Góralko, czy ci nie żal?

17 marca 2010 autor rp

Biegaczka narciarska Kornelia Marek, której udowodniono stosowanie erytropoetyny, jest w znacznie trudniejszej sytuacji niż cała rzesza sportowców zdyskwalifikowanych wcześniej za doping. Hokeista Jarosław Morawiecki mógł się na przykład tłumaczyć, że zakazany specyfik spożył w paszteciku, którym został poczęstowany w Calgary. A francuski tenisista Richard Gasquet, że kokaina dostała się do jego organizmu w wyniku namiętnego pocałunku wymienionego z pewną niegrzeczną dziewczynką. Takich bajeczek powstało ostatnimi czasy mnóstwo.
W wyjaśnienia Morawieckiego nikt rzecz jasna nie wierzył, ale nie dało się ich całkowicie wykluczyć. Kornelia Marek natomiast nie może powiedzieć, że się zamyśliła i nie zauważyła, kiedy w tym czasie jakiś zły człowiek zrobił jej zastrzyk. Albo że ktoś jej podał EPO we śnie. Specjaliści od walki z dopingiem twierdzą stanowczo, że nie ma takiej możliwości, by sportowiec nieświadomie przyjął erytropoetynę.

Kornelia Marek musiała więc to wiedzieć, ale ona oczywiście idzie w zaparte i powiada, że nie miała o niczym pojęcia. Ciekawi człowieka w tej sytuacji, jak to się naprawdę odbyło i kto przyłożył rękę do wpadki narciarki. Prawdziwe historie Jarosława Morawieckiego, pływaczki Alicji Pęczak, Antoniego Niemczaka, Kornelii Marek i wielu innych, zebrane w książce, stałyby się na pewno bestsellerem. Wątpię jednak, by się takowy kiedykolwiek ukazał.

Same okoliczności zastosowania dopingu przez Kornelię Marek, choć intrygujące, nie są tu jednak najważniejsze. Bardziej istotne jest w tym wszystkim przesłanie, że sportowcy, mimo zaostrzonych kontroli, mimo ogromnych pieniędzy przeznaczanych na walkę z dopingiem, wciąż próbują pójść drogą na skróty. Nie chce mi się wierzyć, że Kornelia Marek jest jedyną uczestniczką igrzysk w Vancouver, która stosowała doping. Ona zrobiła to nieudolnie, inni – podejrzewam – bardziej fachowo. W twierdzeniu, że EPO to loteria, zawarta jest przecież informacja, że obok tych, którzy wpadają podczas kontroli, są też tacy, którym udaje się uniknąć kary. Zabawa w policjantów i złodziei wciąż trwa.

Pokusa musi być ogromna, skoro sportowcy i ich opiekunowie mimo wszystko ryzykują. Kornelia Marek położyła na szali stypendium, reputację i kilka lat dobrze się zapowiadającej kariery. Góralko, czy ci nie żal?

Krewni Nieminena

9 marca 2010 autor rp

W naszym sporcie kolejna kuriozalna sytuacja – zbiorowe pretensje do sędziów o przegrany mecz tenisowy z Finlandią.

Chór złożony z zawodników, działaczy z prezesem PZT na czele, trenerów, dziennikarzy oraz samego Wojciecha Fibaka biadoli, że polscy arbitrzy na polskiej ziemi pogrążyli Polaków. “Gazeta Wyborcza” zamieściła na ten temat tekst pod znamiennym tytułem “Polak Polaka na korcie oszukał?”. Znak zapytania nie ma tu żadnego sensu, bo z publikacji jednoznacznie wynika, że w Sopocie doszło do jednego z większych przekrętów w historii naszego sportu.

Brak obiektywizmu autorów tekstu w “Wyborczej” jest porównywalny z domniemaną przez nich stronniczością tenisowych sędziów. Nie byłem na meczu, więc chciałbym wiedzieć, jaki interes mieli arbitrzy w tym, by krzywdzić swoich. Zostali przekupieni, nie lubią prezesa Jacka Ksenia, zazdroszczą sukcesów Łukaszowi Kubotowi czy też są spokrewnieni z Jarkko Nieminenem? W artykule nie ma wypowiedzi żadnego z sędziów, dziennikarze nie wpadli też na pomysł, by zadać pytanie delegatowi Międzynarodowej Federacji Tenisowej albo chociażby któremuś z Finów. Od początku do końca jest jeden wielki lament nad krzywdą naszych biednych tenisistów.

Za bardzo mnie ten płacz nie dziwi, bo znam standardy obowiązujące w polskim tenisie w kwestii sędziowania. Na dowód historyjka, której byłem naocznym świadkiem. Miejsce akcji: korty Mery w Warszawie. Czas akcji: lata 90. Oglądam międzynarodowy turniej juniorów, w półfinale grają Polak z Czechem. Siedzę metr od kortu ze znanym trenerem, pełniącym obowiązki dyrektora turnieju. Po uderzeniu Czecha piłka trafia w linię tuż przed naszymi nosami. Sędzia krzyczy: aut. Czech protestuje, ale arbiter jest uparty. Wołają mojego sąsiada, by rozstrzygnął spór. Znany trener wstaje, długo ogląda ślad, po czym mówi: aut.

Pytam go, dlaczego to zrobił, przecież piłka była dobra, a Czech miał ewidentnie rację. – Niech wie, że gra w Polsce – słyszę w odpowiedzi. To jedno zdanie jest kwintesencją sytuacji, do której doszło w Sopocie. Wyjaśnia poczucie krzywdy, jakie mają ci wszyscy, którzy biadolą na łamach “Wyborczej”. Polscy sędziowie powinni być za Polakami i koniec dyskusji. Jak to powiedziała stara Pawlakowa w “Samych swoich”? Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie.

Poskakać przy Justynie

3 marca 2010 autor rp

To, co będzie się działo w naszych sportach zimowych, nietrudno przewidzieć. Justyna Kowalczyk wystąpi w charakterze pieca hutniczego, przy którym przez najbliższe kilka lat będzie się grzało pół Polski: politycy, działacze, media i kibice.

Do czasu kolejnych zimowych igrzysk Kowalczyk dostanie wszystko, o czym zamarzy. Samochody z klimatyzacją, bataliony serwismenów, cieplutkie kurtki. W Soczi zaś, gdzie trasy mają być ponoć trudniejsze, zdobędzie tyle złotych medali, ile Marit Bjoergen w Vancouver. Nie zażywając jednak, w przeciwieństwie do Norweżki, leków na astmę.

A co potem? Tu odpowiedź też jest prosta: kilkadziesiąt lat oczekiwania na następne złoto olimpijskie w sportach zimowych.

Czas oczekiwania byłby oczywiście krótszy, gdyby w Polsce nastąpił przełom w podejściu do sportu wyczynowego. Jedno jest pewne: nie będzie lepszej okazji do zbudowania czegoś nowego niż euforia po igrzyskach w Vancouver. Założę się jednak o każde pieniądze, że nikt nie kiwnie palcem, by ten sprzyjający moment wykorzystać. Skutki dzisiejszego pomysłu dałoby się bowiem odczuć nie w Soczi za 4 lata, ale w dalszej przyszłości. I tu jest właśnie problem. Który z polityków czy działaczy zechce ruszyć głową i popracować na rzecz swoich następców? Łatwiej jest poskakać przy Justynie.

Pomysł na narciarstwo biegowe wcale nie musi być skomplikowany. Trzeba dać wreszcie szansę młodym ludziom z Suwalszczyzny, regionu, w którym śnieg leży w Polsce najdłużej. Nie wierzę, że talent do biegania na nartach mają tylko mieszkańcy terenów górskich. Wymagałoby to stworzenia ośrodka szkoleniowego z prawdziwego zdarzenia, dobrze wyposażonego, zatrudniającego odpowiednio wynagradzanych trenerów. Koszt takiej inwestycji byłby duży, ale jestem przekonany, że byłyby to pieniądze wydane z sensem.

Alternatywą jest czekanie na mannę z nieba. Dopóki Justyna Kowalczyk biega i Adam Małysz skacze, wypatrywanie cudu może być całkiem przyjemne. Później będzie gorzej.

Panna z gorącą głową

28 lutego 2010 autor rp

- Justyna, jesteś silniejsza, potrafisz to zrobić – krzyczał sprawozdawca TVP Marek Jóźwik podczas końcówki biegu na 30 km, gdy Kowalczyk i Bjoergen walczyły bark w bark.

Justyna rzeczywiście potrafiła to zrobić, ale wcale nie dlatego, że była silniejsza. Miała większą motywację niż Norweżka. Siedziała jej w głowie ta Bjoergen bardzo głęboko, co dało się wyczuć w rozmowie z reporterem TVP. – O czym pomyślałaś po przebiegnięciu mety? – O tym, że fajnie było wygrać z Marit.

Intuicja psychologa-chałupnika podpowiada mi, że ten złoty medal to w sporej części efekt emocji wywołanych wypowiedziami polskiej narciarki na temat choroby Bjoergen i przyjmowanych przez rywalkę leków, rzekomo poprawiających wydolność. Kowalczyk zdawała sobie sprawę, że zraziła do siebie nie tylko Norwegów, ale i sporą część kibiców w Polsce. Ta atmosfera konfliktu była dla niej potężnym środkiem dopingującym. Nie pierwszy zresztą raz. Wszak scysje z trenerem Aleksandrem Wierietielnym nigdy nie okazały się szkodliwe, a wręcz przeciwnie – prowadziły do coraz większych sukcesów.

Był taki sportowiec, który spisywał się najlepiej, gdy miał przeciwko sobie rywali, sędziów i publiczność. Nazywał się John McEnroe i był genialnym tenisistą. Coś mi się wydaje, że nasza mistrzyni olimpijska z Kasiny Wielkiej też lubi grać przeciwko wszystkim.

Gorąca głowa Justyny Kowalczyk może sprawić, że nasza miłość do niej nie zawsze będzie usłana różami. Ale bez wątpienia będzie usłana medalami. Tego – po niepowtarzalnym finiszu w Vancouver – jestem pewien.

Czapki hańby

27 lutego 2010 autor rp

Wydawało mi się przez chwilę, że medale wywalczone w Vancouver przez Justynę Kowalczyk i Adama Małysza zapobiegną ustawianiu szubienic dla tych, którym się na igrzyskach noga powinęła. Byłem w błędzie. Najpoczytniejsza gazeta w Polsce – „Fakt” – już przydzieliła czapki hańby, publikując listę 13 sportowców pod nagłówkiem: „Oni przynieśli nam wstyd”. Dziennik ustalił też, ile kosztował podatników olimpijski start wymienionych z imienia i nazwiska nieudaczników. Kwoty idą w miliony złotych, i to zapewne zrobi wrażenie na prostym czytelniku.

Zabieg „Faktu” specjalnie mnie nie dziwi, bo jednym z podstawowych zadań tabloidów jest wykazywanie, że rządzący i urzędnicy to dranie, którzy zajmują się marnowaniem naszych wspólnych pieniędzy. Zaskakuje natomiast krytyka pod adresem słabeuszy ze strony szefa PKOl Piotra Nurowskiego. Z doniesień napływających z Vancouver wynika, że prezes na kilku konferencjach prasowych zdążył obsobaczyć wszystkich przegranych.

Robi to na mnie złe wrażenie z kilku powodów. Prezes PKOl powinien być ze sportowcami na dobre i na złe. Nie może być tak, że jak są medale, to wygrywamy my, a jak są dalekie miejsca, to przegrywają oni. Poza tym ktoś tych słabeuszy do Vancouver wysłał, choć przecież nic nie wskazywało na to, że zawojują świat.

Wina snowboardzistów, łyżwiarzy figurowych i panczenistów polega na tym, że mają mniej talentu niż Małysz i Kowalczyk. To nie może być powód do mieszania z błotem. Jeśli już trzeba by kogokolwiek potępić, to raczej tych, którzy od lat nie potrafią stworzyć odpowiedniego systemu sportu wyczynowego w Polsce. Im bardziej należy się czapka hańby niż tym 13 sportowcom wymienionym przez „Fakt”.

Nieprzyzwoite drgania ud

26 lutego 2010 autor rp

Spory kawał świata nie ma pojęcia o tym, że właśnie trwają zimowe igrzyska olimpijskie. Te dwutygodniowe zawody to zabawa głównie dla Europy, Ameryki Północnej i kilku krajów Azji. Amerykanów włączyłem do grona zaangażowanych uczuciowo trochę na wyrost, bo wiadomo przecież, jakimi sportami i rozgrywkami oni tak naprawdę się interesują.

Spory kawał świata (ten sam, który o igrzyskach nic nie wie) nie jest w Vancouver reprezentowany. Niektóre kraje afrykańskie czy azjatyckie mają wprawdzie swoich przedstawicieli, ale są to zazwyczaj zapaleńcy studiujący w Europie lub w USA i uprawiający sport wyłącznie dla przyjemności. Stąd obecność ludzi z Ghany, Senegalu i Maroka na liście startowej w konkurencjach alpejskich, a narciarzy z Kenii i Algierii wśród uczestników rywalizacji w biegach.

Spośród outsiderów moją uwagę zwróciła dziewczyna z Iranu Marjan Kalhor, która z dostojeństwem pokonała trasę slalomu giganta. Sam fakt, że ortodoksyjny kraj muzułmański wysłał na igrzyska kobietę, graniczy z cudem. Marjan, by nie drażnić strażników zasad religijnych, założyła na obcisły kostium narciarski czarną spódnicę. Jeden z irańskich mułłów orzekł bowiem, że drgania ud i kolan podczas jazdy na nartach budzą skojarzenia z nieprzyzwoitym tańcem.

Po pierwszym przejeździe slalomu giganta Marjan była ostatnia, mając do liderki stratę 21,75 sekundy. Kilkanaście minut wcześniej Polka Agnieszka Daniel-Gąsienica wypadła z trasy. Przegraliśmy więc z Iranem w Vancouver, choć u nas są kluby, trenerzy, tradycje i państwowe dotacje. No i narciarki nie muszą ukrywać pod spódnicami nieprzyzwoitego drgania ud.

Krzywda na sprzedaż

24 lutego 2010 autor rp

Z lekkim zażenowaniem czytam płynące z Vancouver kolejne wyznania pokonanych, którzy przyczyn porażek upatrują w sędziach, słońcu, mgle, wietrze, konsystencji śniegu, przekrzywionym bolcu i innych niewątpliwie ważnych okolicznościach.

Mało kto mówi szczerze: przegrałem, bo byłem słabszy, a rywale mocniejsi. Takie wypowiedzi źle się jednak w mediach sprzedają. Nie ma w tym żadnego konfliktu, żadnej krzywdy, która na czytelnikach zawsze robi wrażenie.

Łyżwiarz figurowy Jewgienij Pluszczenko miał wedle większości rosyjskiej prasy przegrać z reprezentantem USA Evanem Lysackiem dlatego, że sponsorzy w Ameryce potrzebowali nowej gwiazdy. Arbitrzy ponoć wyszli naprzeciw tym oczekiwaniom. Jakże wspaniale brzmi na tym tle komentarz w “Sowietskim Sporcie”, gdzie napisano wprost, iż Żenia nie wykonał kombinacji skoków, która pozwoliłaby mu wyprzedzić Amerykanina. Pluszczenko sam więc jest sobie winien, co gazeta wykazała czarno na białym. By jednak taką opinię zamieścić, trzeba się – po pierwsze – dobrze znać na łyżwiarstwie, a po drugie – mieć odwagę, by pójść pod prąd.

 Fachowość, jeśli już o tym mowa, też się w prasie źle sprzedaje. Łatwiej zapowiedzieć, że biatlonistki będą walczyć o medal, niż dokonać profesjonalnej analizy szans, która może czytelników znudzić. Wiele polskich gazet ni z gruszki, ni z pietruszki obsadziło nasze dziewczyny z karabinami w roli faworytek.

 Nie zgadzam się jednak z moim ulubionym sprawozdawcą telewizyjnym Krzysztofem Wyrzykowskim, który stwierdził przedwczoraj w Eurosporcie, że do marnego wyniku naszej sztafety przyczyniła się medialna presja. Jeśli zawodnik tylko z  tego powodu ponosi porażkę, to powinien sobie znaleźć inne zajęcie.

Lataj Adam, ile chcesz

23 lutego 2010 autor rp

Adam Małysz, zdobywając dwa srebrne medale olimpijskie, wrócił do dawnej roli człowieka na specjalnych prawach.

Przepraszam wszystkich wielbicieli mistrza z Wisły, ale jest on jak literat radziecki Surkow, który podczas wizyty w Warszawie spytał Antoniego Słonimskiego, gdzie mógłby się wysikać. – Pan? Wszędzie – odparł Słonimski.

 Cokolwiek więc teraz Małysz zrobi, naród będzie zachwycony. U mnie pan Adam nie może liczyć na tak ogromny kredyt, ale jedno wywalczył sobie bezsprzecznie. Może skakać, jak długo chce, a ja nie pisnę złego słowa, nawet jeśli zacząłby rozmieniać swoją wielką sławę na drobne.

 Rok temu, gdy Małysz zbierał cięgi, zachęcałem go, by rozważył zakończenie kariery („Nie leć, Adam, nie leć”). On odpowiedział wszystkim ludziom małej wiary w sposób godny wielkiego mistrza. Pozbierał się, odważył się odejść z kadry, nawiązał współpracę z trenerem, do którego miał zaufanie, i znów dotarł na szczyt. Ten ostatni rok w życiu Małysza budzi mój najwyższy szacunek. Znacznie większy niż lata, w których wygrywał konkurs za konkursem. Lataj więc Adam, ile chcesz. Igrzyska olimpijskie w Soczi w 2014 roku? Dlaczego nie. Mistrzostwa świata w Zakopanem w następnym sezonie? Proszę bardzo. Możliwości, jakie miał w Polsce radziecki literat Surkow ponad pół wieku temu, wydają się skromne w porównaniu z dzisiejszymi plenipotencjami Małysza.

Apolo z Seattle

23 lutego 2010 autor rp

Tenisista Roger Federer jest jak wzorzec metra z Sevres pod Paryżem. Stąd pytanie do Simona Ammanna, czy uważa się za Federera skoków. Szwajcar odparł skromnie, że nie. Federerami są, jego zdaniem, Adam Małysz i Janne Ahonen. Niech mi czterokrotny mistrz olimpijski wybaczy, ale odpowiedź jest pozbawiona sensu. Federer może być tylko jeden i na tym polega jego wielkość.

W przypadku wyścigów łyżwiarskich na krótkim torze ustalenie Federera nie nastręcza żadnych trudności. Jest nim 27-letni reprezentant USA Apolo Anton Ohno, syn Japończyka i Amerykanki. Po rozwodzie rodziców Apolo zamieszkał z ojcem. Yuki Ohno nie miał dla syna czasu, więc zorganizował mu życie wypełnione sportem. Skoro świt młody człowiek trenował pływanie, potem szedł do szkoły, a popołudniami jeździł na skateboardzie. Gdy jednak zobaczył w telewizji łyżwiarzy szybkich na krótkim torze podczas igrzysk w Lillehammer, zrozumiał, że to jest jego przeznaczenie.

Apolo Anton zdobył mnóstwo medali, ale to w USA nie zapewnia jeszcze sławy. Tę łyżwiarz zyskał dopiero, gdy w 2007 roku wygrał „Taniec z gwiazdami“. Ohno jest oczywiście zawodowcem, jego roczne dochody przekraczają milion dolarów, ale w Stanach wszystko, co nie jest koszykówką, futbolem amerykańskim, bejsbolem, hokejem, tenisem i golfem, to czyste amatorstwo.

Apolo z Seattle jest jednym z najwybitniejszych sportowców naszych czasów. Raz na cztery lata, podczas igrzysk olimpijskich, otwiera się dla niego małe okienko na świat.

Uśmiech w locie

22 lutego 2010 autor rp

Wieloletnie cierpienia, jakie Polacy przeżywali podczas startów swoich reprezentantów w igrzyskach zimowych, złożyły się na dzisiejsze szczęście.

Jesteśmy zadowoleni z tych kilku medali i nie przejmujemy się zanadto brakiem złotego.

Zaskakujące, że nasi politycy nie zawłaszczyli na razie rywalizacji w Vancouver do swoich celów. Może dlatego, że nie ma klęski, a sukcesy są umiarkowane. Gdyby medali nie było wcale, albo gdyby było ich mnóstwo, to znaleźliby się chętni, by taką sytuację zagospodarować. Okazałoby się, że krok, którym biega Justyna Kowalczyk, jest albo pisowski, albo platformerski z dodatkiem elementów ludowych.

Co innego w Moskwie. Tam już po kilku dniach igrzysk sport stał się sprawą polityczną. Reprezentanci Rosji nie zdobyli na razie tylu medali, ilu się po nich spodziewano, i przewodniczący Dumy Państwowej Borys Gryzłow stwierdził, że lokatę poza czołową czwórką trzeba będzie uznać za klęskę kierownictwa rosyjskiego sportu. Te słowa niczego dobrego nie wróżą ani ministrowi sportu, ani szefowi komitetu olimpijskiego. Polecą głowy, to pewne jak amen w pacierzu.

U nas sportowi przywódcy mogą spać spokojnie. Są nie do ruszenia dzięki Justynie Kowalczyk i Adamowi Małyszowi. Po sobotnim konkursie małyszomania znów przekroczyła stan alarmowy. W telewizji powiedzieli, że król Adam podczas lotu ma wzrok pogodny i uśmiecha się do kibiców na dole. My też się uśmiechamy do króla Adama i kolegów z telewizji.