Wpisy w kategorii „Andrzej Fąfara”

Kumulacja szczęścia

9 lut 2011

Jutro minie rocznica jednej z największych sensacji w historii polskiego sportu. Nie ma przesady w stwierdzeniu, że skok Wojciecha Fortuny w Sapporo wstrząsnął krajem, bo wszystkiego można się było w 1972 roku po naszych sportowcach spodziewać, ale nie złotego medalu na zimowych igrzyskach.

Fortuna był niezłym skoczkiem, ale tamtej zimy miał też fart nieprawdopodobny. Dostał się do reprezentacji w ostatnim momencie, zastępując kontuzjowanego Józefa Przybyłę. Działacze nie chcieli go wziąć, niemal do samego wyjazdu trwały dyskusje na ten temat. W Japonii wiatr poniósł go tak daleko w pierwszym skoku, że sędziowie rozważali, czy nie przerwać konkursu i nie zacząć rywalizacji od nowa. Sprawa stanęła na ostrzu noża. W drugiej zaś próbie ledwo, ledwo obronił prowadzenie – Szwajcara Waltera Steinera wyprzedził o jedną dziesiątą punktu. Kumulacja szczęścia doprawdy godna nazwiska i zawodu. Fortuna był bowiem elektrykiem samochodowym i to on tak naprawdę, osiem lat przed Lechem Wałęsą, wykonał pierwszy ważny skok w historii Polski.

Żeby była jasność: nikt mu tego złotego medalu nie dał za darmo. Owe szczęśliwe zrządzenia losu to dziś kwestie drugorzędne. Fortuna po wsze czasy pozostanie bohaterem polskiego sportu, tak jak Stanisław Petkiewicz, który przed wojną pokonał genialnego Paavo Nurmiego, czy nasi piłkarze, którzy w 1974 roku zajęli trzecie miejsce w mistrzostwach świata.

Wspominam wielki wyczyn Fortuny bardziej z powodów porównawczych niż rocznicowych. Kiedyś zimy były dla polskich kibiców bezkresnym obszarem posuchy. Nic ważnego się w tym czasie w naszym sporcie nie działo. To dlatego między innymi skok Fortuny był jak lądowanie na Księżycu. Dziś odnoszę wrażenie, że sukcesy narciarskie trochę nam się przejadły. Na pewno dotyczy to Justyny Kowalczyk, która musi się pokłócić z Marit Bjoergen, by zasłużyć sobie na poczesne miejsce w mediach. Trochę się niedawno musiałem natrudzić, chcąc na popularnym portalu internetowym znaleźć informację o ostatnim zwycięstwie naszej biegaczki. W jej sukcesach nie ma nawet setnej części fartu, jaki przytrafił się przed laty w Japonii Wojciechowi Fortunie. Jest ciężka praca i profesjonalizm. Jednym słowem, nudziarstwo.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

O jeden wpis za daleko

26 sty 2011

Robertowi Radwańskiemu, ojcu dwóch wielce utalentowanych tenisistek Agnieszki i Urszuli, muszę niestety w swojej prywatnej klasyfikacji odjąć sporo punktów. Radwański, dla którego zawsze miałem mnóstwo sympatii – nie tylko za to, co zrobił dla polskiego tenisa, ale także za jego niewyparzony język i bezpretensjonalność – poszybował w minionym tygodniu za daleko, ujawniając swoje sympatie polityczne na stronie internetowej córek.

Mam mu oczywiście za złe nie owe sympatie, ale to, że postawił dziewczyny w głupiej sytuacji. Agnieszka, uczestnicząca akurat w wielkim turnieju w Melbourne, już się musiała tłumaczyć i dystansować od poglądów taty, który na wspomnianej stronie potępia między innymi raport MAK w sprawie katastrofy smoleńskiej i zachęca do oglądania filmu „Mgła”.

– Staram się nie mieszać sportu z polityką. Nigdy nie trzymam żadnej strony w sporach politycznych – powiedziała tenisistka w rozmowie opublikowanej wczoraj w „Rz”. W przypadku słynnych sportowców czy artystów jest to chyba najrozsądniejsze podejście. Po diabła ludzie podczas koncertu z udziałem zaangażowanego politycznie wokalisty mają się zastanawiać, czy ta ładnie brzmiąca ballada to utwór dla wszystkich czy tylko dla ściśle określonej grupy słuchaczy.

Przykładów słynnych postaci, które ujawniły swoje polityczne inklinacje, można by podać sporo. Jedni zrobili to z własnej i nieprzymuszonej woli, drudzy za namową znajomych. Agnieszki Radwańskiej, jak widać, nie zdołał przekonać nawet rodzony ojciec. Rozdźwięk ujawniony przy okazji w najsłynniejszej polskiej

rodzinie tenisowej budzi pytanie natury sportowej. Czy pan Robert, którego uwagi umknęło, że córki są pełnoletnie i mogą mieć inne podejście do polityki niż on, nie stosuje podobnych praktyk w kwestiach dotyczących tenisa?

Można się domyślać, iż stosuje, tylko że akurat tam nadmiar demokracji w relacjach trener – zawodnik nie jest wskazany i wcale nie musi budzić negatywnych odczuć. Zwłaszcza gdy z tych relacji wynikają sukcesy, które Radwańscy wciąż odnoszą.

Coś jednak czuję, że prędzej czy później przyjdzie moment, w którym Agnieszka zażąda demokracji również w tenisie.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Więcej kankana!

21 sty 2011

Nasi tenisiści stali się piekielnie wrażliwi na swoim punkcie, czego dowodem jest niedawna reakcja Łukasza Kubota na rzekomą krytykę z ust komentatora Eurosportu.

Sytuacja zrobiła się kuriozalna. Zawodnik, uczestnicząc w wielkoszlemowym turnieju w Melbourne, odnosi się do jakichś uwag, których nie mógł przecież słyszeć. Ktoś więc musiał mu przesłać informację telefonicznie lub elektronicznie. Z kolei posądzony o nieżyczliwość komentator tłumaczy się na stronie internetowej Eurosportu, że nic złego o Kubocie nie powiedział i że tak naprawdę bardzo go lubi i ceni.

Reakcje obu stron uważam za dość dziwaczne. Nie mam wątpliwości co do tego, że Kubot w Melbourne powinien się zajmować grą w tenisa, a nie śledzeniem, co o nim piszą i mówią w kraju. Poza tym powinien mieć świadomość, że wszyscy, którzy prowadzą działalność publiczną, wśród nich sportowcy, wystawiają się z własnej woli na krytykę i muszą się liczyć z rozmaitymi opiniami na swój temat. Natomiast wyjaśnienia dziennikarza, nawet jeśli są czynione gwoli prawdy, stwarzają niedobry precedens. Trudno mi sobie wyobrazić sytuację, w której komentatorzy po każdej relacji składają wyjaśnienia.

Łukasza Kubota, a także Agnieszki Radwańskiej, która podobnie jak jej kolega po fachu ma sporo zarzutów do telewizyjnych sprawozdawców, nie rozumiem z innego jeszcze powodu. Oboje zrobili w ostatnich latach coś naprawdę wielkiego, wyciągnęli polski tenis z niebytu. Wiem to doskonale, bo jeździłem na Roland Garros w czasach, gdy Polacy nie mieli wstępu na światowe korty. Był taki rok, że nie mieliśmy swojego reprezentanta nawet w kwalifikacjach juniorów. Czy więc Radwańska i Kubot, mając świadomość swoich niebagatelnych osiągnięć, muszą się aż tak bardzo przejmować kilkoma ostrzejszymi uwagami komentatorów? Czy nie powinni w takim momencie obejrzeć się za siebie, rzucić okiem na listę sław, z którymi udało im się wygrać, a jeśli to nie poprawi im samopoczucia, to jeszcze sprawdzić stan konta bankowego, i potraktować z delikatną wyższością zdarzające się niekiedy niesprawiedliwe oceny sprawozdawców. Wszak dziennikarze też mają prawo do niewymuszonych błędów.

Z reakcji pomeczowych Łukasza Kubota najbardziej podobał mi się kankan wykonany po zwycięstwie nad Querreyem. Może udałoby się pozostać tylko przy tym?

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Mówią pięści

11 sty 2011

Kolejny film fabularny o boksie („Fighter” Davida O. Russella) ma szanse na wielkie laury – w połowie stycznia na Złoty Glob, a potem zapewne na Oscara.

Co takiego jest w pięściarstwie, że scenarzystów i reżyserów ciągnie do tej tematyki od początku istnienia kina? Odpowiedź nie budzi wątpliwości – autentyzm. Przekonałem się o tym po raz kolejny oglądając w Canal Plus dokumentalne dzieło produkcji kanadyjskiej „Na ringu z Alim”. Wystąpiło w nim dziesięciu podstarzałych rywali byłego mistrza świata, który w młodości, gdy jeszcze jako amator walczył ze Zbigniewem Pietrzykowskim, nazywał się Cassius Clay.

Dziesięciu emerytowanych bokserów – jeden lepszy od drugiego. Od Brytyjczyka Henry’ego Coopera poczynając, a na Kanadyjczyku George’u Chuvalo kończąc. Wszyscy barwnie opowiadają o swoich potyczkach z Muhammadem Alim oraz o sobie. Łączy ich to, że pochodzą ze społecznych nizin. – Jak chłopakowi z dobrego domu puszczą krew z nosa, to ma od razu dość boksu. Ja mimo bólu musiałem walczyć – mówi Chuvalo, którego matka zarabiała na darciu pierza, dostając pół centa od ptaka.

Spora część bohaterów kanadyjskiego dokumentu żyła na bakier z prawem. – Przyjechałem do Nowego Jorku, pożyczałem samochody i nie oddawałem. Ale słabo mi to szło, więc zająłem się pięściarstwem – opowiada Ken Norton.

Uratowani przez boks biedacy i przestępcy – czyż to nie wymarzone postacie dla filmowego scenarzysty? Zwłaszcza w Ameryce, gdzie mit pucybuta, który dochodzi do sławy i pieniędzy, wciąż działa na wyobraźnię. Jeszcze ciekawsze są oczywiście warianty bardziej skomplikowane, w których mistrz boksu nie radzi sobie ze sławą, traci rodzinę i przepuszcza miliony. Na koniec zaś podnosi się z upadku, bo jednak w Ameryce happy end należy się kinomanom niemal ustawowo.

Charakterystyczne, że ci, którzy stawali na ringu z Alim, pięknie mówią o swoim największym rywalu. Szanują go, mimo iż on często ich obrażał i traktował z pogardą. Wiedzieli jednak, że w pewnym momencie słowa, gesty i całe to udawanie przestawało mieć znaczenie i że Ali musiał wystawić się na ich ciosy, udowodnić, ile jest naprawdę wart. – Gdy zabrzmiał gong, przemawiały już tylko pięści – mówi Joe Frazier.

Oto istota boksu, który nieustająco fascynuje filmowców i widzów. Nawet tych, którzy tak jak ja nie akceptują przemocy.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Zawracanie kijem Tagu

17 lis 2010

Norweski kolarz Thor Hushovd wyraził kilka dni temu święte oburzenie na wieść o poparciu, jakiego udzielają Hiszpanie oskarżonemu o stosowanie środków dopingujących Alberto Contadorowi.

– W Norwegii taka sytuacja byłaby nie do pomyślenia – rzekł pryncypialnie Hushovd przed kamerami TV 2 Sport.

Czyżby? Jak świat długi i szeroki, wszędzie udziela się wsparcia swoim, którzy znaleźli się w opałach. Dba się nawet o anonimowych przestępców, by dostali na obczyźnie jak najniższy wyrok i by go odsiadywali w jak najlepszych warunkach, a co dopiero o zwycięzców największego kolarskiego wyścigu. Za Contadorem stanęło przede wszystkim murem jego rodzinne miasteczko Pinto. Przyznało mu tytuł honorowego obywatela już po nagłośnieniu afery, kiedy żądania, by nie cackać się ze słynnym kolarzem, stały się coraz intensywniejsze.

– Ta nagroda jest wyrazem sprzeciwu wobec niesprawiedliwości, jaka spotyka naszego rodaka – wyjaśnił burmistrz Pinto Juan Jose Martin. Hiszpanie zatem wiedzą swoje i nie przejmują się zanadto tym, co mówią ci wszyscy, którzy chcą im odebrać bohatera. Strącanie Contadora z piedestału może zresztą trochę potrwać, bo władze kolarskie podchodzą do sprawy z pewną nieśmiałością.

Nic dziwnego: wyrok na hiszpańskiego czempiona byłby dla UCI kolejnym strzałem w stopę. Jednocześnie nie ma 100-procentowej pewności, że Contador wprowadził clenbuterol do organizmu w charakterze środka dopingującego. Jego tłumaczenie, że zjadł mięso zawierające ów specyfik, brzmi śmiesznie (zwłaszcza dla nas, którzy pamiętamy barszcz z pasztecikiem hokeisty Morawieckiego), ale nie jest pozbawione sensu. Potwierdzają to naukowcy i ich opinia na pewno będzie stanowiła ważną linię obrony hiszpańskiego cyklisty.

Wracając do pryncypialnego Hushovda. Jego apel do Hiszpanów, by przestali popierać Contadora, to zawracanie kijem Wisły  czy może w tym przypadku Tagu. Jest mnóstwo przykładów na to, że solidarność ma na świecie znacznie większą moc niż obiektywizm oraz umiłowanie prawdy. Nie sądzę, by Norwegia była wyjątkiem od tej reguły.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Moje rozmowy z „Katem”

28 wrz 2010

Oglądając mecze polskich siatkarzy na mistrzostwach świata, często się zastanawiam, co o ich grze powiedziałby Hubert Wagner. Pewno wytknąłby im to i owo, po czym stwierdził, że prawdziwą wartość tej drużyny poznamy w meczu z Brazylią.

W czasach gdy on prowadził kadrę, Brazylią dla naszych siatkarzy był Związek Radziecki. Przegrywaliśmy z przedstawicielami bratniego ZSRR regularnie, więc Wagner postawił sobie za cel nauczyć swoich zawodników wygrywania z Ruskimi. Były to głównie psychologiczne sztuczki, bo od strony siatkarskiej nasi nie ustępowali rywalom. Mieli więc na przykład twardo patrzyć Sowietom w oczy, gdy mijali się w drodze na trening czy do stołówki. Dla zawodowego psychologa takie rady brzmią może naiwnie, ale w przypadku zespołu Wagnera okazały się skuteczne. Na mistrzostwach świata w 1974 roku i dwa lata później podczas igrzysk olimpijskich nasi pokonali ZSRR, zdobywając w obu tych imprezach złote medale.

Wagnera ktoś nazwał „Katem” (i to się niestety przyjęło), bo rzekomo narzucił siatkarzom jakiś nieludzki reżim. Owszem, treningi były ciężkie, ale jestem przekonany, że podobną pracę wykonywali inni polscy sportowcy walczący w owym czasie o medale. Ten wizerunek Wagnera jako okrutnika znęcającego się nad siatkarzami utrwalił film dokumentalny pokazujący treningi kadry.

Tymczasem wartość Wagnera polegała na czymś zupełnie innym. Miał umysł ścisły (ukończył siedem semestrów na wydziale budownictwa politechniki) i dostrzegał w grze oraz w szkoleniu to, czego inni nie widzieli. Zacytuję, bo warto, jego opinię na temat ambicji w siatkówce: „Pojęcie „ambicji” u siatkarza ma zupełnie inny charakter niż u koszykarza czy piłkarza. W siatkówce, jak gra się głupio, nie pomoże żadna ambicja. Biją wtedy w człowieka jak w worek. U nas nie ma bezpośredniego kontaktu z rywalem, nie można się rzucić przeciwnikowi pod nogi. Ambicja u siatkarza jest częścią myślenia. Chodzi o to, by nie pozwolić się bawić ze sobą jak z dzieckiem”.

Moja pierwsza rozmowa z Wagnerem odbyła się w 1975 roku. Od tamtej pory minęło 35 lat i nic się w zasadniczych kwestiach nie zmieniło. Nadal w siatkówce nie można się rzucić przeciwnikowi pod nogi i znowu, chcąc zdobyć mistrzostwo świata, trzeba wygrać z Ruskimi. Pardon, z Brazylią. Choć nie jest wykluczone, że z Ruskimi również.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Wszystkie nogi na pokład

25 sie 2010

Selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Polski Franciszek Smuda spokorniał po serii niepowodzeń. Mówi teraz (w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”), że weźmie do kadry każdego, kto będzie chciał w niej grać. Chodzi o piłkarzy wychowanych (a czasami i urodzonych) za granicą, mających mniejsze lub większe związki z Polską. Ale to nie wszystko.

Także zawodnikom zagranicznym, którzy dostaną polski paszport (czyli takim jak Roger Guerreiro), Smuda nie mówi już tak kategorycznie „nie”. Hasło brzmi teraz: wszystkie nogi na pokład.

Kiedyś Smuda był bardziej pryncypialny. Obecnie zaś powiada: – Przekonałem się, że świat walczy o jak najlepszych piłkarzy, więc i my nie będziemy rezygnować z tej szansy. Zwłaszcza w czasie posuchy w naszej piłce. Odkryłem, jak jest źle.

To ostatnie zdanie w ustach człowieka pracującego od wielu lat w czołowych polskich klubach brzmi trochę niepokojąco, ale łapanie selekcjonera za słowa zostawiam specjalistom od futbolu. Mnie bardziej interesuje granica w powoływaniu do rozmaitych reprezentacji (nie tylko piłkarskiej) owych Polaków z odzysku.

Jak daleko można się w tego rodzaju działaniach posunąć?

W najnowszej kadrze Smudy jest takich piłkarzy trzech. Za dwa lata podczas Euro 2012 może być ich nawet sześciu. Czy można zatem wykluczyć, że o awans do finałów mistrzostw świata 2014 będzie walczyć 11 Boenischów, Matuszczyków i Obraniaków?

Podejście do narodowości w sporcie uległo w ostatnich dziesięciu latach ogromnym zmianom. Nie tylko w sporcie zresztą. Bułgaria ma ponoć sprzedawać swoje obywatelstwo za 100 tysięcy euro, kusząc chętnych spoza Unii.

Sportowcy dostają paszporty za darmo, a jedną zaletę powoływanie piłkarzy z odzysku na pewno ma. Jeśli w mistrzostwach Europy w 2012 roku nasza reprezentacja złożona w połowie z takich zawodników dostanie baty, zawsze możemy uznać, że to nie my przegraliśmy. Trenera zbesztamy, że zaufał Boenischom i Obraniakom, a ich samych za brak zaangażowania. Czy ból będzie od tego mniejszy, to już inna sprawa.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Równi i bogatsi

17 sie 2010

Pieniądze w sporcie były kiedyś tematem wstydliwym.

Widać tego ślady w dzisiejszych relacjach tenisowych Bohdana Tomaszewskiego, który mimo sędziwego wieku (10 sierpnia skończył 89 lat) wciąż gra na pierwszej rakiecie w telewizji Polsat. – Nie powiem, ile zarobił na grze w tenisa Roger Federer – oświadczył pan Bohdan kilka dni temu, relacjonując finał turnieju w Toronto.

Ta niechęć do mówienia o pieniądzach ma na pewno związek z dyskwalifikacją wielkiego biegacza fińskiego Paavo Nurmiego. Także z karą dla naszego długodystansowca Stanisława Petkiewicza. I z odebraniem medali olimpijskich

Amerykaninowi Jimowi Thorpe’owi. Wszyscy oni dawno temu oskarżeni zostali o przekroczenie przepisów o amatorstwie. Nurmiemu uniemożliwiło to start na igrzyskach w Los Angeles (szczerze powiedziawszy, dzięki temu Janusz Kusociński zdobył złoty medal w biegu na 10 km), Petkiewiczowi złamało karierę i zmusiło do wyjazdu z kraju, a Thorpe’owi jego medale zwrócono dopiero po śmierci. Z dzisiejszego punktu widzenia chodziło o drobiazgi, sumy które wydają się śmieszne, gdy się czyta o horrendalnych zarobkach dzisiejszych sportowców. Media porównują bogactwo Messiego z fortuną Hamiltona, Radwańską z Małyszem. Nikogo już nie krępuje zaglądanie do kieszeni mistrzów. No, może poza panem Bohdanem i jego rówieśnikami pamiętającymi czasy, w których dziennikarze liczyli punkty, metry i sekundy, a nie dolary.

Jako człowiek nieco młodszy uważam, że nie ma w tym nic złego, dopóki wszystkie te jednostki miary występują w sporcie jednocześnie. Źle się dzieje dopiero, gdy pieniądz zaczyna zastępować punkty, metry i sekundy. Przeczytałem niedawno, że nasz najlepszy zespół koszykarski Asseco Prokom będzie grał w międzynarodowej lidze VTB, bo tam można zarobić więcej niż w krajowych rozgrywkach. W porządku, wolna wola. Dlaczego jednak drużyna Asseco Prokom w pewnym momencie będzie mogła włączyć się do rodzimej rywalizacji? Czy dlatego, że ma wpływowych działaczy i zamożnych właścicieli?

Może w przyszłości tego rodzaju praktyki będą na porządku dziennym? Może bogaci będą mogli sobie kupić prawo gry w półfinale czy w finale. Albo od razu nabędą za odpowiednią sumę mistrzowski tytuł. Ja zaś będę to wstydliwie przemilczał w swoich tekstach.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Anglik z Kołomyi

11 sie 2010

W rocznicę powstania warszawskiego zapalam świeczkę na grobie Lecha Cergowskiego, wybitnego dziennikarza, wieloletniego zastępcy redaktora naczelnego „Przeglądu Sportowego”.

Trochę żałuję, że nigdy go nie zapytałem o sens walki w 1944 roku, choć przejechaliśmy razem wiele kolarskich wyścigów. Nasze rozmowy były zazwyczaj podszyte żartem, gdyż Lech był człowiekiem pogodnym i dowcipnym.

Pamiętam, jak przed wieloma laty podczas bankietu po jednym z etapów Tour de Pologne Cergowski wstał i poprosił o głos. Po czym wygłosił kilkuminutowe przemówienie, przeraźliwie sepleniąc. Na zakończenie wyjaśnił słuchaczom, że tak wspaniałą dykcję wyrobił sobie, pracując w telewizji.

Przypominam sobie ten żart Lecha, gdy przelatuję pilotem po licznych dziś kanałach sportowych. Facet relacjonujący siatkówkę mówi na przykład „jom”, „chcom”, „takom”. Gdy zdarza mu się krytykować zawodników, stwierdza kategorycznie, że „z takom grom to oni nie majom czego szukać”. Słyszę go nie pierwszy raz, więc chyba nikomu te jego końcówki wyrazów nie przeszkadzają.

Innego sprawozdawcę, specjalistę od żużla i tenisa, nazywam Anglikiem z Kołomyi. Mówi z tak silnym anglosaskim akcentem, że czasami ciężko go zrozumieć. To może nie jest wielki problem, bo przecież w telewizji liczy się przede wszystkim obraz. Gdyby to jednak ode mnie zależało, to ze względów patriotycznych zatrudniłbym raczej Kaszuba. Efekt byłby taki sam, natomiast przesłanie dużo czytelniejsze.

<t4>Kolejny mój faworyt nie ma problemów z wymową, za to powala niefrasobliwością. Całkiem niedawno wyraził ubolewanie, że nie może poinformować widzów o tegorocznych dokonaniach pokazywanego na ekranie sportowca. – Bardzo państwa przepraszam, ale akurat zawiesił mi się komputer. Jak się odwiesi, to oczywiście wszystko państwu przekażę. Nie wiem, może się czepiam. Zwłaszcza że facet okazał się słowny i po kilku minutach rzeczywiście podał te zaległe informacje.

Tak czy inaczej mam wrażenie, że każdego dnia i o każdej porze żart Lecha Cergowskiego sprzed kilkudziesięciu lat jest wcielany w życie przez kolejne pokolenie  sprawozdawców. Stereo i w kolorze, cyfrowo i analogowo. Krąży po licznych kanałach telewizyjnych w najrozmaitszych wersjach.

Mało śmiesznych, niestety.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Rowerem na szklaną górę

5 sie 2010

Tour de Pologne był kiedyś wyścigiem zgrzebnym, bez blichtru. Jego uczestnicy ścigali się głównie w Polsce powiatowej.

Impreza miała jednak fundamentalne znaczenie dla naszego kolarstwa. Była najważniejszym w roku przeglądem sił, defiladą, do której szykowali się krajowi cykliści. Startowała ich ponad setka, wśród nich zupełnie nieznani, dla których pokazanie się na jednym etapie było marzeniem życia.

Pierwszy obrazek, jaki zapamiętałem z Tour de Pologne, to ucieczka kolarza o nazwisku Trams, który stał się bohaterem dnia. Pisano o nim, mówiono w radiu, mimo iż nie zdołał odnieść zwycięstwa na mecie etapu. Działo się to w 1973 roku, w czasach gdy polskie kolarstwo było potęgą. Dziś tacy młodzi ludzie jak dzielny kolarz Trams nie mają wstępu na salony, które stworzył Czesław Lang. W Tour de Pologne, wyścigu ekskluzywnym, mającym wysoką rangę międzynarodową, uczestniczy w tym roku zaledwie 14 polskich cyklistów. Langowi chwała za to, że zawalający się pałac zamienił na piękny zamek, ale porównanie zysków i strat wcale nie musi wypadać na korzyść nowej budowli.

W polskim kolarstwie powstała potężna wyrwa po tym dawnym, pszenno-buraczanym (określenie nieprzypadkowe: organizatorem było Zjednoczone Stronnictwo Ludowe) Tour de Pologne. Nie sądzę, by dziś wyścig działał na wyobraźnię młodych kolarzy tak mocno jak niegdyś. Jest celem zbyt odległym, niedostępnym. Wspaniały zamek zbudowany przez Langa znajduje się na szczycie szklanej góry. Jeśli miałbym podać trzy przyczyny kryzysu polskiego kolarstwa, to jako jedną z nich wymieniłbym likwidację Tour de Pologne w dawnej postaci.

Nie mam, broń Boże, zamiaru nawoływać do rozbiórki dzieła Langa. Niech sobie istnieje ku chwale budowniczego i polskiego kolarstwa. Namawiałbym raczej do zasypywania wspomnianej wyrwy. Francuzi mają Tour de l’Avenir, a Włosi Giro Baby, które są satelitami Tour de France i Giro d’Italia. Może u nas też należałoby zorganizować Tour de Pologne bis, dając szansę młodym cyklistom, takim właśnie, jakim był dzielny kolarz Trams. Nie wiadomo tylko, czy znajdzie się jeszcze w Polsce 100 szosowców, którzy mogliby stanąć do takiej rywalizacji.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter