Wódko, pozwól grać

10 lis 2010

W ostatnim numerze tygodnika „Wprost” przeczytać można porażającą brakiem jakichkolwiek refleksji opowieść o opilstwie polskich piłkarzy.

Autorzy (Michał Pol i Dariusz Wołowski) lecą barwnymi przykładami, cytując przy tym najsłynniejszych naszych graczy: Zbigniewa Bońka, Stanisława Terleckiego i Andrzeja Iwana.

Z tego, co mówią dawne gwiazdy, wynika, że w polskim futbolu zawsze się piło. I to jest właściwie główna myśl tego tekstu. Czytelnik po lekturze ma prawo zadać sobie pytanie, co takiego złego robią współczesne asy z Arturem Borucem na czele, skoro w szyję dawał już przed wojną Ernest Wilimowski, a po wojnie – Ernest Pohl i Józef Młynarczyk.

Anegdotyczne podejście do nadużywania alkoholu przez sportowców jest tak naprawdę apoteozą picia. W sympatycznych historyjkach piłkarze jawią się jako dzielni młodzi ludzie, którzy, tak jak Mirosław Okoński, po spędzonej przy butelce nocy wychodzą na boisko i strzelają dwa gole. Niech ktoś teraz przekona juniorów szykujących się do piłkarskiej kariery, że wódka szkodzi.

Pol i Wołowski nie potępiają współczesnych polskich piłkarzy za to, że piją. Mają im za złe, że nie odnoszą sukcesów. „Kiedyś pili i grali, teraz zostało tylko picie” – piszą na samym wstępie. Wniosek jest oczywisty: dobry piłkarz może sobie spokojnie golnąć. I na potwierdzenie autorzy „Wprost” cytują jednego z lepszych fachowców w tej dziedzinie Wojciecha Kowalczyka. „Dobry piłkarz się nie boi, bo jest pewny swoich umiejętności. Im lepszy klub, tym piłkarze więcej piją”. Ta złota myśl byłego gracza Legii i Betisu Sewilla pozostawiona została bez komentarza.

Zamiast dezaprobaty dla tego rodzaju zachowań jest w tekście zadziwiająca sugestia: by pić, trzeba intensywniej trenować. Tu autorzy podpierają się słowami sportowego fizjologa, profesora Jana Chmury, który powiada, że dobrze wytrenowani piłkarze z zachodnich klubów dysponują takim potencjałem, że mają co trwonić podczas nocnych balang. Natomiast naszym ów potencjał po każdym pijaństwie spada niemal do zera.

Trudno doprawdy doszukać się sensu w takim opisywaniu pijackich zwyczajów piłkarzy.

***

Redakcja dziennika ?Rzeczpospolita? zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Sztuka kopania

05 lis 2010

W coraz bardziej nerwowych czasach wzrosła wrażliwość na krytykę, czego przykład dał kilka dni temu trener reprezentacji siatkarek Jerzy Matlak.

W trakcie mistrzostw świata rozgrywanych w dalekiej Japonii odciął się on ostro komentatorom w kraju.

Wydawać by się mogło, że szkoleniowiec prowadzący drużynę w tak ważnym turnieju powinien mieć głowę zajętą tym, co się dzieje na miejscu, a nie opiniami wygłaszanymi na gorąco w studiu telewizji Polsat w Warszawie.

Nie mam wątpliwości, że przykład tego rodzaju zachowań dają politycy, którzy nie potrafią się powstrzymać od reakcji na żadną zaczepkę. Jak ktoś cię kopnął w kostkę, to ty też musisz go natychmiast kopnąć – oto obowiązująca dziś zasada. Jeśli nie zareagujesz, okażesz słabość. Nadstawianie drugiego policzka jakoś nie może się u nas przyjąć.

Trener Matlak, podobnie jak wielu krytykowanych, próbuje przy okazji określić, kto ma ewentualnie prawo do oceny jego działań. Na pewno nie ma prawa pani Krystyna Jakubowska, bo grała w siatkówkę 50 lat temu. I nie ma Andrzej Niemczyk, bo gada, siedząc wygodnie w studiu. Ciekaw jestem, po co Matlakowi te złe emocje na początku turnieju? Przecież jako człowiek doświadczony wie, że gdy odniesie z dziewczynami sukces, to będzie miał rację w każdej kwestii.

A jak przegra, to mu wypomną każde słowo i każdą decyzję.

Wiadomość z tej samej serii. Agnieszka Radwańska, którą kocham za to, co już zrobiła dla polskiego tenisa, przyznała się, że nie odbiera telefonów od kilku dziennikarzy. – Mam czarną listę, na której jest już kilka osób – oświadczyła bez żenady. Po jakiego diabła ktoś tak znany i wybitny w swoim fachu zajmuje się tworzeniem tego rodzaju spisów?

Radwańska powinna być ponad to wszystko, co ma związek ze złą wolą czy nieudolnością niektórych reporterów. Nie wypada jej zniżać się do tak nieprofesjonalnych działań.

W zamierzchłych czasach relacje między sportowcami a dziennikarzami były jednak dużo prostsze.

Na dowód historyjka ze Stanisławem Szozdą w roli głównej. Byłem świadkiem, jak ów wybitny kolarz, rozwścieczony krytyczną opinią jednego ze sprawozdawców, wypalił: – Jak pan redaktor taki mądry, to niech pan sam wsiądzie na rower. Dziennikarz popisał się szybką ripostą: – Jak pan Stasio taki mądry, to niech napisze za mnie tę relację.

Do zamiany ról nie doszło, na czym zyskało polskie kolarstwo. Polskie dziennikarstwo już znacznie mniej.

***

Serwis rp.pl zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w akcji: TRON. Wymień jedną rzecz, za którą najbardziej cenisz serwis rp.pl oraz jedną rzecz, którą byś zmienił/-a, by cenić go jeszcze bardziej. Pole widzenia powiększamy o wasz punkt widzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Sąd się pomylił

26 paź 2010

Odejścia trenerów przypominają rozwody, bo niemal zawsze towarzyszą im złe emocje.

Inne być nie mogą, bo przecież szkoleniowcy przeważnie tracą pracę po spektakularnych porażkach. Takich jak ta, która przytrafiła się siatkarzom Daniela Castellaniego. Tylko że w przypadku rozwodów istnieje opcja „bez orzekania o winie”, a przy rozstaniach z trenerami taki wariant nie wchodzi w rachubę.

W ciągu kilku tygodni, które upłynęły od powrotu siatkarzy z mistrzostw świata, Castellani raz był winien bardziej, raz mniej, a zdarzało się nawet, że był całkowicie bez grzechu. Wszystko zależało od tego, z kim rozmawiali dziennikarze. W końcu jednak siatkarski sąd orzekł: winien.

Mam do całej sprawy stosunek dość przewrotny. Gdy na początku 2009 roku działacze deliberowali, kogo zrobić szkoleniowcem kadry po zwolnieniu Raula Lozano, byłem zdecydowanie za trenerem z Polski. Siatkówka jest perłą w naszym sporcie, więc dlaczego mamy ten skarb powierzać komuś obcemu? Polski trener to większa szansa na zdyskontowanie hossy w wymiarze szkoleniowym, na ciągłość, której dziś w naszym sporcie tak brakuje. Była jednak wtedy moda na obcokrajowców (piłka nożna, koszykówka, tenis), więc wybrano Castellaniego.

Ale teraz uważam, że Argentyńczyk dostał wymówienie niesprawiedliwie. Sprawę we Włoszech zawalili zawodnicy. Nie wytrzymali psychicznie starcia z Brazylią i nie potrafili się podnieść w meczu z Bułgarią. Oto cała prawda. Co bowiem może zrobić trener, gdy jednego dnia jego siatkarze grają bardzo dobrze, a drugiego – katastrofalnie? To przeczy teorii o złym przygotowaniu do turnieju. Wsparcie, którego udzielili Castellaniemu zawodnicy, gdy ważyły się jego losy, dobitnie świadczy o wyrzutach sumienia.

Tak czy inaczej, Castellaniego w Polsce już nie będzie. Zastąpi go krajowy szkoleniowiec. Jesteśmy dziś w punkcie, w którym powinniśmy być 22 miesiące temu. Problem polega na tym, że sytuacja w reprezentacji nie już taka sama jak na początku 2009 roku. Po jakimś czasie może się okazać, że jednak bardziej opłacało się zostawić Castellaniego.

***

Serwis rp.pl zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w akcji: TRON. Wymień jedną rzecz, za którą najbardziej cenisz serwis rp.pl oraz jedną rzecz, którą byś zmienił/-a, by cenić go jeszcze bardziej. Pole widzenia powiększamy o wasz punkt widzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Sztuka interpunkcji

20 paź 2010

Profesor Jerzy Bralczyk ogłosił, że pewne słowo na literę „k” nie oznacza już kobiety lekkich obyczajów, ale przecinek.

Można zatem śmiało stwierdzić, że jesteśmy mistrzami świata w interpunkcji, starannie oddzielamy zdania podrzędne od nadrzędnych, nawet o tym nie wiedząc. Tak jak molierowski pan Jourdain, który nie miał pojęcia, że mówi prozą.

Sportowcy położyli spore zasługi w propagowaniu interpunkcji, co po raz pierwszy uświadomiłem sobie w czasach wczesnej młodości w trakcie meczu piłkarskiego o mistrzostwo klasy C rozgrywanego nad Jeziorkiem Czerniakowskim. Stojąc bardzo blisko boiska, mogłem się na własne uszy przekonać, że w każdym piłkarskim dialogu przecinki zawsze znajdowały się w odpowiednim miejscu.

Przez kilkadziesiąt lat swoich bliskich związków ze sportem nasłuchałem się tych dobrze skonstruowanych dialogów co niemiara. A i teraz, gdy oglądam krajową piłkę nożną czy siatkówkę w telewizji, potrafię z ruchu warg zawodników, a czasami i zawodniczek, odczytać te same znaki przestankowe. Czy w takiej sytuacji można sobie wyobrazić polski sport bez owego popularnego słowa na literę „k”?

Ku mojemu zaskoczeniu to piekielnie trudne dla wyobraźni wyzwanie podjęło niedawno polskie środowisko rugby, ogłaszając akcję „Stop chamstwu”. Za użycie przecinka podczas meczu sędzia może podyktować rzut karny czy też wyrzucić zwolennika interpunkcji z boiska. Na wieść o pomyśle ogarnął mnie śmiech (tak jak wtedy, gdy swego czasu próbowano wymusić na piłkarzach używanie chusteczek do nosa), ale po chwili pomyślałem – dlaczego nie? Skoro nie reagują na plugawienie języka politycy i artyści, skoro cicho siedzą naukowcy i dziennikarze, więc to wspaniale, że zareagowali rugbyści.

Zamiast puenty – anegdota. Moja znajoma, krucha i bardzo urodziwa kobieta, spędzała kiedyś wakacje we Francji nad Atlantykiem. Pewnego dnia do pensjonatu, w którym mieszkała, zawitali rugbyści. Zachowywali się skandalicznie.

W środku nocy wznosili głośne okrzyki, śpiewali, tłukli szkło. Nikt nie był na tyle odważny, by zwrócić im uwagę. Nikt oprócz mojej znajomej, która postanowiła interweniować. Potężne chłopy zamilkły i w pensjonacie zapanował spokój. Dodam jeszcze, że krucha kobieta, sztorcując awanturników po francusku, wtrącała w emocjach owo polskie słowo na „k”, oznaczające, według profesora Bralczyka, przecinek.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Chemicy muszą zarobić

12 paź 2010

Podstawowe pytanie w sprawie kolarza Alberta Contadora brzmi, czy Hiszpan swoje zwycięstwo w Tour de France podsypał koksem.

Odpowiedzi, jak się okazuje, mogą być trzy: nie podsypał, podsypał i  trochę podsypał. Na  tę trzecią ewentualność wskazuje Paweł Wilkowicz w  ciekawym tekście w  „Rzeczpospolitej”. Okazuje się, że najnowszą tendencją wśród oszustów są mikrodawki. Chodzi, z  grubsza rzecz biorąc, o  to, by nie spowodować zmian w  profilu krwi i  nie narazić się na  podejrzenia. Czyli, jak radzą mądrzy ludzie, trzeba jeść małą łyżeczką, a  mówiąc ściślej, używać małej strzykaweczki.

Dla mnie najbardziej interesująca informacja w  sprawie Contadora dotyczy badań na  obecność plastiku. W  tym swoistym wyścigu policjantów i  złodziei doszło do  tego, że sprawdza się już nie tylko to, czy w  moczu sportowca zawarte są zakazane substancje, ale i  –  uwaga! –  ślady opakowań tychże medykamentów. Na  nowym pomyśle zarobią chemicy i  analitycy, którzy będą mieli mnóstwo zamówień ze strony kontrolerów antydopingowych. Ale i  po  drugiej stronie barykady ktoś na  tym musi zyskać. Trzeba będzie przecież wymyślić opakowania, które nie pozostawiają śladów. Interes będzie się więc nadal kręcił.

W  trwającej od  lat walce z  dopingiem nie widać końca, co rodzi frustrację wśród ścigających. Szef prokuratorów antydopingowych Włoskiego Komitetu Olimpijskiego Ettore Torri postuluje za  pośrednictwem mediów, by zalegalizować stosowanie zakazanych środków. To nie pierwszy tego rodzaju głos. Kilkanaście lat temu rozmawiałem z  jednym z  polskich zwolenników legalizacji dopingu, profesorem medycyny Romanem Marciniakiem. Podobny postulat zgłosił swego czasu wybitny lekkoatleta Paweł Januszewski. Nie są to zatem pomysły jakiegoś szalonego dziennikarza, który nie mając pojęcia o  istocie sprawy, chce zyskać rozgłos. To opinie ludzi znających doskonale problem.

Wypowiedź Torriego, tak jak kiedyś głosy Marciniaka i  Januszewskiego, spowodowała liczne protesty. Czesław Lang, niegdyś wybitny kolarz, a  dziś organizator Tour de Pologne, pyta, skąd Torri ma informacje o  tym, że wszyscy kolarze biorą doping. Nie wiem, skąd czerpał wiedzę Torri, ale ja usłyszałem to od  Zenona  Jaskuły.

Oczywiście nie ma najmniejszych szans na  legalizację dopingu. Z  powodów biznesowych, rzecz jasna. Trzeba by zamknąć laboratoria i  cały zbudowany wokół nich interes dotowany dziesiątkami milionów dolarów. Będzie więc tak, jak radzą mądrzy ludzie: spokojnie, małą strzykaweczką.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Ból i dusery

06 paź 2010

Teraz przez dwa tygodnie będzie trwała publiczna dyskusja, czy rozstać się w trybie przyspieszonym z Danielem Castellanim, czy nie.  Tyle czasu do namysłu dali sobie działacze Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Ostatnio podobne rozważania dotyczyły Leo Beenhakkera. Ostatnio? We wrześniu minął rok, jak Holender przestał być selekcjonerem piłkarzy. Czas bieży w bystrym pędzie, jak pisał angielski poeta.

Podobieństwo tych dwóch przypadków jest jednak powierzchowne, bo holenderski szkoleniowiec naszych futbolistów był w znacznie trudniejszej sytuacji. Chcąc osiągnąć sukces, musiał – jak średniowieczny alchemik – z ołowiu zrobić złoto. Natomiast argentyński trener siatkarzy miał od razu do dyspozycji metal szlachetny, który podczas mistrzostw świata we Włoszech niespodziewanie zamienił się w jego rękach w ołów.

Co do dalszej pracy Castellaniego z kadrą, to jestem za, a nawet przeciw. Działaczom, którzy mają wkrótce podjąć decyzję, nie zazdroszczę, bo trudno znaleźć rozsądne wyjście z obecnej sytuacji. Pozwalając Castellaniemu na dalszą pracę z kadrą, nie można wykluczyć powtórnej katastrofy. Zwłaszcza że tak naprawdę nie wiadomo, jakie były przyczyny zapaści drużyny siatkarzy we Włoszech. Jednocześnie prawie wszyscy fachowcy powiadają, że Argentyńczyk jest znakomitym szkoleniowcem. Akceptują też Castellaniego siatkarze, którzy jak jeden mąż chcą „dalej pracować z Danielem”.

Te ostatnie referencje budzą moją wielką podejrzliwość. Sytuacja, w której trener i zawodnicy jedzą sobie z dzióbków, wcale nie musi owocować dobrymi efektami szkoleniowymi. Założę się, że gdyby Hubertowi Wagnerowi powinęła się noga w Montrealu, zawodnicy nie stanęliby za nim murem, tak jak teraz stoją za Castellanim. Legendarny trener zdawał sobie zresztą z tego sprawę, już na samym początku bowiem, kiedy przejął kadrę, kilku siatkarzy wystąpiło przeciwko niemu. Ale Wagner wiedział, że podczas współpracy, której celem jest zdobycie najcenniejszych trofeów, więcej powinno być bólu niż duserów. Najważniejsze, że świadomość tego miała też wspomniana grupka oponentów. Wagner ich denerwował, ale jednocześnie budził szacunek.

Castellani też budzi szacunek siatkarzy. Tylko czy z tego samego powodu?

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Moje rozmowy z „Katem”

28 wrz 2010

Oglądając mecze polskich siatkarzy na mistrzostwach świata, często się zastanawiam, co o ich grze powiedziałby Hubert Wagner. Pewno wytknąłby im to i owo, po czym stwierdził, że prawdziwą wartość tej drużyny poznamy w meczu z Brazylią.

W czasach gdy on prowadził kadrę, Brazylią dla naszych siatkarzy był Związek Radziecki. Przegrywaliśmy z przedstawicielami bratniego ZSRR regularnie, więc Wagner postawił sobie za cel nauczyć swoich zawodników wygrywania z Ruskimi. Były to głównie psychologiczne sztuczki, bo od strony siatkarskiej nasi nie ustępowali rywalom. Mieli więc na przykład twardo patrzyć Sowietom w oczy, gdy mijali się w drodze na trening czy do stołówki. Dla zawodowego psychologa takie rady brzmią może naiwnie, ale w przypadku zespołu Wagnera okazały się skuteczne. Na mistrzostwach świata w 1974 roku i dwa lata później podczas igrzysk olimpijskich nasi pokonali ZSRR, zdobywając w obu tych imprezach złote medale.

Wagnera ktoś nazwał „Katem” (i to się niestety przyjęło), bo rzekomo narzucił siatkarzom jakiś nieludzki reżim. Owszem, treningi były ciężkie, ale jestem przekonany, że podobną pracę wykonywali inni polscy sportowcy walczący w owym czasie o medale. Ten wizerunek Wagnera jako okrutnika znęcającego się nad siatkarzami utrwalił film dokumentalny pokazujący treningi kadry.

Tymczasem wartość Wagnera polegała na czymś zupełnie innym. Miał umysł ścisły (ukończył siedem semestrów na wydziale budownictwa politechniki) i dostrzegał w grze oraz w szkoleniu to, czego inni nie widzieli. Zacytuję, bo warto, jego opinię na temat ambicji w siatkówce: „Pojęcie „ambicji” u siatkarza ma zupełnie inny charakter niż u koszykarza czy piłkarza. W siatkówce, jak gra się głupio, nie pomoże żadna ambicja. Biją wtedy w człowieka jak w worek. U nas nie ma bezpośredniego kontaktu z rywalem, nie można się rzucić przeciwnikowi pod nogi. Ambicja u siatkarza jest częścią myślenia. Chodzi o to, by nie pozwolić się bawić ze sobą jak z dzieckiem”.

Moja pierwsza rozmowa z Wagnerem odbyła się w 1975 roku. Od tamtej pory minęło 35 lat i nic się w zasadniczych kwestiach nie zmieniło. Nadal w siatkówce nie można się rzucić przeciwnikowi pod nogi i znowu, chcąc zdobyć mistrzostwo świata, trzeba wygrać z Ruskimi. Pardon, z Brazylią. Choć nie jest wykluczone, że z Ruskimi również.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Emocje w dziale kadr

22 wrz 2010

Personalia to jest to, co media lubią najbardziej. Te sportowe również. Oto trener kadry siatkarek Jerzy Matlak nie wstawia do reprezentacji, która wkrótce pojedzie na mistrzostwa świata, dwóch znanych zawodniczek (między innymi Katarzyny Skowrońskiej) i już zaczyna się jazda. Rozmowy z gwiazdami, jak się czują w charakterze odrzuconych. Rozmowy z innymi siatkarkami, czy trener dobrze zrobił czy nie. Jest o czym pisać przez tydzień z okładem.

Te wszystkie rozważania czynione są w atmosferze lekkiej sensacji i delikatnego podpuszczania gwiazd przeciw trenerowi. Ale tak działają dziś media i nie ma co zawracać kijem Wisły. Można tylko ubolewać, że argumenty merytoryczne schodzą na dalszy plan i czytelnik lub widz nie ma pojęcia, czy szkoleniowiec podjął słuszną decyzję.

Zdarzają się na szczęście wyjątki od tej reguły. Bardzo ciekawy tekst w “Gazecie Wyborczej” o piłkarzu Macieju Iwańskim doskonale wyjaśnia, dlaczego trener Legii Maciej Skorża odesłał niedawno tego gracza do drużyny rezerwowej. Z artykułu można się więcej dowiedzieć o polskiej lidze piłkarskiej niż z dziesięciu obszernych i bardzo wnikliwych analiz publikowanych na łamach tej samej gazety. Jak sięgam pamięcią, wielcy trenerzy nie bali się ryzyka i niekiedy rezygnowali z usług wybitnych sportowców. Twórca potęgi polskiego boksu Feliks Stamm nie wziął na igrzyska do Tokio Leszka Drogosza, który był w tym momencie trzykrotnym mistrzem Europy i brązowym medalistą poprzedniej olimpiady. Wybrał Mariana Kasprzyka, który potwierdził słuszność decyzji Stamma złotym medalem. Na kanwie tej historii powstał całkiem niezły film pod tytułem “Bokser” z Danielem Olbrychskim w roli głównej.

Inny legendarny szkoleniowiec Hubert Wagner nie chciał mieć w 1974 roku w kadrze znakomitego siatkarza, któremu – jak twierdził – ręka miękła w meczach z Rosjanami. No i też się okazało, że miał rację, bo nasi zdobyli mistrzostwo świata, wygrywając po drodze z Sowietami. Sukces to potężny argument w takich sytuacjach. Jak powiadają, zwycięzców się nie sądzi. Co oczywiście w przypadku porażki siatkarek czy kolejnych wpadek piłkarzy Legii nie musi oznaczać, że trenerzy Matlak i Skorża, podejmując dzisiejsze decyzje, nie mieli racji. Tylko czy wtedy znajdzie się odważny, który ich poprze pomimo przegranej?

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Piłka leci na zatracenie

15 wrz 2010

Podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy z udziałem tęgich fachowców padło pytanie, czy piłka nożna jest biznesem i czy można na niej zarabiać.

Próbowałem to ustalić mniej więcej 15 lat temu i uzyskałem odpowiedzi identyczne z tymi, które parę dni temu padły u stóp Góry Parkowej. Świadczy to niekoniecznie o mojej wyjątkowej przenikliwości, lecz raczej o tym, że od strony ekonomicznej futbol nic a nic się przez te kilkanaście lat nie zmienił.

A zatem piłka nożna nie jest biznesem i na dłuższą metę nie da się na niej zarobić. Z bardzo prostego powodu: jak na działalność gospodarczą za dużo w niej decyzji sentymentalnych i emocjonalnych, czyli całkowicie irracjonalnych. Dotyczy to nie tylko naszego, odrobinę opóźnionego wobec większości Europy, podwórka. Wszak nie bez przyczyny kluby grające w najsilniejszej europejskiej lidze – angielskiej Premiership – są zadłużone po korony swoich wspaniałych stadionów. Długi sięgają w sumie 3 miliardów funtów. To dziwne, bo przecież produkt jest w Anglii najlepszy z najlepszych, stadiony nowoczesne, organizacja wzorcowa, popyt co najmniej zadowalający, a efekt finansowy katastrofalny. Jak jednak ma być inny, skoro koszty są wyższe niż wpływy.

Mądrzy ludzie ustalili w Krynicy, że futbol żyje ponad stan. Wydatki na transfery i pensje dla zawodników oraz trenerów osiągnęły horrendalny poziom. – Kluby zaczęły się zatracać, coś trzeba z tym zrobić – rzekł były minister sportu Irlandii Brendan Kenneally, który pofatygował się z Dublina aż w Beskid Sądecki, by tę głęboką myśl wyrazić.

Ponoć ma coś z tym zrobić UEFA, która chce wprowadzić limit wysokości wynagrodzeń. Ciekawe, w jaki sposób w wolnych krajach, gdzie kluby piłkarskie są własnością prywatną, da się taki ambitny plan zrealizować. No, ale może nie doceniam Michela Platiniego.

O tym, że futbol ma niewiele wspólnego z biznesem, świadczą najświeższe wydarzenia w warszawskiej Polonii. Właściciel klubu Józef Wojciechowski zwolnił właśnie 13. trenera w ciągu czterech lat. Biznes to dla niego znana firma deweloperska, która przynosi zysk. Piłka zaś to chyba rodzaj bardzo kosztownej zabawy, w której umiar i chłodna kalkulacja tylko by przeszkadzały.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Jazda bez trzymanki

08 wrz 2010

Dwie najlepsze obecnie polskie sportsmenki – Justyna Kowalczyk i Maja Włoszczowska. Obie urodziwe i solidnie wykształcone. Zastanawiałem się wielokrotnie, co takie atrakcyjne dziewczyny ciągnie do sportu, a zwłaszcza – co je w sporcie przez długie lata utrzymuje. Odpowiedź, że sława i pieniądze, zupełnie mnie nie przekonuje.

Musi być w tym coś więcej, skoro obie panie poświęcają dla biegania na nartach i ścigania na rowerze najpiękniejszy okres w życiu, czyli młodość, odkładając na przyszłość, nie wiadomo jak odległą, możliwość zrobienia kariery zawodowej i macierzyństwo. W wywiadach z mistrzyniami trudno znaleźć jednoznacznie brzmiące wyjaśnienie tej zagadki. Jeśli już któryś z dziennikarzy zdobędzie się na odwagę i zapyta o rodzenie dzieci, usłyszy, że na to będzie czas po zakończeniu kariery. Oczywiście, że tak. Mnie jednak ciekawi, co to za siła tkwi w sporcie, która na długie lata wyłącza najsilniejszy z ludzkich instynktów.

Odpowiadam sobie sam: sport to szybka jazda bez trzymanki, co należy rozumieć w przenośni, a nie wyłącznie w kontekście rowerowych wyczynów pani Mai. W sporcie wszystko dzieje się szybciej i wiąże się siłą rzeczy z dużo większymi emocjami. Gdyby Włoszczowska chciała na przykład robić karierę naukową (ukończyła matematykę stosowaną na Uniwersytecie Wrocławskim), to pokonywanie kolejnych szczebli zajęłoby jej dziesiątki lat. W kolarstwie zaś, zdobywając kilka dni temu w Kanadzie mistrzostwo świata, ma już tytuł profesorski. Sport od tej strony jest bez wątpienia atrakcyjniejszy niż inne dziedziny życia.

Choć z drugiej strony – praca naukowa nie grozi jednak złamaniami kości, czego pani Maja doświadczyła w ostatnim czasie. Wciąż niewyjaśniona pozostaje kwestia wyższości sportu nad macierzyństwem. Zainteresowanych z góry informuję, że odpowiedzi na pewno nie znajdą na stronie internetowej Mai Włoszczowskiej. Jest na niej wprawdzie obiecujący link „partnerzy”, ale tam na dość sporej liście widnieją nazwy producentów odzieży i samochodów oraz gmina Polkowice i miasto Jelenia Góra. Z tego dzieci raczej nie będzie.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter