Spory kawał świata nie ma pojęcia o tym, że właśnie trwają zimowe igrzyska olimpijskie. Te dwutygodniowe zawody to zabawa głównie dla Europy, Ameryki Północnej i kilku krajów Azji. Amerykanów włączyłem do grona zaangażowanych uczuciowo trochę na wyrost, bo wiadomo przecież, jakimi sportami i rozgrywkami oni tak naprawdę się interesują.
Spory kawał świata (ten sam, który o igrzyskach nic nie wie) nie jest w Vancouver reprezentowany. Niektóre kraje afrykańskie czy azjatyckie mają wprawdzie swoich przedstawicieli, ale są to zazwyczaj zapaleńcy studiujący w Europie lub w USA i uprawiający sport wyłącznie dla przyjemności. Stąd obecność ludzi z Ghany, Senegalu i Maroka na liście startowej w konkurencjach alpejskich, a narciarzy z Kenii i Algierii wśród uczestników rywalizacji w biegach.
Spośród outsiderów moją uwagę zwróciła dziewczyna z Iranu Marjan Kalhor, która z dostojeństwem pokonała trasę slalomu giganta. Sam fakt, że ortodoksyjny kraj muzułmański wysłał na igrzyska kobietę, graniczy z cudem. Marjan, by nie drażnić strażników zasad religijnych, założyła na obcisły kostium narciarski czarną spódnicę. Jeden z irańskich mułłów orzekł bowiem, że drgania ud i kolan podczas jazdy na nartach budzą skojarzenia z nieprzyzwoitym tańcem.
Po pierwszym przejeździe slalomu giganta Marjan była ostatnia, mając do liderki stratę 21,75 sekundy. Kilkanaście minut wcześniej Polka Agnieszka Daniel-Gąsienica wypadła z trasy. Przegraliśmy więc z Iranem w Vancouver, choć u nas są kluby, trenerzy, tradycje i państwowe dotacje. No i narciarki nie muszą ukrywać pod spódnicami nieprzyzwoitego drgania ud.









„Przegraliśmy więc z Iranem w Vancouver, choć u nas są kluby, trenerzy, tradycje i państwowe dotacje.” – a moze przegralismy, PONIEWAZ sa panstwowe dotacje?
To po pierwsze.
Po drugie: mam w glebokim powazaniu fakt, ze sa kraje nie reprezentowane na Igrzyskach. To tradycja europejska, i tylko europejska. Europa probowala juz kiedys narzucac wlasne widzi-mi-sie innym (np. kolonie), Ameryka tez („demokracje” u Arabow) i – chcieli dobrze, a wyszlo jak zwykle.
Zostawmy ludzi w spokoju, i nie zbawiajmy swiata wbrew jego woli. Czerwonych, ktorzy to robia „ogniem i mieczem” jest JUZ o wielu za duzo.
Panie Fąfara, kilka lat temu Pana felietony czytało się, jeżeli nie z zapartym tchem to przynajmniej z przyjemnością. Odejście z Rzeczpospolitej, nie wiem z jakiego powodu, Panu zaszkodziło, i teraz po powrocie to lepiej żeby Pan nie pisał tak często.
Chciałbym ten wpis bardziej skierować do Pana Wilkowicza, nie wiem jak do końca jest z tymi lekami na astmę, ale trochę Pan przesadza z tymi atakami na Justynę Kowalczyk – „Kali brać lekarstwa” i „Kiedy brakuje łez”. Czyżby Justyna Kowalczyk naruszyła kogoś dobre imię w kraju?. O ile o chorobie Michała Jelińskiego mówiono zawsze o tyle o astmie Pawła Korzeniowskiego czy Otylii Jędrzejczak napisał Pan dopiero teraz.
Dziwie się, że dziennikarz którego zawsze lubiłem za rozwagę tutaj zajmóje tak pryncypialne stanowisko? Jeszcze raz zapytam – czy Justyna poruszyła jakiś temat tabu?
A co do Roberta Korzeniowskiego, to na pewno zna się na chodzie ale nie na biegach w szczególności narciarskich, przypomnę, że cztery lata temu jako szef działu sportowego TVP próbował doprowadzić do wycofania Justyny Kowalczyk ze startu na 30 km, bo uważał że po zasłabnięciu na 10 km Justyna Kowalczyk jest za słaba. Gdyby nie zdecydowana postawa dr Śmigielskiego pewnie Justyna Kowalczyk nie zdobyłaby brązowego medalu.