Wpisy w kategorii „Andrzej Fąfara”

Utracona cześć Caster Semenyi

30 lip 2010

Wiadomo, że seks i sport to dziedziny, które w mediach znakomicie się sprzedają. To dlatego 18-letnia biegaczka z RPA Caster Semenya zyskała rok temu ogromny rozgłos. Gdy zdobywała tytuł mistrzyni świata na 800 metrów, zwróciła uwagę mało kobiecą sylwetką, męskimi rysami twarzy i niskim głosem.

To oczywiście nie jest żaden naukowy dowód na to, że Caster pomyliła szatnie, ale do rozważań medialnych w zupełności wystarczający.

Sprawa była wałkowana na łamach prasy tak długo, że wreszcie władze lekkoatletyczne postanowiły poddać mistrzynię badaniu płci.

Ponownemu, jak mniemam, bo chyba przechodziła takie testy, zanim zdobyła wspomniany złoty medal. Niedawno ogłoszono, że Caster Semenya jest kobietą i może startować w zawodach. To nie oznacza, że sprawa została rozstrzygnięta raz na zawsze. Tabloidy nie przestaną szukać sensacyjnych informacji na temat biegaczki z RPA, a rywalki traktować Caster z taką samą nieufnością jak poprzednio. Już po ogłoszeniu komunikatu brązowa medalistka mistrzostw świata Brytyjka Jenny Meadows powiedziała: – Skoro mówią, że teraz jest kobietą, to pewnie tak jest.

Dawno temu publiczne dywagacje na temat płci, prowadzone znacznie ciszej i łagodniej, bo inne były czasy i inne media, złamały karierę sportową wybitnej polskiej lekkoatletki. Caster Semenya postanowiła jednak wrócić na bieżnię. Na początek uzyskała wynik o 10 sekund słabszy niż rok temu, gdy zdobywała mistrzostwo świata. Jeśli dalej będzie biegać tak marnie, nie będzie problemu. Świat o niej zapomni, a rywalki łaskawie zaakceptują jej obecność na bieżni. Biada jej jednak, jeśli wróci do dawnej formy. Reporterzy nie dadzą jej spokoju, a konkurentki nie przestaną upokarzać przy każdej nadarzającej się okazji.

Rada dla Caster Semenyi? Niech da sobie spokój ze sportem, niech skończy studia, tak jak wspomniana polska lekkoatletka, i zajmie się czymś bardziej pożytecznym dla świata niż publiczne bieganie na średnich dystansach. To lepsze niż życie w atmosferze nagonki. Ale może dziewczyna z Pietersburga ma dość odporności, by znosić ten bolesny dla siebie zgiełk? To też niedobrze, bo wtedy ci wszyscy, którzy ją atakują, uznają tę rzadką u kobiet siłę za potwierdzenie swojej tezy.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Reakcja łańcuchowa

21 lip 2010

Kiedy sąsiad lub kolega z pracy wpada w tarapaty, w wielu oczach pojawia się radosny błysk. Gdyby ktoś potrafił tę energię wyemitowaną tylko jednego dnia wykorzystać, można by pewno oświetlić miasto sporej wielkości. Skąd zatem pretensje do hiszpańskiego kolarza Alberto Contadora, który przedwczoraj radośnie błysnął oczami, gdy jego najgroźniejszy rywal Andy Schleck z Luksemburga stanął na poboczu drogi z powodu awarii łańcucha?

Na pewno stąd, że od mistrzów sportu kibice wymagają więcej niż od siebie samych. Na co dzień ludzie w większości przypadków zachowują się tak samo jak Contador, który podkręcił tempo, widząc problemy rywala. Bez skrupułów wykorzystał sytuację, odrobił straty do Schlecka i został liderem Tour de France. Kibice jednak gwizdali, kiedy Hiszpan na mecie zakładał żółtą koszulkę. Chcieliby lidera nieskazitelnego, woleliby, aby Contador udowodnił swoją wyższość nad Luksemburczykiem w sportowej walce.

To pocieszające, że w narodach (gwizdali, jak mniemam, nie tylko Luksemburczycy) jest jeszcze tęsknota za czystym sportem, w którym pozostaje mnóstwo miejsca na szlachetne gesty i szacunek dla rywala. Trudno wszakże tę tęsknotę zrozumieć, jeśli się wie, że Contadorowie nie spadli z Księżyca. To są nasi ludzie, krew z naszej krwi. A my przecież tak rzadko wznosimy się ponad moralną przeciętność, i to nie tylko w życiu codziennym, ale także na trybunach stadionów. Weźmy polskich kibiców siatkówki, najwspanialszych ponoć na świecie, którzy robią przeraźliwy tumult, gdy serwują rywale. Nikt tego nie potępia, bo to dziś światowa norma. Tylko że odległym efektem takich zachowań może być właśnie błysk w oczach Alberto Contadora.

Jakże jednak wspaniały byłby hiszpański mistrz kolarstwa, gdyby postanowił się zatrzymać i poczekać na Schlecka. Jakże byłby za to podziwiany i wielbiony na całym świecie. Stałby się przeciwwagą dla francuskiego piłkarza Thierry’ego Henry’ego, który zagrał piłkę ręką i nie znalazł w sobie dość siły, by się natychmiast do tego przyznać. Gdyby Contador zachował się inaczej, dostałby liczne nagrody fair play, stawiano by go za wzór kibicom. Może nastąpiłaby odwrotna reakcja łańcuchowa i za sprawą hiszpańskiego cyklisty polscy miłośnicy siatkówki przestaliby gwizdać podczas serwisu rywali?

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Słuchajcie Bońka

14 lip 2010

Nie po raz pierwszy przekonałem się, że warto słuchać Zbigniewa Bońka. Ten facet nie lubi śpiewać w chórze i niemal zawsze powie coś oryginalnego.

Tym razem wygłosił odrębne zdanie w sprawie finałowego meczu piłkarskich mistrzostw świata. Dziennikarz stacji TVN próbował wciągnąć słynnego piłkarza w powszechne narzekania na poziom niedzielnego spotkania i na brutalność zaprezentowaną przez dwie najlepsze na świecie futbolowe drużyny. Ale nie z Bońkiem takie numery.

– A czego się pan spodziewał? – odparował były gracz Widzewa i Juventusu. – Że piłkarze będą jedli sobie z dzióbków? Że podczas najważniejszego występu w życiu będą delikatni i subtelni? Ja bym się zachował tak samo jak oni, czyli z całą determinacją, wszelkimi dostępnymi metodami walczył o mistrzostwo świata.

Boniek tym samym wyręczył całą rzeszę fachowców, którzy po meczu potrafili policzyć kolorowe kartki pokazane graczom przez sędziego Webba, ustalić, czy coś podobnego wydarzyło się w przeszłości, no i biadolić oraz kwękać. A przecież pojawił się ciekawy problem do przeanalizowania. Dlaczego najlepsi piłkarze na świecie, którzy bez wątpienia potrafią zrobić z piłką wszystko, nie starali się w pierwszym rzędzie wykorzystać tych swoich cudownych umiejętności? Dlaczego bardziej opłacało im się faulować?

Z mojego dyletanckiego punktu widzenia odpowiedź wydaje się dość prosta. Kopanie po nogach i ciągnięcie za koszulkę to działania dające gwarancję stuprocentowej skuteczności. Rzadko się przecież słyszy o nieudanych faulach, natomiast o niecelnych podaniach i strzałach – kilkadziesiąt razy w każdym meczu. Zachowanie Hiszpanów i Holendrów można by więc określić jako pragmatyczne.

Pretensje widzów oraz owej rzeszy fachowców mają jednak pewne uzasadnienie. Bywają przecież mecze, podczas których więcej jest pięknych zagrań niż pragmatycznych fauli. Zdarzyło się takich sporo także podczas mundialu w RPA. Przykładem spotkanie o trzecie miejsce między Niemcami a Urugwajem. Od czego to zależy, że mistrzowie raz dają popis finezyjnej techniki, a raz kopią się niemiłosiernie po kostkach? Od sędziego, od wzajemnych relacji między nacjami i samymi graczami, od trenera czy może od atmosfery w drużynie? Ciekaw jestem, co o tym sądzi Zbigniew Boniek.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Huzia na Józia!

1 lip 2010

Szef światowego futbolu Sepp (czyli Józio) Blatter już pewno zaczął przeklinać swoją obecność podczas finałowego turnieju o mistrzostwo świata.

Gdziekolwiek się pokaże, wszyscy suszą mu głowę w sprawie unowocześnienia sposobu sędziowania. Zamiast spokojnie oddać się przyjemnościom wynikającym z pełnienia zaszczytnej funkcji – bywać na rautach, wymieniać uśmiechy i oglądać mecze – Herr Sepp musi odpierać zmasowane ataki mediów oraz swoich wrogów wewnątrz federacji.

Ani trochę Blatterowi nie współczuję. Herr Sepp nie kiwnął palcem, żeby takiej sytuacji zapobiec, więc może nie nadaje się na swoje stanowisko – bez wątpienia jedno z najważniejszych we współczesnym świecie. Powtórzę za wszystkimi: trzeba coś z tym sędziowaniem zrobić, przynajmniej podczas wielkich imprez, które oglądają miliony ludzi i które przynoszą olbrzymie zyski. Niech sobie juniorzy w Polsce czy w Nigerii grają bez obecności kamer i bez czipów. Niech istnieje – jak w muzyce – futbol bez prądu. Natomiast w mistrzostwach świata unowocześnienie sposobu sędziowania stało się po prostu koniecznością.

Krucjata na rzecz zmian nie podoba mi się z jednego tylko powodu. Spora część piłkarskich krzyżowców traktuje sędziów z wyższością, bezpardonowo ich atakuje i poniża.

Robią to piłkarze, z których każdy popełnia od czasu do czasu katastrofalny błąd (np. w meczu Argentyna – Meksyk obrońca pokonanych Ricardo Osorio w banalnej sytuacji podał piłkę rywalowi, powodując utratę gola). Robią to sprawozdawcy, którzy w podnieceniu i pośpiechu plotą niekiedy duby smalone. Robią to trenerzy, którym zawodowe potknięcia zdarzają się równie często jak arbitrom.

Ci wszyscy mądrale siedzą przed ekranem telewizora i ich mottem jest zdanie powtarzane aż do znudzenia: zobaczmy to na powtórce. Niekiedy trzeba dwóch powtórek, by trafnie ocenili sytuację, choć każdy z nich jest przecież tęgim fachowcem. Ale już wolę ich niż Seppa Blattera.



Od moderatora:
W związku z wyborami na urząd Prezydenta RP informujemy, iż w okresie ciszy wyborczej tj. w okresie 24 godzin poprzedzających dzień wyborów i aż do chwili zakończenia głosowania zabronione jest prowadzenie agitacji politycznej na rzecz kandydatów w jakiejkolwiek formie.

Publikacje na blogu jakichkolwiek komentarzy mających charakter agitacji wyborczej może zostać uznana za naruszenie przepisów oraz stanowi czyn zagrożony karą grzywny.
(Art. 76b ust. 2 i art. 77 ust. 1 ustawy z dnia 27 września 1990 r. o wyborze Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej tj. Dz. U. z 2010 r. Nr 72, poz. 467.)
Dziękujemy za wszystkie komentarze, a w razie pytań prosimy o kontakt na moderatorzy@rp.pl .

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Pele na Prehybie

24 cze 2010

Wielką Brazylię, tę z Pelem na środku ataku, widziałem w lipcu 1966 roku w schronisku na Prehybie. Widziałem to może za dużo powiedziane. Sygnał telewizyjny w wyższych partiach Beskidu Sądeckiego był wtedy słabiutki jak dziś wały przeciwpowodziowe koło Sandomierza. Kolega mniej interesujący się piłką krążył wokół schroniska z anteną w ręku i czekał, aż reszta zgromadzona przed telewizorem krzyknie, że jest dobrze.

Dobrze jednak nie było ani przez moment. Na ekranie potężnego telewizora marki Belweder obraz dwoił się i troił. Po stronie brazylijskiej grało więc kilku zawodników o przydomku Pele, których nie odstępowała na krok grupka krwiożerczych portugalskich obrońców o nazwisku Morais.

Ale my, wbrew trudnościom, byliśmy szczęśliwi i pełni nadziei. Liczyliśmy, że wielka Brazylia przełamie niemoc i awansuje do następnej fazy mistrzostw świata. Gol Simoesa, a potem jeszcze dwie bramki Eusebio pozbawiły nas resztek optymizmu. Mistrzowie świata przegrali 1:3 i nie wyszli z grupy. Na ekranie telewizora marki Belweder klęska wydawała się nam trzykrotnie większa, niż była w rzeczywistości.

W Brazylii życie zamarło na wiele dni. Zdarzały się samobójstwa zrozpaczonych kibiców. Pewna dziewczynka rzuciła się do oceanu z okrzykiem: – Nienawidzę cię, Pele! Ogólnonarodowa boleść tak naprawdę skończyła się dopiero cztery lata później, gdy na boiskach w Meksyku Brazylijczycy (wciąż z Pelem w składzie) odzyskali tytuł mistrzowski.

Nasza frustracja w schronisku na Prehybie trwała znacznie krócej. Rano po kilkugodzinnym marszu zeszliśmy do Rytra. Tam natychmiast umówiliśmy mecz z miejscowymi. Wczesnym popołudniem daliśmy upust swojej rozpaczy, odnosząc druzgocące zwycięstwo 11:2.

Trudno sobie wyobrazić podobny odwet Brazylijczyków w dzisiejszym meczu z Portugalczykami. Sytuacja jest zresztą diametralnie inna niż 44 lata temu, bo Brazylia i Portugalia mają już awans w kieszeni. A i odbiór telewizyjny w schronisku na Prehybie jest też zapewne dużo lepszy.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Święty czas mundialu

16 cze 2010

Z początkiem każdych mistrzostw świata przychodzi czas, w którym ludziom wszystko kojarzy się z piłką. I tylko w tym świętym okresie te nieprawdopodobne częstokroć asocjacje stają się uprawnione i nie budzą uśmiechu politowania.

Felietonista „Guardiana” Simon Hattestone, pisząc o futbolu, cytuje na przykład argentyńskiego rewolucjonistę Ernesto Guevarę: „Wiem, że przychodzisz mnie zabić. Strzelaj, masz zabić tylko człowieka”.

Cóż powyższe słowa „Che”, wypowiedziane tuż przed śmiercią, mogą mieć wspólnego z futbolem? Hattestone nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Twierdzi mianowicie, że Guevara mógłby to samo powiedzieć, stojąc na linii bramkowej i czekając na wykonanie rzutu karnego. Ów ryzykowny zabieg angielskiego dziennikarza podczas trwania mundialu nie wydaje się ani naciągany, ani śmieszny. Zwłaszcza że słynny rewolucjonista w młodości był rzeczywiście bramkarzem. Podobnie zresztą jak Jan Paweł II, Albert Camus i Vladimir Nabokov.

Człowiek odnosi wrażenie, że w ciągu tych kilku tygodni mundialu wybitne postaci mogą potwierdzić swoją wartość wyłącznie poprzez futbol. Wielkość literatury Camusa, Hrabala, Nabokova, Konwickiego, Dygata i Pilcha w tym krótkim czasie wynika z tego, że albo sami grali w piłkę, albo się piłką ponadprzeciętnie pasjonowali. Ich wypowiedzi stają się ważniejsze, jeśli bezpośrednio dotyczą futbolu albo mogą być z futbolem skojarzone. Coś, co nie dotyczy piłki, chwilowo nie ma żadnej wartości.

Pamiętam słowa znakomitego gracza Davora Sukera, który w 1998 roku, gdy reprezentacja Chorwacji wywalczyła trzecie miejsce w mistrzostwach świata, stwierdził: – Niech mi wybaczą chorwaccy pisarze, ale to my jesteśmy dziś autorami najpiękniejszego dzieła w historii naszej literatury.

Mniej zapiekłych zwolenników futbolu spieszę pocieszyć, że kilka dni po finale wszystko wróci na swoje miejsce. Tak jak wracało po każdym z 18 poprzednich turniejów finałowych.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Agnieszka przegrała, ojciec zawinił

28 maj 2010

Wczoraj w Paryżu padało i dla nas był to zimny deszcz. Agnieszka Radwańska (nr 8 ) przegrała 5:7, 3:6 z Jarosławą Szwedową

Teraz już wiadomo, że słup, który zasłaniał Radwańskiej widok z okna w hotelu, symbolizował nieszczęście. Polska tenisistka zakończyła na drugiej rundzie marzenia o dobrym występie w Paryżu.

Słabo grająca Polka trafiła na znakomicie usposobioną rywalkę. Rady, które Szwedowa (36 WTA) dostała od swojego polskiego trenera przygotowania fizycznego Mieczysława Bogusławskiego okazały się skuteczne. To, że tenisistka z Kazachstanu atakowała z determinacją słaby serwis Polki, nie było zaskoczeniem. Identyczną taktykę stosują w meczu z Radwańską wszystkie rywalki. Szwedowa zaskoczyła natomiast wszystkich skutecznymi skrótami. To była przecież zawsze mocna strona Polki. Od tej broni między innymi w czwartek zginęła.

Początek meczu nie wyglądał jeszcze najgorzej. Radwańska wygrała swój serwis, a po chwili przełamała podanie Szwedowej. Ale to był koniec korzystnych dla nas wydarzeń na korcie nr 4. Reprezentantka Kazachstanu objęła prowadzenie 5:4 i przy swoim serwisie miała aż pięć setboli. Radwańska wyszła z opresji, wygrała gema, by natychmiast oddać rywalce następnego. Przy ósmym setbolu Szwedowa wreszcie złamała opór Polki, a w drugim secie popełniała bardzo mało błędów.

Zbyt mało jak na wytrzymałość psychiczną Radwańskiej. Gdy w trzecim gemie Polka po raz drugi przegrała swój serwis, Robert Radwański zaczął coś dogadywać z trybun. Córka odpowiedziała z wściekłością. Padły słowa powszechnie uważane za wulgarne. – Co ona powiedziała? – dopytywał się jakiś Amerykanin. – To takie polskie come on – padła odpowiedź. W drugim secie Szwedowa objęła prowadzenie 5:2 i koniec był bliski. Wtedy lunął deszcz. Gdy po godzinie tenisistki wróciły na kort, błysnęło światełko w tunelu. Radwańska przełamała serwis Szwedowej, by jednak po kilku chwilach powrócić do swojej fatalnej tego dnia normy.

Na spotkanie z dziennikarzami Radwańska przyszła przygnębiona. – Jestem rozczarowana, bo czułam się dobrze, a jednak poniosłam porażkę. Im bardziej chciałam wygrać, tym gorzej mi szło. Ojciec swoimi docinkami mi nie pomagał. On nie wytrzymuje presji, jak coś nie idzie po jego myśli.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Piłkarz kopany

20 maj 2010

Przy okazji zakończenia rozgrywek ekstraklasy media trąbią, że polscy piłkarze bardzo słabo grają i zbyt dużo zarabiają. Z pierwszą częścią alarmu zgadzam się w całej rozciągłości, natomiast prawdziwość drugiej w ogóle mnie nie obchodzi. Właściciele klubów mogą płacić swoim pracownikom tyle, ile im (właścicielom, nie pracownikom) się podoba. I dziennikarzom nic do tego, chyba że występują z pozycji fundamentalnych jako przeciwnicy kapitalizmu.

Będąc wyznawcą tenisa, kolarstwa i wyścigów konnych, patrzę na piłkę nożną z dystansu i zwracam uwagę wyłącznie na kwestie zasadnicze. Jedną z nich jest postępujące lekceważenie, niekiedy wręcz pogarda, w traktowaniu polskich piłkarzy przez media. Te same media, które z futbolu żyją i które poświęcają mu większość czasu antenowego i miejsca na łamach. Przejawem owego lekceważenia jest właśnie próba ustalania z wysokości redaktorskiego piedestału, ile ligowy piłkarz powinien zarabiać. Nikomu jakoś nie przyszło do głowy, by publicznie rozprawiać na temat gaży marnych aktorów serialowych, wokalistów z bożej łaski czy ułomnych dziennikarzy, natomiast kiepscy futboliści zostali najwidoczniej uznani za obywateli drugiej kategorii.

Polskiego piłkarza można wdeptać w ziemię, tak jak to zrobiła „Gazeta Wyborcza” z Mariuszem Jopem, który w przedostatniej kolejce rozgrywek strzelił samobójczego gola i pozbawił Wisłę Kraków szans na tytuł mistrzowski. Błąd, pech – jak zwał, tak zwał. To jednak jeszcze nie powód, by się z nieszczęśnika naigrawać i by go publicznie piętnować. Zwłaszcza że podobne potknięcia zdarzają się od czasu do czasu obrońcom dużo słynniejszym i znacznie lepiej opłacanym niż Mariusz Jop. Fakt, że Jopowi znacznie częściej, ale przecież właśnie dlatego gra on w polskiej lidze, a nie rosyjskiej, w której występował do niedawna.

Kopanie leżącego kłóci się z moim rozumieniem sportu. Krytyka, nawet najostrzejsza, jest oczywiście dopuszczalna, a nawet wskazana. Musi jednak czemuś służyć, mieć jakiś sens. Dziennikarz nie może się zamieniać w zawiedzionego kibica, nie powinien też starać się przypodobać sfrustrowanym fanom. To elementarz, ale chyba już przestarzały, tak jak ten autorstwa Mariana Falskiego, który wyszedł z użycia.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Wrażenia ortopedyczne

12 maj 2010

W moim nowym telewizorze znakomicie ogląda się piłkę nożną, a szczególnej jakości nabierają na wielkim ekranie faule.

Czasami człowiekowi się wydaje, że słyszy chrzęst kości, co wcale nie musi być złudzeniem, bo przecież czułe mikrofony ustawione są tuż przy bocznych liniach boiska. Sprawozdawcy ze spokojem traktują te ortopedyczne wrażenia i bez większych emocji zastanawiają się, jak mocno obrońca trafił bolcami przytwierdzonymi do podeszwy buta w kolano rywala. – Zobaczymy na powtórce – mawiają, gdy nie mają pewności.

Po prostu przyzwyczaili się i ja też się powoli przyzwyczajam. W dawnych czasach, gdy w miarę często chodziłem na mecze piłkarskie, faule zdarzały się chyba rzadziej, a poza tym z wysokości trybun wydawały się mniej brutalne. Musiało stać się coś rzeczywiście wyjątkowego, by zrobiło to wrażenie na widzach. Pamiętam, jak kiedyś na Łazienkowskiej podczas meczu Legii z Odrą Opole jeden z miejscowych kibiców mruknął: – Grzyb to jednak cham jest. Chodziło o obrońcę Henryka Grzybowskiego, wielokrotnego reprezentanta Polski, który skosił jednego z opolskich napastników, bodajże Engelberta Jarka.

Jestem przekonany, że dziś Grzybowski za swój faul nie dostałby nawet żółtej kartki. Ostre wejścia mające na celu fizyczne wyeliminowanie rywala są bowiem na porządku dziennym, a w każdej liczącej się drużynie musi być co najmniej jeden budzący lęk posępny kosiarz. Ofiarą takiego zwolennika najprostszych rozwiązań padł w ubiegłym roku polski obrońca występujący w Anderlechcie Bruksela Marcin Wasilewski. Złamana noga już się zrosła i Polak kilka dni temu mógł wrócić na boisko. Sam nie jest świętoszkiem, więc ciekawi mnie bardzo, jak te bolesne doświadczenia z ostatnich kilku miesięcy wpłyną na jego styl gry.

W nowym telewizorze włączam czasami kanał National Geographic Wild, gdzie pokazują, jak lew atakuje antylopę, podgryza jej gardło i potem rozszarpuje na strzępy. Też jest doskonała jakość obrazu, też są powtórki w zwolnionym tempie i też nadzwyczaj spokojny głos lektora. Uczestnicy meczu piłkarskiego uchodzą mimo wszystko z boiska z życiem. Może więc z tym współczesnym sportem nie jest jeszcze tak źle?

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Zabytkom na odsiecz

5 maj 2010

Znajomi, którzy pamiętają, że każdego roku o tej porze oglądałem z bliska plecy kolarzy na trasach między Warszawą, Pragą i Berlinem, opisując te swoje bogate wrażenia na łamach „Życia Warszawy”, pytają, czy mi nie brakuje Wyścigu Pokoju. Jasne, że mi brakuje, choć pod koniec każdej majowej imprezy zmęczony powtarzałem, że „wyścig byłby wspaniały, gdyby nie ci kolarze”.

Pamiętam, że ci kolarze bywali niekiedy bezwzględni wobec utrudzonych pracą i intensywnym życiem bankietowym reporterów. Gdy pewien dziennikarz, próbując na mecie ustalić przebieg wydarzeń, zapytał Marka Szerszyńskiego (tego samego, który w 1985 roku załatwił Lechowi Piaseckiemu mistrzostwo świata w Giavera del Montello), kto podjął próbę ucieczki 10 kilometrów przed metą, ten ze złośliwym uśmieszkiem odpowiedział: – Kolarze, panie redaktorze, kolarze.

Sentymentalne wspomnienia są tylko jednym z powodów, dla których wracam do Wyścigu Pokoju. Robię to także po to, by skonstatować, jak bardzo brakuje polskiemu sportowi wielkich imprez mających wieloletnią tradycję i ogromną siłę propagandowego rażenia. Takich, jakie mają Francja (Roland Garros, Tour de France), Wielka Brytania (Wimbledon), Włochy (Giro d’Italia) czy Szwecja (narciarski Bieg Wazów).

W Polsce kiedyś organizowaliśmy takowe dwie: kolarski Wyścig Pokoju i lekkoatletyczny Memoriał Kusocińskiego. Obie miały światową markę, obie cieszyły się ogromną popularnością. Dla kibiców były najważniejszym punktem odniesienia, a dla sportowców szczytem, na który należy się wspiąć. Z tego między innymi wzięła się potęga polskiego kolarstwa i polskiej lekkoatletyki. Dlatego warto takie imprezy mieć, warto zabiegać o ich przetrwanie.

Z Wyścigiem Pokoju się nie udało – impreza nie istnieje od czterech lat. O Memoriale Kusocińskiego nawet ja, człowiek na bieżąco interesujący się sportem, wiem niewiele. To zaś oznacza, że nie jest to już mityng gromadzący, tak jak niegdyś, sławy światowej lekkoatletyki i przyciągający kilkadziesiąt tysięcy widzów na trybuny. Ze sportowych zabytków przetrwał u nas do dziś jedynie Tour de Pologne (82 lata) odrestaurowany przez Czesława Langa.

Może są jeszcze jakieś inne stare imprezy, którym warto by przywrócić świetność? Powiada się, że kraj, który nie pielęgnuje swoich tradycji, ginie. Jestem przekonany, że sportu to również dotyczy.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter