Marsz w zaparte

06 lut 2012

Moda na strzelanie sobie w policzek dotarła już do Edmunda Klicha

Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Koziej przekonuje, że hasło do strony premiera było tak proste do odgadnięcia, bo władza… nie chce się odgradzać od społeczeństwa. Aż się chce zawołać z zachwytu nad misternie utkaną przez Kozieja linią obrony słynne prezydenckie „Ho, ho, ho, ho!”, ale powinno się raczej zasmucić, niż nabijać z internetowego analfabety. A przecież zdarzają się lepsze numery.

Chciałby się człowiek pochylić nad pytaniem – czemu pan premier mijał się z prawdą w kwestii wykasowanych na stronie jego kancelarii wpisów, gdy twierdził, że były wulgarne, choć w rzeczywistości wulgarne stanowiły jedynie 2 proc. usuniętych. Chciałby człowiek, ale nie może, bo mu się jedno ciśnie na usta. Edmund Klich. Pułkownik, ekspert, lotnik, akredytowany przy MAK, jeden z najważniejszych ludzi III RP, którzy mieli szansę rozwikłać tajemnicę katastrofy smoleńskiej. Dziś wiemy już, że bardziej celebryta gawędziarz niż pułkownik, bardziej ukryty mikrofon niż ekspert, bardziej konfabulator niż lotnik i bardziej w MAK niż przy MAK akredytowany.

Zapewne był wielką nadzieją Donalda Tuska, Bogdana Klicha i Bronisława Komorowskiego na rzetelne wyjaśnienie przyczyn tragedii i godne reprezentowanie RP. Nadzieją ze wszech miar płonną. Dziś Edmund Klich, który jako pierwszy sprzedał opinii publicznej kłamstwo o Błasiku wywierającym presję na załogę samolotu, nie przyjmuje do wiadomości, że głosu Błasika na czarnej skrzynce nie ma i że Rosjanie – zażartujmy sobie – po prostu się pomylili. „Niech mnie dziennikarze pocałują w tyłek” – odpowiada buńczucznie pułkownik Klich, by już następnego dnia pytać lękliwie: „Czy ja mam sobie strzelić w łeb jak pułkownik Przybył?”. Za chwilę pytanie to powtórzy być może gen. Marian Janicki, szef BOR, który w przypadku Smoleńska błysnął takim profesjonalizmem, że niektórym po dziś dzień szklą się oczy.

W zaparte tropem Klicha zmierza pomalutku także Tomasz Arabski, który wszelkiej odpowiedzialności za przygotowania lotu do Smoleńska wyparł się dawno, a dziś wychodzi na jaw coś dokładnie odwrotnego, i to jeszcze, że gdy odmawiał śp. prezydentowi samolotu do Brukseli, twierdząc, że wszystkie są zajęte, mijał się z prawdą. Klich się mija, Tusk i Arabski, i wielu innych. Trzeba to zrozumieć. W zaparte najszybciej idzie się w grupie.

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Majowie mieli rację

30 sty 2012

Jak tu nie wierzyć Majom, skoro nawet w Polsce świat się kończy.

Pieniacz bez hamulców może dziś zostać już nie tylko gwiazdą mediów, ale nawet szefem sejmowej komisji obrony. A przecież to dla Stefana Niesiołowskiego jedynie baza wypadowa. Tego formatu osobowość wyższe sobie musi stawiać cele i gdzie indziej majaczą światła trudnego do zmierzenia intelektu.

Dopóki jednak zajmuje się wyłącznie obrażaniem opozycji i inteligencji słuchaczy, pół biedy. Prawdziwy dramat zaczyna się, gdy bierze się za tematy ważne. Szeroko cytowano jego wypowiedź o zbrodni katyńskiej, że „nie jest ludobójstwem”. Argumenty, że była to zbrodnia wymierzona w jedną grupę etniczną i jako taka musi być za ludobójstwo uznana, nie docierają. Teraz entomologos palpitacjones wziął „na warsztat” temat śledztwa smoleńskiego.

Na pytanie, dlaczego wciąż funkcjonują różne godziny katastrofy, odpowiada, że to najzupełniej normalne, bo… każdy ma inaczej ustawiony zegarek. To tylko początek jego ustaleń. Oto odkrywa najskrytszą komórkę PiS-owców, zakotwiczoną, tak, tak, w Departamencie Obrony USA, a konkretnie w jednym z jego wydziałów, zwanym NASA. Pytam za Niesiołowskim: jak można badanie Kosmosu powierzyć ludziom, którzy prof. Wiesława Biniendę poprosili o udział w pracach komisji badającej przyczyny katastrofy promu kosmicznego „Columbia”?! Na domiar złego nadal przyznają mu wyróżnienia i nagrody.

Trzeba było wielkiego znawcy lotnictwa komarów, much i pszczół, by odkrył przed amerykańską agencją kosmiczną prawdę o Biniendzie. „Dla mnie pokazywanie tych nieuków z USA to kompromitacja” – orzekł Niesiołowski po konferencji Macierewicza. Skąd tak surowa ocena eksperta z NASA dokonana przez eksperta z PO? Otóż Binienda ośmielił się podważyć rzetelność raportu Millera i przekonuje, że skrzydło tupolewa nie mogło rozpaść się po uderzeniu w brzozę. Niesiołowski o uderzeniach w brzozę zdanie wyrabiał sobie wiele razy i dlatego obstaje przy swoim.

Owo „swoje” reprezentuje tu m.in. Jan Osiecki, współautor książki „Ostatni lot”, potwierdzającej tezy raportu MAK, w tym obecność gen. Błasika w kokpicie. Dziś Niesiołowski i Osiecki mają do wyboru: przyznać, że byli naiwni i przeprosić albo brnąć w rosyjską propagandę. Wybierają to drugie. „On nie ma pojęcia o fizyce lotu” – mówi w TVN24 Osiecki, pasjonat lotnictwa, o facecie, który pracuje dla NASA. Świat się kończy.

Czytaj też na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Lot do Botswany

23 sty 2012

Śledztwo smoleńskie zostało zakończone kwadrans po katastrofie

Co by było, gdyby polska delegacja zmierzała na mundial do RPA i maszyna rozbiła się nad Botswaną. Zdani bylibyśmy wyłącznie na łaskę i niełaskę botswańskich władz, botswańskich urzędników i botswańskich ekspertów.

Nasze władze, urzędnicy i eksperci potulnie przytakiwaliby każdej bzdurze, która płynęłaby z ust członków botswańskiej komisji lotniczej. Błyskawicznie objawiłby się nam polski przedstawiciel patrzący na ręce Botswańczyków tylko po to, by móc od czasu do czasu błysnąć w telewizji jakimś botswańskim kłamstwem.

Nasi znani z prorządowej orientacji dziennikarze natychmiast ruszyliby z kampanią fałszywych newsów o awanturze przed wylotem. Niektórzy wykorzystaliby okazję, by trzymać dwie sroki za ogon, przecinając wszelkie oskarżenia pod adresem Botswańczyków – o zabójczy bałagan na wieży lotniska albo naprowadzanie, zapewne w dobrej wierze, samolotu na zderzenie z ziemią, a z drugiej strony – promując tych ekspertów, którzy wyrobione zdanie mieli już po pierwszym telefonie.

Nowy idol parad równości i manipulacji spod znaku czerwonego prostokącika wołałby, że „wszyscy na pokładzie samolotu byli pijani”, a najbardziej znana poza Dodą polska blondynka zapraszałaby go do studia, by mógł znieważać ofiary katastrofy, nad którymi sama chwilę wcześniej roniła łzy czyste, bo rzęsiste. W tym czasie Botswańczycy zniszczyliby szczątki wraku, którego zresztą nawet w takiej postaci nie chcieliby nam oddać. Botswańska komisja orzekłaby wreszcie, że całą winę ponosi nawalony jak drzwi od stodoły polski generał, co część naszych elit uznałaby za ocenę wyjątkowo łagodną. Na głosy opinii publicznej, że Afrykanie jednak przesadzili, pan premier zmieniłby front z olbrzymiego zaufania do wyraźnej nieufności artykułowanej słowami„Wicie, rozumicie, oni już tacy są”.

Nasz krajowy Człowiek Lama, który z plucia uczynił metodę polemiczną, wyrywałby sobie włosy z uszu na każdą wzmiankę o cynizmie naszego rządu, a nasza komisja zakończyłaby prace, mimo braku czarnych skrzynek i tego, że odczyty na nich mówią coś zupełnie przeciwnego, niż twierdziło towarzystwo polsko-botswańskiej adoracji.

Że wszystko nieprawda? Że już dawno poznalibyśmy prawdę i nikt w wolnej Polsce nie poświęcałby twarzy, honoru i wiarygodności, by ukryć botswańskie winy? No właśnie. Niestety, samolot rozbił się w Rosji.

Czytaj też na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Piiip… piiip… piiip…

16 sty 2012

Tablety posłów aż kipią od wiadomości na temat ustawy refundacyjnej

Bo Ewa Kopacz zapomniała o chorych na nowotwory, cukrzycę, astmę i o tym, że lekarze mają leczyć, a nie tworzyć kolejne bataliony rozpasanej biurokracji PO. Przypomnijmy, że właśnie rozrost biurokracji został uznany przez samego Donalda Tuska za jedną (zdaniem premiera chyba jedyną) porażkę jego rządu. A jednocześnie ten sam premier i ten sam rząd postanowili umoczyć kardiologów, neurologów, ginekologów, urologów i wszystkich innych „ogów”, na których specjalistyczne wykształcenie Polacy wyłożyli grube miliony, w permanentne taplanie się w biurokratycznym bagienku.

Mamy piąty rok władzy partii obywatelskiej chyba już tylko z nazwy. I wiemy bo powiedzieli nam to dawno politolodzy, specjaliści od marketingu politycznego, wreszcie sami partyjni gracze – że fakty są nieważne. Że każdą porażkę przy użyciu dowolnego medialnego młota można przekuć w zwycięstwo. Że rzeczywistość nas otaczająca, dzikie tłumy na szpitalnych korytarzach, rozpacz chorych, bezradność lekarzy, wściekłość aptekarzy – to wszystko tyle władzę obchodzi co zeszłoroczne zaspy w Warszawie, niesprzątane, bo „przecież wkrótce się roztopią”. Dziś bowiem nie Polska jest najważniejsza, jak chciała opozycja, nie Polak, jak chciało PSL, i nawet nie UE – jak chciała Platforma. Teraz liczy się narracja.

Wilk pożarł Kapturka? Wnuczka z Babcią werbalnie prowokowały biedne zwierzę, następnie udawały psią karmę. Baba Jaga chciała spalić Jasia i Małgosię? Doszło do włamania, podczas którego biedna staruszka użyła łopaty w obronie własnej. .

A propos bajek – zajrzyjmy na chwilę Wiejską. Czwartek rano. Na mównicy Radosław Sikorski dokonuje bilansu prezydencji. „Uratowaliśmy Unię Europejską przed rozpadem” – snuje swą legendę. Chwilę potem aparatura sejmowa robi „Piiip… piiip… piiip…”. Sikorski odwraca się do marszałka i pyta: „Czy mój czas jest ograniczony?”. Cezary Grabarczyk odpowiada z  zawstydzeniem: „Do dziesięciu minut. Ale ponieważ to jest ważna rzecz, proszę kontynuować…”.

Ciekawe, co na pytanie o ograniczenie czasu nie tylko dla Sikorskiego, ale całej ekipy powiedzieliby Polacy podczas wyborów, mając tę wiedzę, którą o 300 miliardach z Unii, berlińskim hołdzie szefa MSZ, zapaści w służbie zdrowia i oczywiście wymiarze sprawiedliwości mają dzisiaj. Piiip… piiip… piiip?

Czytaj też na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zdrowie w budowie

09 sty 2012

Zdrowie wasze w ręce nasze – oto nowy toast partii rządzącej

Przychodzi baba do lekarza, a lekarz jej stempelek na receptę i wynocha za drzwi. Bo lekarz to jednostka z gruntu zła, nieodpowiedzialna, leniwa i przewrażliwiona. A przynajmniej tak próbuje profesję tę przedstawiać partia rządząca.

Premier kreśli przed kamerami wielką wojnę o dobro pacjenta, którą musi stoczyć z lekarzami. Minister zdrowia, który nie tylko zdążył już zapomnieć o billingach ukrywanych przez PO w związku z aferą hazardową, ale nawet o tym, co sam mówił na temat działalności Platformy na odcinku służby zdrowia, dziś tak się zapatrzył w premiera, że i on chce być ostatnim sprawiedliwym. Będzie walczył z koncernami farmaceutycznymi. Oto nieważne staje się, że władza chciała wprowadzić beznadziejną ustawę refundacyjną, godzącą w zdrowie i życie Polaków chorych na nowotwory, cukrzycę, astmę. Teraz broni pacjenta.

Chaos w aptekach, przychodniach, szpitalach i domach? „To zamieszanie jest wynikiem protestu lekarzy, a nie zbyt długich prac nad ustawą” – mówi wyraźnie poirytowany premier. Jakby nie rozumiał, że wprowadzając zmiany po sensownych i owocnych konsultacjach, a nie kilkudniowej wojnie wszystkich ze wszystkimi, mediów z rządem, lekarzy z NFZ czy pacjentów z aptekarzami, skuteczniej unika się katastrofy, niż uczyniło to podległe mu od kilku lat Ministerstwo Zdrowia.

Ale premier idzie dalej, bo wie, że ziemia pod nogami pali się już nie tylko pacjentom, ale także Platformie. Rękę podnoszą dziady w kamasze niewzięte? „Lekarze protestują, bo ustawa jest zbyt jasna” – mówi Donald Tusk, bo wie, że teraz pacjenci rozszarpią ich na strzępy. Za chwilę okaże się, że lista leków była znakomicie przygotowana i że to nie media wymusiły na ministrze Arłukowiczu oczywiste zmiany, ale po żmudnych oraz jakże męczących negocjacjach on sam, Arłukowicz, przekonał samego siebie.

Wszystkie chwyty dozwolone, byle chociaż na chwilę ugasić pożar, który sięga już samej marszałek Sejmu. Jak słusznie zauważył Piotr Zaremba, nie wiemy, ilu pacjentów dzisiejszy kryzys w służbie zdrowia przypłaci życiem lub kalectwem. Wiemy natomiast, że jego autorką jest Ewa Kopacz, która – jak opowiadała „Faktowi” – na wizytę do specjalisty dostała się dopiero po tym, gdy zdradziła pani w recepcji, że zarządza całym tym bałaganem. „Zrobiłam wszystko, co chciałam” – powiedziała na zakończenie pracy w resorcie. Bo zdrowie jest dla Ewy Kopacz najważniejsze.

Czytaj też na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Platforma rdzewieje

02 sty 2012

Podwyżki cen w 2012 r. to tylko część licznych „sukcesów” partii rządzącej

Coraz trudniej, mimo stosowania sztuczek propagandowych, trwać rządowi za podwójną gardą tworzoną przez usłużne media i zależnych od siebie ekspertów. O ile do wyborów udawało się tworzyć zasłonę dymną, a obietnicami 300 mld z Unii mamiono skutecznie małomiasteczkowy elektorat, który mógł liczyć, że i na jego terenie powstanie choćby „Orlik”, o tyle dziś wielka platforma fikcji chyli się ku upadkowi.

„Orliki”? Nieprawidłowości w przetargach bada prokuratura. Śledztwo smoleńskie? Coraz więcej wskazuje na poważne błędy Biura Ochrony Rządu i ministra Tomasza Arabskiego. 300 mld z Unii obiecywane już nie tylko przez premiera Tuska, lecz także przewodniczącego Parlamentu Europejskiego – Jerzego Buzka? Raczej ich nie dostaniemy, a przynajmniej tak przewidują dziś ci sami ludzie, którzy przed wyborami chwalili się wpływami w Unii. Reforma służby zdrowia i sukces minister Ewy Kopacz w przygotowaniu nowej listy leków refundowanych? To właśnie w uznaniu tych zasług premier zgłosił jej kandydaturę na człowieka nr 2 w Polsce.

Dziś wiemy już, na czym „sukces” Kopacz polegał. Na tym, by państwo przestało pomagać dzieciom i emerytom, chorym na cukrzycę, astmę i najcięższe choroby nowotworowe. Jak taki polityk może na wypadek niedyspozycji prezydenta RP objąć władzę w Polsce – oto jest pytanie o śmieszność naszego państwa. Ale jest ich więcej. Jakim cudem i za co szef BOR otrzymał order od Bronisława Komorowskiego? Za co Tusk awansował Arabskiego? Jakim prawem minister Sikorski zapewniał, że prezydent znał treść jego berlińskiego wystąpienia, skoro nie znał? Kto doradza ministrowi Nowakowi i co po kilku latach permanentnej indoktrynacji mają w głowach jego wyborcy, skoro specjaliści od politycznego PR uznali, że najlepszym sposobem na zapaść polskiej kolei jest traktowanie tego, co niedawno było normalne, w kategoriach sukcesu? Minister, a za nim prorządowe media skaczą pod sufit, bo pasażerowie rzadziej wsiadają do pociągów… oknami! Co jeszcze zabawniejsze, gdy się człowiek wsłucha w wypowiedzi Arłukowicza czy Nowaka, dociera do niego, że marszałek Kopacz i wicemarszałek Grabarczyk to nawet w opinii młodych gwiazd PO najgorsi ministrowie byłego rządu.

Problem w tym, iż nie ma żadnej gwarancji, że ich następcy będą lepsi. Platforma wyraźnie rdzewieje, ale pan premier i na to znalazł sposób. Uczy się języków.

Czytaj też na uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wyznawcy Lecha Kaczyńskiego

27 gru 2011

W pierwszej chwili pomyślałem:  oto szczyt cynizmu…

Ale chwilę potem przyszło otrzeźwienie i pytanie zadane samemu sobie: jak możesz, mały człowieku, kto ci dał prawo, by premiera naszego miłościwie nam panującego piąty rok z rzędu o takie marności jak cynizm posądzać? Przecież tylko krowa nie zmienia poglądów.

I łzy wzruszenia zaczęły kapać na klawiaturę. A zatem stało się. Partia rządząca nareszcie doceniła spuściznę śp. Lecha Kaczyńskiego. Mało tego – chce iść drogą przez niego wyznaczoną. To jest nasza droga – mówi ustami Donalda Tuska – i to nie jest nasze ostatnie słowo! Rzekł kiedyś Lech Kaczyński, że za osiem lat Unia Europejska zmieni się być może w federację, więc tak być musi. Nic to, że chodziło o Ukrainę oraz Gruzję i że kiedy traktatu lizbońskiego nie chciał podpisać, zanim nie zrobią tego Irlandczycy, bo solidarność europejska nie była dla niego, jak mniemam, kolejnym hasełkiem do wrzucenia na Twitterku, psy na nim wieszano. I nic to, że jeszcze niedawno dzisiejszy szef dyplomacji, który dziarsko stąpać chce szlakiem byłego prezydenta, nazywał go „małym człowiekiem”, a przy okazji „chamem”. Lepiej późno niż wcale.

Dziś nawet Palikot, do niedawna oskarżający Lecha Kaczyńskiego o wszelkie zbrodnie przeciw nowoczesnej ludzkości, prawu lotniczemu, zasadom aerodynamiki i wychowaniu w trzeźwości, przyznaje, że się mylił. Że rację miał tragicznie zmarły prezydent, a nie on, ostatnia nadzieja politycznej lewizny. Że federacja, jak Coca-Cola, to jest to. Idą więc za myślą Kaczyńskiego premier  i prezydent, Platforma, palikociarze, Sojusz Lewicy Demokratycznej, nawet Cimoszewicz, Kwaśniewski i Urban. Mało tego – Europa idzie, Merkel pędzi na złamanie karku, Sarkozy sunie w podskokach, Włosi, Hiszpanie i Portugalczycy. A wiedzie ich  śp. Lech Kaczyński, wizjoner, prorok, patron federacji. Nic to, że myśli jego biegły w innym kierunku, a federacja na wzór Stanów Zjednoczonych to jedynie efekt galopady Sikorskiego, który dziś udaje, że nie chodziło mu o to, o co mu chodziło. Najważniejsze, że premier nareszcie zakończył wojnę polsko-polską, powołując się na autorytet Lecha Kaczyńskiego.

Już się teraz prezydent Warszawy nie wymiga od postawienia pomnika ofiarom katastrofy smoleńskiej, którego nie stawiała tylko dlatego, że był wśród nich Kaczyński. A to jej się miejsce nie podobało, a to pomysł, żeby pomnik ze świateł zrobić. Dość kwękolenia, pani Hanno. Czas ogłaszać konkurs.

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Święty do świetnego

19 gru 2011

Drogi Donku, z całego serca dziękuję za Twój list…

W  którym zawarłeś swoje najpilniejsze potrzeby. To piękne, że człowiek w Twoim wieku nadal wierzy w moją siłę sprawczą, wysyłając na lapońską skrzynkę e-mail na druku Rady Ministrów. Niestety, kiedy piszę te słowa, wzruszenie wypełnia mój pusty wór, a wielkie sople spływają z mych oczu po dowcipnej brodzie, bo zmuszony jestem postawić sprawę jasno.

Nie dostaniesz w tym roku prezentów. Sytuacja geopolityczna, kryzys finansowy, wreszcie całkowita zapaść w strefie euro doprowadziły mnie na skraj bankructwa. Nie będę Ci tego tłumaczył, sam doskonale wiesz, co oznacza kryzys w strefie euro, ile kosztuje jego choćby chwilowe zażegnanie, ile trzeba poświęcić, by wyjść z niego z twarzą, gdy jest się w strefie, a przecież jeszcze więcej, gdy się o niczym innym nie mówiło, tylko o potrzebie pilnego do niej wejścia. Ładnie byśmy dziś obaj wyglądali, gdyby nie to, że ani Tobie się do eurolandu wejść nie udało, ani mnie na tyle z sań upadek nie zamroczył, by się pakować do komina, z którego wyjścia nie ma innego jak w ogień.

Wiedz, że doceniam, iż list Twój był w tym roku nader skromny w porównaniu z poprzednim, gdy obiecywałeś codziennie paciorek zmawiać, jeśli tylko wygrasz wybory, a brzydki Kaczyński zmieni się w łabędzia i odleci do Afryki.

Gdyby w swoim liście Kaczyński nie prosił mnie o zbadanie przeszłości Angeli Merkel, ale o zwycięstwo, kto wie, jakby się sprawy potoczyły, a tak Tobie Polska przypadła, widziały gały, co brały.

Dziś łącząc się z Tobą w kryzysie i bólu (czy Broniu już wie, jak to się pisze?) towarzyszącemu utracie suwerenności (dziwne, że w liście o tym nie wspominasz), zmuszony jestem prosić Cię, byś mnie w ciężkiej dobie poratował. Renifery poszczą trzeci tydzień, sanie na starych płozach nie pociągną już nawet do Helsinek, a skuter? Przy takich cenach benzyny?

Podaję Ci numer konta, na które mógłbyś przelać drobną zaliczkę na poczet przyszłych prezentów, którymi obdaruję Cię natychmiast po tym, jak minie kryzys zaufania i wszystkie te czary-mary.

Skąd pieniądze wziąć, mnie nie pytaj, widziałem, że macie tam jeszcze rezerwy walutowe, a jakby kto kwękolił i dezawuował, to go rózgą, którą załączam, od razu w łeb. Z góry dzięki. Św. Mikołaj.

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Droga pani z TVN

12 gru 2011

Chwała Fundacji Batorego, że zmierzyła bezkres propagandy TV

Prawica szaleje. Donald Tusk może spać spokojnie” – tak Justyna Pochanke zaczęła osta-tnio wydanie „Faktów” TVN. Identycznie na brak „sensownej opozycji” pomstuje Paweł Kowal, prezes PJN. Kiedy mówi to Kowal, który – jak rozumiem – nie dość, że sam się już do tej opozycji nie zalicza, to jeszcze snuje rozważania o tym, jak mało produktywną opozycją jest PiS, bo mu chyba Migalski nie przekazał wyniku ostatnich wyborów – może być to śmieszne. Ale gdy mówi to redaktor Pochanke, robi się smutno.

Za poprzedniej władzy „Fakty” TVN nie robiły nic innego, tylko raz po raz bombardowały rząd wszystkim, co było pod ręką, bo tak ich dziennikarze – i słusznie – postrzegali swoją powinność. Dziś załamują ręce, że krytyka rządu jest taka słaba, panie, taka słaba, bo nie ma komu, panie, no nie ma komu… Mam dla redaktor Pochanke poufną informację. Premier może spać spokojnie także dzięki niej i jej kolegom z obu stron kamery. Wyszło szydło z worka.

Oto Fundacja Batorego pod wodzą socjologa Ireneusza Krzemińskiego, o czym czytamy w „Gazecie Wyborczej”, przeprowadziła trzytygodniowy monitoring tego, co nasze najbardziej na świecie niezależne telewizje nadawały przed wyborami. 40 proc. materiałów „Faktów” pokazywało rządzącego premiera w pozytywnym świetle. Dokładnie tyle samo, ile szefa największej partii opozycyjnej w negatywnym. To wynik daleko odbiegający od pozostałych serwisów informacyjnych, choć i tam władza była pokazywana cztery razy częściej z dobrej strony niż ze złej. Liderami ocen negatywnych byli oczywiście szefowie obu partii opozycyjnych. Tyle fakty autentyczne.

Nie podaję nazwisk polityków, bo nie o Kaczora czy Gąsiora, Donalda czy Ronalda tu chodzi. Dopóki nawet w badaniach sympatyzującej z rządem fundacji, prowadzonych pod kierunkiem sympatyzującego z rządem socjologa, na łamach sympatyzującej z rządem gazety ukazywać się mogą raporty wskazujące na polityczne zaangażowanie czwartej władzy, dopóty polska demokracja, może i ledwo, ale dycha.

Niestety nie dość, że „Fakty” udział w tym mają mizerny, to jeszcze przekroczyły już tyle granic bezwstydu, że nawet organ Adama Michnika czerwieni się z zażenowania. Prawica może i szaleje, pani redaktor. Ale nad mocnym snem premiera czuwa ktoś zupełnie inny.

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Orkiestra dęta

05 gru 2011

Nie zamrażając Stanisława Barei, popełniliśmy niewybaczalny błąd

Nigdy wcześniej tak wielu nie zasługiwało, by ich pokazać w „Misiu 2” czy „Alternatywach 4 i 1/2”. Oto minister sportu przyznaje się bez bicia, że o sporcie wie akurat tyle, ile ostatnio przeczytała, ale to jej atut, bo ma świeże spojrzenie. Świeże tak bardzo, że przekazuje prokuraturze taśmy po kryjomu nagrane w PZPN i zawiadamia opinię publiczną, że są to materiały „poważne”, a gdy prokuratura twierdzi, że wprost przeciwnie – nic poważnego tam nie ma, Mucha obwieszcza, że od początku to wiedziała. Mało tego – że od początku o tym mówiła. Na twarz wylatuje z PZPN pierwszy bohater taśm – sekretarz Kręcina. Drugiemu – prezesowi Lacie – włos z głowy nie spada.

Wszystko to jednak pikuś wobec dryblingów ministra Sikorskiego. Kiedyś po rozmowie z rosyjskim szefem dyplomacji stwierdził, że „wrak tupolewa już nie jest dowodem”. Do dziś go nie odzyskaliśmy. Po wyprawie nad Morze Czerwone zapewniał, że w Egipcie jest już bezpiecznie, więc można lecieć na wakacje. Dwa tygodnie później kilkaset osób zostało rannych w obleganym przez turystów Kairze.

Teraz udał się na wykłady do Niemiec i efekt znowu jest piorunujący. Niemcy mają dzielić i rządzić, UE zmieni się w niemieckie stany zjednoczone, a my, ponieważ hołd berliński złożyliśmy jako pierwsi, możemy liczyć na szeroką autonomię. – Mamy suwerenność tak długo, jak długo jest to nasza decyzja – zabawnie tłumaczy Sikorski.

Ale czy lepszy na jego stanowisku byłby minister transportu, który wybrał się z putinowską wizytą na budowę? – Podwykonawcom płacicie? – pytał Sławomir Nowak, marszcząc brwi. A potem, choć chwalił się, że jest „ziomalem” satanisty, zwrócił się do dziennikarzy, by „we własnym zakresie prosili opatrzność o dobrą pogodę”.

W tym czasie w innym zakątku Polski trwały już przygotowania do uroczystego otwarcia stukilometrowego odcinka autostrady. Laudację wygłosił pan prezydent, a laureat Oscara – Jan A.P. Kaczmarek – zaprezentował skomponowany specjalnie na tę okazję (!) utwór muzyczny. – Kiedy doktor Kulczyk poprosił mnie o to, nie wahałem się ani chwili – mówił artysta. – Orkiestra dęta jest idealną machinerią dla oddania eksplozji celebracji. Ten utwór ma zaprosić do podróży.

Panie Boże, Ty widzisz i nie grzmisz, trudno. Ale proszę – oddaj nam Bareję.

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop