tematem. Wszystko bujda na resorach, nie ma czegoś takiego jak Celebritia sapiens. Są gatunki podobne: Celebritia sapię czy Celebritia szmalens, ale sapiens? Osobniki musiałyby najpierw zejść na ziemię, a to, jak twierdził Darwin, może chwilę potrwać. Na razie siedzą na drzewach i prostują się tylko do zdjęcia.

Senyszyn na pasku

21 stycznia 2010 autor rp

Ciekawe, ilu widzów dało się wpuścić w kanał TVN 24. Było tak. Zima, jak okiem kamery sięgnąć, a coś trzeba robić. Łączymy się z zasypanym Zakopanem, zakopanym starszym panem, naszą reporterką, której, o ile czas antenowy pozwoli, za chwilę na naszych oczach spadnie sopel na potylicę.

W polityce też nudnawo, kiełbas wyborczych jeszcze nie dowieźli… I nagle cud! W Warszawie wysiada prąd. Nie ma światła w centrum, łatwo się domyślić, jak to wygląda. Wcale nie wygląda, ciemność widzę, proszę państwa. W innych redakcjach na baczność staje kilka tysięcy ludzi, producenci latarek tańczą na stołach, a w supermarketach tłumy po omacku przewracają regały w poszukiwaniu świeczek. Niestety, za chwilę wszystko wraca do normy, bo, jak się okazuje, zepsuła się tylko jedna z kamer.

Ktoś powie – nic takiego – wypadek przy pracy. Gdy człowiek marzy o newsie dalekiego zasięgu, mogą mu puścić nerwy na widok ciemnego ekranu. I tak dobrze, że nie zdążyli zaprosić najsłynniejszego elektryka na świecie albo ambasadora z Kairu, eksperta w dziedzinie egipskich ciemności. Zgoda, taki błąd może się zdarzyć, choć, i tu chyba też jesteśmy zgodni – nie powinien, o ile zachowa się minimum rozsądku. Tyle że skruszony kanał całodobowy nie zrezygnował z produkowania newsów wątpliwego pochodzenia. Bo jak inaczej nazwać Weekend Utyskiwania nad Celebrytyzmem Joanny Senyszyn, który oglądaliśmy w minioną sobotę i niedzielę. Najpierw TVN proponuje czarującej europosłance udział w „Tańcu z gwiazdami”, a potem łka i szlocha – dokąd to wszystko zmierza, gdzieśmy – jako naród oczywiście, nie stacja – zabrnęli. Marcin Meller wypytuje gości, co sądzą. Ci – zniesmaczeni. Aż do chwili, gdy któryś z nich odkrywa, że mają obok siebie Rafała Bryndala, który też tańczył jako gwiazda. No, ale to nie polityk, prawda? – konstatują. A potem bite dwa dni TVN 24 wałkuje „sensejszyn”: Senyszyn będzie tańczyć, bo na głowę upadła. Kochani spece od ciemności, po co ją zapraszaliście? Spokojnie. Jeśli tak bardzo się boicie, że pokona na parkiecie waszych prezenterów, kręćcie ją tą samą kamerą, którą uwieczniliście awarię prądu w stolicy.

Co się zaś tyczy samej europosłanki, to używając tanecznego języka, pozostaje ona w szpagacie. Rozważa – jak mówi – wszystkie plusy i minusy. „Nie wiem, czy mąż chciałby mnie widywać jeszcze rzadziej” – zastanawia się publicznie. Ja też nie wiem, ale pozwolę sobie nie zgodzić się z przyszłą gwiazdą TVN. Przecież, jeśli utrzyma się w programie przez kilka odcinków, szanowny małżonek będzie ją oglądać częściej, nie rzadziej. A gdyby odpadła, to też częściej – tyle że na żywo. Ba, a jeśli wygra? Wybory za pasem, przydałaby się lewicy nowa lwica. Pani Joanno, raz do koła. A TVN-em niech się pani nie przejmuje. Jeszcze będzie pani chodzić na ich pasku. W sensie pozytywnym, oczywiście.