Zachęcanie spekulantów

2 stycznia 2012

Jeszcze nie ucichł temat interwencji na rynku walutowym dokonywanych przez NBP i BGK (co pozwoliło na koniec 2011 r. obniżyć dług publiczny w relacji do PKB), a już mamy kolejny odcinek tego finansowego serialu. Tytuł: interwencje banku centralnego na rynku obligacji, scenarzysta: minister finansów Jacek Rostowski. Szczerze, jego wypowiedź można porównać do słów premiera w expose na temat podatku od kopalin. Na szczęście wczoraj ceny obligacji nie spadły (jak wtedy akcje KGHM), ale w poniedziałek inwestorzy z Londynu i Nowego Jorku mieli wolne.

Sugestia ministra, że możliwy jest zakup przez NBP rządowych papierów w dobie burzy na rynkach wywołanej kryzysem strefy euro, to jak czerwona płachta na byka. Takie wypowiedzi mogą przynieść niepożądany skutek, czyli spadek cen polskich papierów skarbowych. Czy rzeczywiście taki był cel ministra? Nieuzasadnione apele w kierunku banku centralnego szkodzą. Widać to jaskrawo na Węgrzech. A może Rostowski wbrew temu, co mówi, chce, „byśmy mieli w Warszawie Budapeszt”? Niezależność NBP to wielki skarb. Dbajmy więc o reputację.

Wypowiedź ministra może zostać odczytana jako zachęta do podjęcia gry z polskim rządem i bankiem centralnym przez czekających na takie wyzwania inwestorów. Do tej pory minister strzegł podziału ról i odmawiał komentarzy dotyczących kursu złotego czy stóp procentowych, wskazując, że to domena niezależnego banku centralnego. Tym razem poszedł zdecydowanie za daleko.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Konieczne reformy, a nie inżynieria finansowa

19 grudnia 2011

Stało się. Jeśli ktoś liczył, że nasze państwo się mocno oddłuży, musi być ostro rozczarowany. Zamiast wykupu  bonów skarbowych nawet  za 16,7 mld zł, resort finansów zmniejszył zobowiązania zaledwie o niecałe 2,25 mld zł. To się opłacało, ale dług w relacji do produktu krajowego brutto nie obniżył się o ponad  1 pkt proc., jak planowano, tylko znacząco mniej.

Ale nawet te 2 mld zł są ważne z punktu widzenia ministra finansów, który w końcu roku prowadzi swoistą grę z rynkiem. Stawką jest uniknięcie przez dług publiczny przekroczenia poziomu  55 proc. PKB, co groziłoby  koniecznością ostrych cięć. Stąd różne działania, czasem bardzo dyskusyjne, takie jak niezaliczanie do długu publicznego (według polskich klasyfikacji) np. zobowiązań Krajowego Funduszu Drogowego.

W tej grze liczy się też kurs walutowy. Do walki na tym polu zostały włączone Bank Gospodarstwa Krajowego i Narodowy Bank Polski, które działają na rzecz wzmocnienia złotego. Im słabszy bowiem nasz pieniądz, tym większe ryzyko dojścia do owych  55 proc. PKB. I choć przedstawiciele rządu (a także analitycy) oficjalnie zapewniają, że nie będziemy w tym roku balansować na tym progu, to o finansowe wsparcie poprosili nawet samorządy.

To inżynieria finansowa, jak widać stosowana nie tylko przez firmy, ale też przez rządy. Na naszym podwórku symptomatyczne mogą być wcześniejsze wypowiedzi ministra finansów, który podkreślał, że najważniejsze jest, aby szybko rósł nasz PKB. Im szybciej rozwija się gospodarka, tym większy PKB i mniejsze ryzyko przekroczenia przez dług kolejnych progów zadłużenia.

Dług publiczny Polski – według rządowych prognoz – w 2015 roku ma przekroczyć aż 900 mld zł. Zmierzamy w złym kierunku. Można stosować różne zabiegi, by na niby redukować dług, ale można też wdrażać reformy, które poprawią stan finansów naprawdę. Jednak prędzej czy później od większych oszczędności nie uciekniemy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Od dłuższej pracy nie ma ucieczki

28 listopada 2011

Jeśli chcemy zmniejszyć ryzyko podwyżki podatków w przyszłości i zapewnić większą stabilność finansów publicznych oraz pieniądze na wypłatę przyszłych świadczeń, musimy podwyższać wiek emerytalny. Wiele rządów uzmysłowiło sobie te zależności i już się na to zdecydowało. Tą drogą poszedł rząd w Rzymie i w Berlinie. Konieczność takiego kroku zrozumiał wreszcie Donald Tusk (przekonał się do tego też minister finansów).

Wczoraj jednak zapowiedź podwyższenia wieku emerytalnego kobiet do 67 lat spotkała się z ostrą krytyką Jarosława Kaczyńskiego. Określił on ją jako „nieludzki” pomysł i „horrendum”. By wzmocnić siłę przekazu, prezes PiS wystąpił na konferencji w towarzystwie dzieci.

Ale czy lider opozycji nie zdaje sobie sprawy, że brak podwyższenia wieku emerytalnego (także mężczyzn) i ograniczenia tempa narastania długu nałożyłby jeszcze większe obciążenia na kolejne pokolenia, w tym także dzieci z otoczenia prezesa?

Dlatego doprawdy trudno zrozumieć tezy lidera największej partii opozycyjnej, który jeszcze niedawno opowiadał się za większymi swobodami w gospodarce i chciał upraszczać system podatkowy. Trudno przecież nie zauważyć, że w ostatnich latach przeciętna długość życia Polek i Polaków się wydłużyła. Każdy z nas widzi też dookoła siebie wystarczająco wielu młodych „emerytów”, a debata wokół OFE pokazała dobitnie, że wysokość przyszłego świadczenia zależy od długości okresu aktywności zawodowej.

Oczywiście musi się przy okazji zmienić także rynek pracy i opieka zdrowotna. Ale kto dziś wie, jak on będzie wyglądał za 30 lat? Bo dopiero w 2040 roku osiągnięcie 67 lat stanie się dla kobiet czasem przejścia na emeryturę – rządowa propozycja w pełnym wymiarze tak naprawdę dotyczy więc tych pań, które dziś mają 38 lat. Rządowi można więc raczej zarzucić zbyt wolne tempo zmian.

Dobrze,  że w końcu w kwestii wieku emerytalnego coś się ruszyło.  A wracając do konferencji prezesa PiS. „Uderzeniem w rodzinę” byłby raczej brak zmian.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rząd nie może liczyć na grube miliardy z NBP

17 listopada 2011

Niedawno media („Dziennik Gazeta Prawna”, „Gazeta Wyborcza”) donosiły, że przyszłoroczny budżet państwa może zostać zasilony wieloma miliardami z banku centralnego, co miałoby uratować państwową kasę

Taką kwotę miałby wpłacić do państwowej kasy Narodowy Bank Polski, którego tegoroczny zysk według szacunków ekonomistów może sięgnąć 20-30 mld zł. Byłby więc rekordowy (do czego przyczynia się osłabienie złotego). Bank czerpie dochody z lokat dewizowych, a te rosną wraz z deprecjacją polskiej waluty. W czwartek te nadzieje rozwiał prezes banku centralnego Marek Belka. Wspomniane szacunki analityków nazwał „kompletną bzdurą” i dodał, że faktyczny wynik będzie „o rząd wielkości niższy”.

Zresztą minister finansów planując przyszłoroczny budżet nie zapisał w nim żadnych pieniędzy z NBP (bank przekazuje budżetowi 95 proc. zysku). Znów zatem może się powtórzyć sytuacja z tego roku i minister finansów dostanie pewnie „tylko” kilka miliardów wsparcia. W sytuacji spowolnienia gospodarki większe wyzwanie czeka zatem nowego ministra skarbu, którym ma zostać Mikołaj Budzanowski. W czasie kryzysu będzie musiał dostarczyć budżetowi miliardy złotych z prywatyzacji i dywidend z państwowych spółek.

Wracając do NBP i jego zysku, oczywiście nic nie jest wykluczone. Jeśli euro będzie po 5 zł to i zysk NBP może być gigantyczny. Ale słaby złoty nie jest na rękę ministrowi finansów, bo groziłoby to przekroczeniem przez dług poziomu 55 proc. PKB. A wtedy koniecznie byłyby ostre cięcia i naprawić finanse publiczne.  Zatem gdyby złoty zaczął się mocno osłabiać, do gry wkroczy państwowy BGK i ewentualnie NBP.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ciąg dalszy szumu wokół ratingów

15 listopada 2011

Najnowszy raport agencji Moody’s podgrzał atmosferę wokół polskiego sektora bankowego. W ostatnich dniach najważniejszym tematem stał się ten dotyczący szans na odwrócenie obecnych proporcji właścicielskich i tym samym zmniejszenia udziału zagranicznych inwestorów. Moody’s sprawił, że wrócił temat skutków kryzysu w strefie euro.

Ale wczorajsze doniesienia agencji nie mogą zaskakiwać i zawierają znane ryzyko. Oczywiście, przed czym Moody’s ostrzega, kondycja sektora może się pogorszyć w następstwie kryzysu w strefie euro i spowolnienia polskiej gospodarki (ale banki w tym roku mogą zarobić rekordowe15 mld zł). Także udział kredytów zagrożonych w portfelach instytucji może wzrosnąć, gdyby dalej osłabiał się złoty (ale dziś to tylko kilka procent, a kredyty hipoteczne w walutach są spłacane nawet lepiej niż w złotych). Banki mogą mieć też problemy z dostępem dofinansowania od spółek matek, co widzieliśmy po upadku Lehman Brothers (w tym przypadku z pomocą może przyjść NBP). Ostrzeżenia Moody’s warto przeanalizować, ale trudno nie zwrócić uwagi, że kryzys z przełomu 2008/2009 r. nie uczynił jakiegoś spustoszenia w polskim sektorze finansowym.

Raport w sprawie polskiego sektora bankowego pojawił się w chwili, gdy firmy ratingowe wzięła na celownik Bruksela. Agencje znalazły się pod presją w czasie ostatniego kryzysu, stąd pewnie dziś mogą nieco wyolbrzymiać zagrożenia. Trudno też nie pamiętać, że nieraz się wręcz mylą i wysyłają do klientów informacje o obniżce ratingu (Francja), której nie było. O ich kontrowersyjnych decyzjach usłyszymy jeszcze nieraz.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mocne wejście nowego szefa EBC

3 listopada 2011

Jeszcze nie umilkły komentarze do tyczące wyzwań stojących przed nowym szefem Europejskiego Banku Centralnego, a EBC zaskoczył rynki obniżając stopy procentowe.

Główna spadła z poziomu 1,5 proc. do 1,25 proc. Mario Draghi rozpoczął swoją kadencję we Frankfurcie nad Menem idąc z odsieczą słabnącej gospodarce. Podkreślił zresztą, że spodziewane wolniejsze tempo wzrostu  produktu krajowego brutto w strefie euro  sprawi, że mniejszym zagrożeniem będzie tym samym inflacja.  Reakcja  inwestorów była natychmiastowa:  akcje spółek na giełdach zaczęły drożeć a euro umocniło się wobec dolara.  To już kolejne wsparcie dla rynków i gospodarki ze strony EBC. Wcześniej bank ratował sytuację m.in. skupując na rynku rządowe obligacje Włoch i Hiszpanii.

Europejski Bank Centralny podjął decyzję o obniżeniu kosztów pieniądza w dniu, w którym  inwestorzy  skupili się na doniesieniach z Aten i Cannes: czekają na informacje o przyszłości rządu Jeorjosa Papandreu oraz o kolejnych działaniach w walce z kryzysem jakie na spotkaniu na Lazurowym Wybrzeżu  zapowiedzą liderzy najbogatszych państw świata (G20).

Ekonomiści i inwestorzy zastanawiali się czy Mario Draghi pójdzie drogą Jean’a Claude Tricheta i będzie orędownikiem działań mających zmniejszyć napięcia na rynkach finansowych i w gospodarce. Dziś już znają odpowiedź.

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Stanowczy nadzór na czas kryzysu

28 października 2011

Nowy szef Komisji Nadzoru Finansowego nie ma łatwego początku swojej działalności. Na rynkach finansowych daleko do normalności, banki w Europie muszą się zmierzyć ze stratami na greckich obligacjach i zwiększyć swoje kapitały.

Jednym ze sposobów na zdobycie pieniędzy może być sprzedaż polskich spółek. Zresztą dwie takie transakcje są w trakcie. Dobrze więc, że Andrzej Jakubiak wraz ze swoim zastępcą Wojciechem Kwaśniakiem chcą niejako pokazać, z czyim zdaniem należy się liczyć i przede wszystkim grać fair. Stąd opisywany przez nas list szefa KNF do zagranicznych właścicieli banków w Polsce i przypomnienie, że zgodnie z prawem bankowym komisja musi być informowana o zamiarze zbycia pakietów akcji. W sumie nic nowego, ale w takim czasie warto przypominać nawet o takich oczywistościach i to nawet mimo braku znaczących problemów sektora bankowego.

Ostatni raz nad Wisłą z upadkiem banku mieliśmy do czynienia w 2000 r. Potem obce były nam problemy, z którymi mieli do czynienia klienci banków w zachodniej Europie i w USA.

To m.in. zasługa silnego i sprawnego polskiego nadzoru bankowego. Trudno nie wspomnieć Generalnego Inspektoratu Nadzoru Bankowego (w którym pracowali obecny szef i wiceszef KNF). Ich doświadczenie w kontaktach z branżą finansową może być bezcenne wczasach kryzysu. Zwłaszcza dziś dobrze mieć banki w jak najlepszej kondycji. I sprawny nadzór, z którym liczą się zagraniczni właściciele banków w Polsce.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Paweł Czuryło: Euroland kupił sobie trochę czasu

27 października 2011

Stało się to, na co czekano od dawna: strefa euro ustaliła pakiet środków do walki z kryzysem finansowym, wśród których jest także redukcja długu Grecji o 50 proc. Dobrze, że w końcu liderzy eurolandu się porozumieli, choć trudno nie zauważyć, że zajęło im to aż dwa lata. W komentarzach ekonomistów pojawiło się wręcz wyliczenie, że stało się to na 14. szczycie poświęconym wychodzeniu Unii z kłopotów.

Pięcioprocentowe zwyżki na głównych giełdach Starego Kontynentu i umocnienie wspólnej waluty pokazują,  że inwestorzy dobrze przyjęli polityczne rozstrzygnięcia. Pamiętajmy jednak, że już  kilka razy w ostatnim czasie na rynki wracał optymizm, niestety, za każdym razem  na krótko. W tym kontekście warto też zwrócić uwagę na podniosłe środowe wystąpienie niemieckiej kanclerz,  która w Bundestagu ostrzegała przed możliwością rozpadu Unii, gdy ta nie poradzi sobie z kryzysem. Widać ta presja okazała się skuteczna  nie tylko w Berlinie, ale i  w Brukseli.

Europejscy liderzy zapewne świętują sukces, jednak do ostatecznego zwycięstwa daleko. To tylko jedna wygrana bitwa. Wciąż brakuje też do przyjętych kierunkowych rozwiązań wielu szczegółów. Ich wypracowanie znów zajmie nieco czasu.

Zarządzanie kryzysowe okazało się słabą stroną eurolandu i całej Wspólnoty. Teraz ustalono, że będzie je koordynować komisarz UE ds. gospodarczych, ale i w tym przypadku szczegółów brak. Unia działa swoim rytmem, od szczytu do szczytu, a rynki z sekundy na sekundę.

Na razie strefa euro tylko kupiła sobie trochę czasu, co zresztą przyznał nawet szef Banku Światowego Robert Zoellick. Trzeba jednak pamiętać, że greckie długi – nawet po redukcji – mogą się okazać nie do uniesienia dla rządu w Atenach. A jeśli tamtejsza gospodarka nie zacznie się rozwijać, problem zadłużenia wróci. Widać więc, że wciąż nierozwiązany zostaje problem, który doprowadził do kryzysu finansów publicznych – nadmiernego zadłużenia w stosunku do PKB. Przecież cel postawiony Atenom to obniżka długu do 2020 r. do… 120 proc. PKB, czyli i tak znacznie powyżej tego, co jest wymagane od krajów strefy euro.

Strefa euro mogłaby ogłosić pełny sukces, gdyby się okazało, że grecki rząd może wrócić wkrótce na rynki finansowe i znajdą się chętni do zakupu obligacji Aten. Na to, niestety, szybko się nie zanosi. Unijni liderzy być może więc nie będą mieli innego wyboru – zostaną zmuszeni do wyprawy do Chin. Po miliardy euro.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Paweł Czuryło: Przez reformy do euro

14 października 2011

W ostatnich kilku latach polska gospodarka ma wyjątkowo dobrą prasę na Zachodzie. Zyskaliśmy status zielonej wyspy, a określenie polnische Wirtschaft nabrało nowego – w końcu właściwego – znaczenia. W ostatnim czasie o nadzwyczajnej sile polskiego PKB pisał znów m.in. The Economist czy Handelsblatt. Jednocześnie np. Financial Times przy okazji wyborów pisał o koniecznych reformach.

W najnowszym raporcie poświęconym Polsce ekonomiści z londyńskiego Barclays Capital stwierdzili wręcz, że „wyniki wyborów parlamentarnych rodzą nadzieję na przeprowadzenie koniecznych reform fiskalnych”, co ich zdaniem może się przełożyć na umocnienie złotego.

Liczą m.in. na zaproponowanie wciągu najbliższych dwóch miesięcy „serii zmian legislacyjnych, które wywrą wpływ na kształt finansów publicznych w roku 2013”, a także na wydłużenie wieku emerytalnego, reformę emerytur mundurowych i systemu ubezpieczeń dla rolników. Mają też nadzieję, że w 2014 lub 2015 roku rząd zlikwiduje deficyt w finansach publicznych.

W piątek ich nadzieje wzmocnił premier Donald Tusk, który powtórzył, że celem Polski jest przyjęcie euro, co będzie wymagało zmian w finansach państwa. Wcześniej minister Jacek Rostowski wskazywał, że w2014 – 2015 roku Polska zlikwiduje deficyt finansów publicznych. Widać więc, że londyńscy analitycy wierzą w deklaracje polskich władz i liczą na reformy bardziej niż ich warszawscy koledzy.
Warto więc przedłużyć tę dobrą passę, by dobre opinie o polskich finansach zyskały potwierdzenie w faktach. Bo opłaci się mieć i zdrowe finanse, i euro.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pompowanie pieniędzy nie zastąpi reform

15 września 2011

Jeśli ktoś miał nadzieję, że po kryzysowym skupie włoskich i hiszpańskich obligacji przez Europejski Bank Centralny pomoc najważniejszych bankierów nie będzie już potrzebna, dzisiaj srogo się rozczarował. EBC razem z amerykańską Rezerwą Federalną, Bankiem Japonii i i Szwajcarskim Bankiem Narodowym ogłosiły niespodziewanie, że wpompują w rynek dolary, co ma poprawić sytuację na rynkach finansowych. Po co taka operacja?

Niedawno spekulowano, że instytucje finansowe w Europie – zwłaszcza francuskie – mają kłopoty ze zdobyciem dolarów. Z powodu braku zaufania na rynku banki komercyjne nie chciały pożyczać sobie nawzajem pieniędzy. Teraz będą mogły pożyczyć je w EBC.

Ta informacja wywołała zwyżki na giełdach w Europie i doprowadziła do osłabienia dolara. Jednak wciąż daleko do odrobienia strat z ostatnich dni. Najprawdopodobniej efekt działania banków centralnych będzie tylko chwilowy i nie zastąpi koniecznych reform.

W dzisiejszej decyzji symboliczne jest to, że przypadła ona na trzecią rocznicę upadku amerykańskiego banku inwestycyjnego Lehman Brothers. Dzień 15 września 2008 r. jest uznawany za początek kryzysu na świecie. Po tamtym krachu banki centralne też podejmowały zmasowane akcje dla ratowania gospodarki. I tak np. w październiku 2008 r. Fed, EBC, Bank Anglii i banki Kanady, Szwajcarii, Szwecji oraz Chin obcięły stopy procentowe. Dziś tego instrumentu nie da się wykorzystać, bo przecież stopy w wielu przypadkach są zbliżone do zera.

Jak pokazują najnowsze prognozy Komisji Europejskiej, unijna gospodarka zwalnia i w czwartym kwartale wzrost gospodarczy może być prawie niezauważalny. Sytuacja może być jeszcze gorsza, niż zapowiada Bruksela, bo obecnie nikt nie jest w stanie przewidzieć konsekwencji restrukturyzacji greckiego długu.

Problemy finansów publicznych strefy euro wciąż pozostają nierozwiązane. Widać jednak, że na rynkach większym zaufaniem cieszą się bankierzy centralni i ich finansowe kroplówki niż ociągający się z decyzjami politycy ze strefy euro.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop