Kumulacja szczęścia

09 lut 2011

Jutro minie rocznica jednej z największych sensacji w historii polskiego sportu. Nie ma przesady w stwierdzeniu, że skok Wojciecha Fortuny w Sapporo wstrząsnął krajem, bo wszystkiego można się było w 1972 roku po naszych sportowcach spodziewać, ale nie złotego medalu na zimowych igrzyskach.

Fortuna był niezłym skoczkiem, ale tamtej zimy miał też fart nieprawdopodobny. Dostał się do reprezentacji w ostatnim momencie, zastępując kontuzjowanego Józefa Przybyłę. Działacze nie chcieli go wziąć, niemal do samego wyjazdu trwały dyskusje na ten temat. W Japonii wiatr poniósł go tak daleko w pierwszym skoku, że sędziowie rozważali, czy nie przerwać konkursu i nie zacząć rywalizacji od nowa. Sprawa stanęła na ostrzu noża. W drugiej zaś próbie ledwo, ledwo obronił prowadzenie – Szwajcara Waltera Steinera wyprzedził o jedną dziesiątą punktu. Kumulacja szczęścia doprawdy godna nazwiska i zawodu. Fortuna był bowiem elektrykiem samochodowym i to on tak naprawdę, osiem lat przed Lechem Wałęsą, wykonał pierwszy ważny skok w historii Polski.

Żeby była jasność: nikt mu tego złotego medalu nie dał za darmo. Owe szczęśliwe zrządzenia losu to dziś kwestie drugorzędne. Fortuna po wsze czasy pozostanie bohaterem polskiego sportu, tak jak Stanisław Petkiewicz, który przed wojną pokonał genialnego Paavo Nurmiego, czy nasi piłkarze, którzy w 1974 roku zajęli trzecie miejsce w mistrzostwach świata.

Wspominam wielki wyczyn Fortuny bardziej z powodów porównawczych niż rocznicowych. Kiedyś zimy były dla polskich kibiców bezkresnym obszarem posuchy. Nic ważnego się w tym czasie w naszym sporcie nie działo. To dlatego między innymi skok Fortuny był jak lądowanie na Księżycu. Dziś odnoszę wrażenie, że sukcesy narciarskie trochę nam się przejadły. Na pewno dotyczy to Justyny Kowalczyk, która musi się pokłócić z Marit Bjoergen, by zasłużyć sobie na poczesne miejsce w mediach. Trochę się niedawno musiałem natrudzić, chcąc na popularnym portalu internetowym znaleźć informację o ostatnim zwycięstwie naszej biegaczki. W jej sukcesach nie ma nawet setnej części fartu, jaki przytrafił się przed laty w Japonii Wojciechowi Fortunie. Jest ciężka praca i profesjonalizm. Jednym słowem, nudziarstwo.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

O jeden wpis za daleko

26 sty 2011

Robertowi Radwańskiemu, ojcu dwóch wielce utalentowanych tenisistek Agnieszki i Urszuli, muszę niestety w swojej prywatnej klasyfikacji odjąć sporo punktów. Radwański, dla którego zawsze miałem mnóstwo sympatii – nie tylko za to, co zrobił dla polskiego tenisa, ale także za jego niewyparzony język i bezpretensjonalność – poszybował w minionym tygodniu za daleko, ujawniając swoje sympatie polityczne na stronie internetowej córek.

Mam mu oczywiście za złe nie owe sympatie, ale to, że postawił dziewczyny w głupiej sytuacji. Agnieszka, uczestnicząca akurat w wielkim turnieju w Melbourne, już się musiała tłumaczyć i dystansować od poglądów taty, który na wspomnianej stronie potępia między innymi raport MAK w sprawie katastrofy smoleńskiej i zachęca do oglądania filmu „Mgła”.

– Staram się nie mieszać sportu z polityką. Nigdy nie trzymam żadnej strony w sporach politycznych – powiedziała tenisistka w rozmowie opublikowanej wczoraj w „Rz”. W przypadku słynnych sportowców czy artystów jest to chyba najrozsądniejsze podejście. Po diabła ludzie podczas koncertu z udziałem zaangażowanego politycznie wokalisty mają się zastanawiać, czy ta ładnie brzmiąca ballada to utwór dla wszystkich czy tylko dla ściśle określonej grupy słuchaczy.

Przykładów słynnych postaci, które ujawniły swoje polityczne inklinacje, można by podać sporo. Jedni zrobili to z własnej i nieprzymuszonej woli, drudzy za namową znajomych. Agnieszki Radwańskiej, jak widać, nie zdołał przekonać nawet rodzony ojciec. Rozdźwięk ujawniony przy okazji w najsłynniejszej polskiej

rodzinie tenisowej budzi pytanie natury sportowej. Czy pan Robert, którego uwagi umknęło, że córki są pełnoletnie i mogą mieć inne podejście do polityki niż on, nie stosuje podobnych praktyk w kwestiach dotyczących tenisa?

Można się domyślać, iż stosuje, tylko że akurat tam nadmiar demokracji w relacjach trener – zawodnik nie jest wskazany i wcale nie musi budzić negatywnych odczuć. Zwłaszcza gdy z tych relacji wynikają sukcesy, które Radwańscy wciąż odnoszą.

Coś jednak czuję, że prędzej czy później przyjdzie moment, w którym Agnieszka zażąda demokracji również w tenisie.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Więcej kankana!

21 sty 2011

Nasi tenisiści stali się piekielnie wrażliwi na swoim punkcie, czego dowodem jest niedawna reakcja Łukasza Kubota na rzekomą krytykę z ust komentatora Eurosportu.

Sytuacja zrobiła się kuriozalna. Zawodnik, uczestnicząc w wielkoszlemowym turnieju w Melbourne, odnosi się do jakichś uwag, których nie mógł przecież słyszeć. Ktoś więc musiał mu przesłać informację telefonicznie lub elektronicznie. Z kolei posądzony o nieżyczliwość komentator tłumaczy się na stronie internetowej Eurosportu, że nic złego o Kubocie nie powiedział i że tak naprawdę bardzo go lubi i ceni.

Reakcje obu stron uważam za dość dziwaczne. Nie mam wątpliwości co do tego, że Kubot w Melbourne powinien się zajmować grą w tenisa, a nie śledzeniem, co o nim piszą i mówią w kraju. Poza tym powinien mieć świadomość, że wszyscy, którzy prowadzą działalność publiczną, wśród nich sportowcy, wystawiają się z własnej woli na krytykę i muszą się liczyć z rozmaitymi opiniami na swój temat. Natomiast wyjaśnienia dziennikarza, nawet jeśli są czynione gwoli prawdy, stwarzają niedobry precedens. Trudno mi sobie wyobrazić sytuację, w której komentatorzy po każdej relacji składają wyjaśnienia.

Łukasza Kubota, a także Agnieszki Radwańskiej, która podobnie jak jej kolega po fachu ma sporo zarzutów do telewizyjnych sprawozdawców, nie rozumiem z innego jeszcze powodu. Oboje zrobili w ostatnich latach coś naprawdę wielkiego, wyciągnęli polski tenis z niebytu. Wiem to doskonale, bo jeździłem na Roland Garros w czasach, gdy Polacy nie mieli wstępu na światowe korty. Był taki rok, że nie mieliśmy swojego reprezentanta nawet w kwalifikacjach juniorów. Czy więc Radwańska i Kubot, mając świadomość swoich niebagatelnych osiągnięć, muszą się aż tak bardzo przejmować kilkoma ostrzejszymi uwagami komentatorów? Czy nie powinni w takim momencie obejrzeć się za siebie, rzucić okiem na listę sław, z którymi udało im się wygrać, a jeśli to nie poprawi im samopoczucia, to jeszcze sprawdzić stan konta bankowego, i potraktować z delikatną wyższością zdarzające się niekiedy niesprawiedliwe oceny sprawozdawców. Wszak dziennikarze też mają prawo do niewymuszonych błędów.

Z reakcji pomeczowych Łukasza Kubota najbardziej podobał mi się kankan wykonany po zwycięstwie nad Querreyem. Może udałoby się pozostać tylko przy tym?

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Mówią pięści

11 sty 2011

Kolejny film fabularny o boksie („Fighter” Davida O. Russella) ma szanse na wielkie laury – w połowie stycznia na Złoty Glob, a potem zapewne na Oscara.

Co takiego jest w pięściarstwie, że scenarzystów i reżyserów ciągnie do tej tematyki od początku istnienia kina? Odpowiedź nie budzi wątpliwości – autentyzm. Przekonałem się o tym po raz kolejny oglądając w Canal Plus dokumentalne dzieło produkcji kanadyjskiej „Na ringu z Alim”. Wystąpiło w nim dziesięciu podstarzałych rywali byłego mistrza świata, który w młodości, gdy jeszcze jako amator walczył ze Zbigniewem Pietrzykowskim, nazywał się Cassius Clay.

Dziesięciu emerytowanych bokserów – jeden lepszy od drugiego. Od Brytyjczyka Henry’ego Coopera poczynając, a na Kanadyjczyku George’u Chuvalo kończąc. Wszyscy barwnie opowiadają o swoich potyczkach z Muhammadem Alim oraz o sobie. Łączy ich to, że pochodzą ze społecznych nizin. – Jak chłopakowi z dobrego domu puszczą krew z nosa, to ma od razu dość boksu. Ja mimo bólu musiałem walczyć – mówi Chuvalo, którego matka zarabiała na darciu pierza, dostając pół centa od ptaka.

Spora część bohaterów kanadyjskiego dokumentu żyła na bakier z prawem. – Przyjechałem do Nowego Jorku, pożyczałem samochody i nie oddawałem. Ale słabo mi to szło, więc zająłem się pięściarstwem – opowiada Ken Norton.

Uratowani przez boks biedacy i przestępcy – czyż to nie wymarzone postacie dla filmowego scenarzysty? Zwłaszcza w Ameryce, gdzie mit pucybuta, który dochodzi do sławy i pieniędzy, wciąż działa na wyobraźnię. Jeszcze ciekawsze są oczywiście warianty bardziej skomplikowane, w których mistrz boksu nie radzi sobie ze sławą, traci rodzinę i przepuszcza miliony. Na koniec zaś podnosi się z upadku, bo jednak w Ameryce happy end należy się kinomanom niemal ustawowo.

Charakterystyczne, że ci, którzy stawali na ringu z Alim, pięknie mówią o swoim największym rywalu. Szanują go, mimo iż on często ich obrażał i traktował z pogardą. Wiedzieli jednak, że w pewnym momencie słowa, gesty i całe to udawanie przestawało mieć znaczenie i że Ali musiał wystawić się na ich ciosy, udowodnić, ile jest naprawdę wart. – Gdy zabrzmiał gong, przemawiały już tylko pięści – mówi Joe Frazier.

Oto istota boksu, który nieustająco fascynuje filmowców i widzów. Nawet tych, którzy tak jak ja nie akceptują przemocy.

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Justysia lubi pod górkę

22 gru 2010

Aleksander Wierietielny, trener naszej królowej nart Justyny Kowalczyk, poszerzył ostatnio stworzoną przez siebie teorię spiskową.

Powodem rozbudowania konstrukcji myślowej był incydent na finiszu sprintu w Davos, w wyniku którego Polce odebrano punkty. Już nie tylko Norwegowie – powiada szkoleniowiec – knują przeciw Justysi, teraz do zmowy przyłączyła się cała Skandynawia. A zatem szkodnikami są także Szwedzi oraz Duńczycy, a kto wie, czy nie Finowie, Islandczycy, Łotysze, Estończycy i Litwini, które to nacje zalicza się niekiedy do skandynawskich.

Tak na zdrowy rozum nawet Norwegowie nie mają powodów, by działać na szkodę Kowalczykówny, bo przecież Marit Bjoergen wygrywa, jak chce, na każdym dystansie,na każdej trasie i przy zastosowaniu każdej techniki. Po diabła jej wsparcie spiskowców? No, ale powiedzmy, że uczestnicy sprzysiężenia działają z zamysłem perspektywicznym. Punkty, które dziś odbiorą Polce, mogą mieć znaczenie w drugiej części sezonu, gdy Bjoergen będzie biegała słabiej. Motywacji Szwedów, Duńczyków, a zwłaszcza Litwinów, nie rozumiem już w ogóle. Może kiedyś Wierietielny je ujawni.

Mam swoją teorię na temat teorii trenera Wierietielnego. Dało się zauważyć już jakiś czas temu, że Justyna Kowalczyk lubi mieć pod górkę nie tylko w sensie dosłownym. Także w relacjach z najgroźniejszymi rywalkami, sędziami i mediami. To ją nakręca, to działa na nią dopingująco, kto wie, może tak samo jak kropelki na astmę na Marit Bjoergen. Wierietielny zdaje sobie z tego sprawę i w odpowiednich momentach dolewa oliwy do ognia.

Kowalczykówna przypomina pod tym względem wybitnego tenisistę Johna McEnroe. Amerykanin grał najlepiej wtedy, gdy miał przeciwko sobie nie tylko rywala po drugiej stronie siatki, ale także arbitrów oraz widownię. Tylko że w jego przypadku do wojny dochodziło nagle, w trakcie meczu, gdy sędzia się pomylił albo ktoś się poruszył na trybunach. Natomiast Kowalczyk i Wierietielny szukają dziury w całym po przegranych biegach. To nie stawia ich w korzystnym świetle. Polscy kibice szybko o tym zapomną, zwłaszcza gdy panna Justyna znów zacznie wygrywać. Ale reszta narciarskiego świata będzie pamiętać. Szczególnie Skandynawowie.

***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.

Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Kazio, nasz Kazio

16 gru 2010

Po jego pracy niewiele oczekiwano, a osiągnął największe sukcesy w historii polskiego futbolu. Czy Deyna, Lato, Tomaszewski i Gadocha błysnęliby tak samo pod kierunkiem innego selekcjonera?

40 lat temu Kazimierz Górski został trenerem piłkarskiej reprezentacji Polski. Decyzja PZPN nie wywołała wtedy emocji i nie wzbudziła specjalnych nadziei. Trudno było wierzyć w jakiś przełom po latach niepowodzeń. Poza tym kraj żył wtedy czym innym. Tragiczne wydarzenia na Wybrzeżu zakończyły rządy Władysława Gomułki. 20 grudnia, gdy na szefa partii wybrano Edwarda Gierka, zaczął się nowy etap w dziejach komunistycznej Polski.

Górski miał wtedy 49 lat. Był traktowany w środowisku z sympatią, ale bez szczególnej estymy. Znawca piłki, dziennikarz tygodnika „Sportowiec” Krzysztof Wągrodzki pisał: „Kazio, nasz Kazio. Czy nie wypłynął na zbyt szerokie i niespokojne wody? Czy praca z reprezentacją jest właściwym zajęciem dla trenera, który zwiedził kilka klubów, nie odnosząc oszałamiających sukcesów, a potem utknął w PZPN na stanowisku trenera szkolącego młodzież? Wiadomo – Kazio, swój chłop, miły, chętnie wypije kieliszek koniaku, ale prochu nie wymyśli”.

Ciąg dalszy jest znany, sympatyczny Kazio zadziwił świat. Po kilku latach, gdy piłkarze pod wodzą Górskiego zdobyli olimpijskie złoto i wywalczyli trzecie miejsce w mistrzostwach świata, jeden z przyjaciół zadał trenerowi pytanie: – Czy ty to wszystko z premedytacją obmyśliłeś, czy ci tak samo wyszło? Górski, zniżając głos, odpowiedział: – Jeszcze nie mogę ci tego wyjaśnić. Jestem związany, rozumiesz, pewnymi zobowiązaniami.

Gdybym miał jednym zdaniem i bardziej serio wyjaśniać sukcesy pana Kazimierza, wymieniłbym przede wszystkim szczęśliwy zbieg okoliczności, w wyniku którego doszło do spotkania świetnego trenera i utalentowanych piłkarzy we właściwym czasie i miejscu. Zastanawiam się mimo wszystko po dziś dzień, co by było, gdyby 40 lat temu ówczesny prezes PZPN Wiesław Ociepka powierzył prowadzenie reprezentacji komuś innemu. Czy Deyna, Lato, Tomaszewski i Gadocha błysnęliby tak samo pod kierunkiem innego selekcjonera?

Chyba jednak nie doszliby tak daleko bez fenomenu Kazimierza Górskiego. Fenomenu, którego 40 lat mało kto się domyślał.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Prezydent zawsze na górze

07 gru 2010

Prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew był w młodości wioślarzem i sztangistą. Lubi piłkę nożną.

Może nie tak bardzo jak muzykę zespołu Deep Purple (ma w kolekcji wszystkie płyty tej grupy), ale wystarczająco mocno, by podczas oficjalnej wizyty w Brazylii zgłosić życzenie odwiedzenia słynnego stadionu Maracana.

Sportowe zainteresowania przywódców to w Rosji całkiem nowa tendencja.

W czasach powszechnej szczęśliwości Józef Stalin, Nikita Chruszczow czy Leonid Breżniew nijak nie mogli się kojarzyć ze sportem.

Natomiast Borys Jelcyn, były pierwszy sekretarz komitetu obwodowego KPZR w Swierdłowsku, dopiero po upadku Związku Radzieckiego postanowił ujawnić swoje zainteresowanie tenisem.

Nie było ono zbyt pogłębione, co wyszło na jaw podczas finałowego meczu o Puchar Davisa Rosja – Szwecja, gdy pierwszy prezydent Rosji wszedł na trybunę honorową w trakcie pojedynku Wołkow – Edberg, powodując przerwanie gry na 10 minut. Aleksander Wołkow do dziś przeklina ten antrakt, bo prowadził w piątym secie i miał szanse na zwycięstwo. Następca Jelcyna Władimir Putin takiego faux pas raczej by nie popełnił, choć lepiej zna zwyczaje obowiązujące w judo niż w tenisie. Putina fotografowano na macie przy każdej nadarzającej się okazji. Zawsze był na górze. Dziennikarze oczywiście wychwalali pod niebiosa sportowe umiejętności prezydenta. Jeden z nich napisał nawet, że Władimir Władimirowicz, gdyby chciał, mógłby zdobyć medal na igrzyskach olimpijskich. Gdy tekst się ukazał, Putin miał już ponad 50 lat.

Z Miedwiediewa, choć jest od Putina sporo młodszy, nikt już nie chce robić olimpijczyka. Sport jest dość skromnym elementem wizerunku obecnego prezydenta Rosji. Może sprawy w sposób naturalny nabrały właściwych proporcji, a może doradcy Miedwiediewa doszli do wniosku, że głowie potężnego państwa nie wypada zbyt często pokazywać się w stroju sportowym?

Niezależnie od zmieniających się mód sport pozostanie dziedziną pierwszorzędną wśród drugorzędnych. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien go lekceważyć. Chyba że ktoś taki jak Winston Churchill, jeden z najwybitniejszych przywódców XX wieku. Twierdził on mianowicie, że dobre zdrowie i samopoczucie zawdzięcza niechęci do sportu. Jednocześnie nie wiadomo, jak by się czuł i jak długo żył, gdyby sport uprawiał.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Fantazje Gmocha

03 gru 2010

Jacek Gmoch pochwalił się w „Przeglądzie Sportowym” swoimi zasługami dla naszego futbolu.

„To ja stworzyłem z matematykiem oraz informatykiem koncepcję rozwoju polskiej piłki nożnej” – powiedział. Chodzi oczywiście o wspaniałe lata 70., kiedy to nasi wygrywali z Argentyną, Włochami i Brazylią.

Dawni zawodnicy Kazimierza Górskiego uznali, że podważane są zasługi legendarnego trenera i dali Gmochowi odpór w liście do redakcji. Raczej niesłusznie, bo Gmoch wcale nie deprecjonuje wkładu pana Kazimierza, tylko wspomina o swoim. I tu rodzi się pytanie, czy ów wkład jest rzeczywiście tak duży, jak go widzi były stoper Legii i selekcjoner.

Pamiętam doskonale tamte czasy i jestem przekonany, że Gmoch ostro fantazjuje. Jako szef tzw. banku informacji u Górskiego na pewno miał udział w mundialowych osiągnięciach. Na szczęście musiał się hamować w informatycznych zapędach, bo rządził pan Kazimierz. Później, gdy sam został trenerem kadry, ta jego dążność do odkrycia matematycznego wzoru na sukces poniosła porażkę. Jego zespół wypadł poniżej oczekiwań podczas mundialu w Argentynie.

Z jedynego bezpośredniego kontaktu, jaki miałem wtedy z Gmochem, zapamiętałem go jako człowieka czułego na własnym punkcie. Nawet w niewinnych pytaniach widział atak na siebie. Wściekał się, dawał do zrozumienia, że wszyscy są głupcami i nie potrafią pojąć jego pomysłów. Potem wyjechał do Grecji, gdzie odniósł niepodważalne sukcesy. Gdy wrócił do kraju i zaczął pojawiać się w telewizji, nie poznałem go. Zobaczyłem sympatycznego starszego pana, który dowcipnie komentuje wydarzenia na boisku. Wywiad w „Przeglądzie” pokazuje jednak, że sporo w nim zostało z chorobliwie ambitnego faceta sprzed ponad 30 lat.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Doping na receptę

25 lis 2010

Ani chybi czeka nas kolejna wojna polsko-norweska pod flagą biało-czerwoną. Justyna Kowalczyk i jej trener Aleksander Wierietielny przypomnieli to, co mówili podczas ostatnich igrzysk o biegaczkach astmatyczkach mających pozwolenie na branie leków zawierających środki dopingujące. Kowalczyk i Wierietielny uważają, że pewna część rywalek, włącznie z tą najgroźniejszą, Norweżką Marit Bjoergen, legalnie się szprycuje.

Liczyłem po cichu, że może Bjoergen okaże się w tym sezonie nieco słabsza i nie będzie o co kruszyć kopii, ale ona jest mocna jak diabli, więc wojnę mamy jak w banku. A rozdmucha ją nie Justyna Kowalczyk, ale media, dla których jest to wymarzona sytuacja. Trzeba tylko konflikt umiejętnie podsycać. W rozmowie z Marit zacytować to, co powiedziała Justyna, a w rozmowie z Justyną wspomnieć o tym, co stwierdziła Marit. Abecadło podpuszczania.

W tej wojnie będę oczywiście za naszą mistrzynią, która w kwestii zasadniczej ma rację. Nie ulega wątpliwości, że chorzy sportowcy powinni się leczyć. Czy jednak muszą się leczyć, uprawiając jednocześnie zawodowo sport? Doping na receptę to zbyt silna pokusa. Nic dziwnego, że odsetek astmatyczek i astmatyków jest wśród profesjonalnych sportowców wyższy niż w przypadku reszty świata.

Jedyną nadzieję na pokój polsko-norweski widzę w tym, że Justyna Kowalczyk zacznie wygrywać. Wtedy media nic nie wskórają. Tematem wywiadów będzie po prostu krok łyżwowy, a nie wdychanie leku na astmę. Natomiast kolejne porażki dadzą powód do kontynuowania dyskusji na temat nierówności szans. I nawet jeśli rację ma Polka, to nadawanie na najgroźniejszą rywalkę w momencie, gdy się z nią przegrywa, nie brzmi najlepiej.

Są więc dwa wyjścia, pani Justyno. Wygrywać i mówić, co się żywnie podoba. Albo przegrywać i milczeć w wiadomej kwestii. To pierwsze wydaje mi się lepsze.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita”

zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„.

Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter

Zawracanie kijem Tagu

17 lis 2010

Norweski kolarz Thor Hushovd wyraził kilka dni temu święte oburzenie na wieść o poparciu, jakiego udzielają Hiszpanie oskarżonemu o stosowanie środków dopingujących Alberto Contadorowi.

– W Norwegii taka sytuacja byłaby nie do pomyślenia – rzekł pryncypialnie Hushovd przed kamerami TV 2 Sport.

Czyżby? Jak świat długi i szeroki, wszędzie udziela się wsparcia swoim, którzy znaleźli się w opałach. Dba się nawet o anonimowych przestępców, by dostali na obczyźnie jak najniższy wyrok i by go odsiadywali w jak najlepszych warunkach, a co dopiero o zwycięzców największego kolarskiego wyścigu. Za Contadorem stanęło przede wszystkim murem jego rodzinne miasteczko Pinto. Przyznało mu tytuł honorowego obywatela już po nagłośnieniu afery, kiedy żądania, by nie cackać się ze słynnym kolarzem, stały się coraz intensywniejsze.

– Ta nagroda jest wyrazem sprzeciwu wobec niesprawiedliwości, jaka spotyka naszego rodaka – wyjaśnił burmistrz Pinto Juan Jose Martin. Hiszpanie zatem wiedzą swoje i nie przejmują się zanadto tym, co mówią ci wszyscy, którzy chcą im odebrać bohatera. Strącanie Contadora z piedestału może zresztą trochę potrwać, bo władze kolarskie podchodzą do sprawy z pewną nieśmiałością.

Nic dziwnego: wyrok na hiszpańskiego czempiona byłby dla UCI kolejnym strzałem w stopę. Jednocześnie nie ma 100-procentowej pewności, że Contador wprowadził clenbuterol do organizmu w charakterze środka dopingującego. Jego tłumaczenie, że zjadł mięso zawierające ów specyfik, brzmi śmiesznie (zwłaszcza dla nas, którzy pamiętamy barszcz z pasztecikiem hokeisty Morawieckiego), ale nie jest pozbawione sensu. Potwierdzają to naukowcy i ich opinia na pewno będzie stanowiła ważną linię obrony hiszpańskiego cyklisty.

Wracając do pryncypialnego Hushovda. Jego apel do Hiszpanów, by przestali popierać Contadora, to zawracanie kijem Wisły  czy może w tym przypadku Tagu. Jest mnóstwo przykładów na to, że solidarność ma na świecie znacznie większą moc niż obiektywizm oraz umiłowanie prawdy. Nie sądzę, by Norwegia była wyjątkiem od tej reguły.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter