Mokotów to dzielnica, która sama mogłaby być sporym wojewódzkim miastem. Przez środek biegnie betonowy korytarz, Puławska, arteria komunikacyjna, podobno najdłuższa ulica w Polsce. W mojej dzielnicy ludzie się nie znają, nie ma więzi sąsiedzkich, jak bywa na Pradze, Saskiej Kępie czy Żoliborzu. Życie płynie anonimowo.
Do sklepu warzywno owocowego pana Adama zaglądam po drodze wracając z miasta, bo nie mieszkam blisko. Ale mimo, że nie blisko i że na Puławskiej, gdzie ciężko
o parking, zawsze chce mi się tam podjechać. O każdej porze stoi kolejka, chociaż sklepów akurat tu zostało jeszcze parę. Ale wiadomo, że u pana Adama są zawsze dobre kartofle i kapusta niekwaszona octem, jest wybór sałat, grepfruity z Florydy. Ale nie tylko to.
U pana Adama poza dobrym towarem jest także kontakt ludzki.
-Pani Malgosiu, nie ma ma dziś owczego sera, będzie jutro, woła pan Adam do pani, która stanęła na końcu ogonka i jeszcze o serze się nie zająknęła.
-Ma pan te jabłka, co ostatnio brałam, pyta inna pani, starsza. Bardzo były dobre.
Klienci wiedzą, że niedawno pan Adam przeprowadził się się pod Warszawę i niezbyt jest z tego zadowolony. Mnie też zdekonspirował -Pani chyba coś ma z modą? Pracuje pani w piśmie?
Zdarza się, że kolejka sama rozmawia ze sobą, bo ludzie się w niej znają. Może dlatego, że tu przychodzą?
A może po to właśnie przychodzą? Może dla niektórych, starszych, samotnych to jedyna okazja porozmawiania
w ciągu dnia?
Coś, co było kiedyś lokalną piekarnią, warzywniakiem, rzeźnikiem oraz bardziej znika z krajobrazu. A w takim Paryżu, w końcu megamieście, gdy wieczorem ludzie stoją w piekarni po bagietki na kolację, padają raz po raz „comment ca va”. Towarzystwo jest poniekąd znajome.
W dzielnicach zachowały się małe sklepy, kawiarnie, bary. Człowiek czuje się związany ze swoją sąsiedzką mini ojczyzną.
W zagranicznych przepisach kulinarnych czytam często „poproś twego rzeźnika o kawałek ( tu następuje specyfikacja mięsa)”. „Twego rzeźnika”, śmiech na sali, myślę sobie. Przynajmniej w moim wielkim mieście Warszawa. Gdzie ten rzeźnik?
W Polsce znikają małe sklepy. Najbardziej spośród krajów europejskich, jak podała „Rzeczpospolita” przytaczając raport Komisji Europejskiej. W 2008 roku zniknęło ich 10 tysięcy, w 2010 około 4 tysiące. Podobnie, jak w innych państwach europejskich, to skutek ekspansji sieci dyskontowych. W ciągu ostatnich pięciu lat liczba najmniejszych sklepów spadła w całej Unii Europejskiej o kilkadziesiąt tysięcy.
Znikają sklepy i znikają te słabe więzi, które jeszcze łączą ludzi w wielkich miastach. Nie wiem, może w Krakowie, w Białymstoku, Toruniu, w mniejszych miejscowościach jeszcze istnieją. Mam nadzieję.
Ale w Warszawie?
Nie wiem, jak długo pan Adam się utrzyma. Boję się,
że któregoś dnia przyjdę do niego, a tam będzie bank albo kolejny salon z komórkami.
Posts Tagged „styl życia”<
Nie tylko kapusta, także kontakt ludzki
14 sty 2011Kawior jako temat polityczny
10 paź 2010Mówi się, że w Polsce pojęcia lewicy i prawicy są mętne, a nawet pomylone. Ale czy tylko u nas? Moi francuscy kuzyni (niezbyt bliscy), ludzie koło czterdziestki są spadkobiercami potężnej bankierskiej fortuny.
To pozwala im bezstresowo żyć z odsetek dobrze ulokowanego przez rodziców kapitału, mieszkać w Neuilly, Passy i podobnych okolicach, gdzie metr kwadratowy mieszkania kosztuje 8 tysięcy euro. Ich rodzice, których pamiętam z podróży do Francji w latach 70 i 80, mieli w domu Cezanny, lokajów i szofera, ale czytali „Prawdę”, marząc o najlepszym z ustrojów. Jednak pojęcie o tym, jak wyglądał on w rzeczywistości, mieli równie blade, jak reszta ówczesnej komunizującej Francji. -Czy macie w Polsce pomidory? zapytała mnie kiedyś ciocia Antoinette, a kiedy w roku 81 wiozłam do Polski proszek do prania, bo w sklepach mieliśmy ocet i groszek, dziwiła się, że kupuję takie niebanalne prezenty.
Ich dzieci poglądy odziedziczyły po rodzicach, chociaż Prawdy już nie czytają, niestety. Została im Liberation. Głosowali oczywiście na Segolene Royal, bo Sarkozy, chociaż sąsiad z Neuilly, to drań skończony. Co pewien czas w rozmowie przejadą się po Bushu i westchną do Obamy. Z ich czarownie położonych rezydencji nie widać jednak obozowisk Romów, wątpię zresztą, czy kiedykolwiek widzieli Roma na własne oczy.
To zjawisko we Francji ma od dawna swoją nazwę. „Gauche caviar” odnosi się do pokolenia rewolucji 68 roku, ludzi, którzy z barykad przesiedli się do mercedesów.
Przy okazji wizyty w Paryżu obejrzałam poruszający, świetny dokument o kreatorze mody Yves Saint Laurencie i jego partnerze, Pierre Berge. „Szalona miłość” to historia o męskiej miłości, karierze w modzie i o tym, jakie spustoszenie w życiu człowieka może zrobić sława. Ale wróćmy do lewicy. Otóż panowie Saint Laurent i Berge przez 40 lat wspólnego życia zdobyli ogromny majątek i zgromadzili jedną z największych współczesnych kolekcji sztuki. Płótna dawnych mistrzów, impresjonistów, malarstwo i rzeźba XX wieku, rękodzieło od renesansu po Art Deco, Matisse, Leger, itp. Mieszkali we wspaniałym apartamencie w Paryżu, mieli posiadłość podmiejską, rezydencję w Maroku, także pełną dzieł sztuki. W świetle tego wszystkiego zaskoczyło mnie wyznanie pana Berge, że moment prawdziwej radości przeżył, gdy we Francji doszedł do władzy socjalizm. Francois Mitterand był największym przyjacielem obu panów, odznaczył ich Legią Honorową. Berge, konserwatywny z wyglądu, elegancki starszy pan, który zapewne nigdy nie jechał metrem i nie wie, ile kosztuje masło, również okazał się entuzjastą lewicy.
Ale podejrzewam, że może być także wielbicielem kawioru.
Lagos wita w Warszawie
12 wrz 2010Elektromechanika, angielski, toczenie tarcz hamulcowych, suknie ślubne i wieczorowe, chirurgia estetyczna, auto klima, wywózka gruzu… Tym zestawem reklam wita przyjeżdżających do Warszawy z południa Polski reprezentacyjna arteria stolicy – Aleja Krakowska.
Tym, oraz setkami innych, małych, dużych, zdartych i świeżych, przyklejonych do ściany, dyndających na płocie, wetkniętych w ziemię. Wszystko dzieje się wśród baraków, bloków, quasi pawilonów, bud i willi z tralkami w stylu wczesnej transformacji. Wśród nich, na potężnym billboardzie trudno dostrzec reklamę, na której urocza młoda para zaprasza do odwiedzenia lubelszczyzny. To reklama społeczna, sympatyczna i nie wątpię, że pożyteczna. Ktoś dostał na nią pieniądze, zapewne z Unii. Tylko kto wpadł na pomysł żeby wetknąć ją w tym miejscu, najgorszym z możliwych? Kogo ma informować, kogo zachęcać? Dlaczego Roztocze zwraca się do tych, którzy właśnie wracają z Kielc i Krakowa i zapewne mają interes w stolicy? I dlaczego właśnie tu, wśród porażającej ohydy krajobrazu godnego przedmieść Lagos?
Ktoś, zdaje się architekt, wymyślił słowo „raszynizacja przedmieść”. Lepiej nie można tego nazwać. Źródosłowu należy szukać właśnie w tej okolicy. W konkursie na najbrzydsze miejsce w Warszawie żadna wylotówka nie ma szans w konkurencji z Aleją Krakowską. Rzadko tamtędy przejeżdżam, bo na ogół nie mam spraw do załatwienia w Łodzi i Krakowie, do których musiałabym użyć samochodu. Ale teraz, gdy wracałam z podróży po krajach Europy, wcale nie zachodniej, tylko z „naszego” obozu postsocjalistycznego, ten pejzaż, jak prądem, poraził mnie brzydotą, której już tam się nie spotyka.
W Czechach, Słowenii, Chorwacji potrafili nad tym zapanować. Reklamy są, ale nie tak chaotyczne, tak agresywne, nie atakują tak wulgarnie i w takiej ilości.
U nas koszmar ma się świetnie i latami miasto nie może go pokonać. W Warszawie każdy kawałek chodnika, jezdni, trawnika oraz tzw pasa drogi należy do innego właściciela. Tylko niestety przestrzeń robi się z tego wspólna. Patrzeć musimy wszyscy.
No nic, minie kilka dni, człowiek się przyzwyczai.
Mieć tylko sto rzeczy
3 wrz 2010„100 Things Challenge” to akcja sławnego blogera przeciw konsumpcjonizmowi w USA i na świecie.
T-shirt, Biblia, komórka z ładowarką, wizytówki, martensy, okulary słoneczne, komputer… Te i 92 inne przedmioty składają się na stan posiadania Dave’a Bruna, mieszkańca San Diego.
Bruno, mężczyzna żonaty i ojciec trzech córek, rzucił wyzwanie – przez rok będzie żył, mając tylko 100 rzeczy. Opisuje to w swoim blogu guynameddave. Akcja „100 Things Challenge” ma na celu uwrażliwienie społeczeństwa amerykańskiego na problem obsesji konsumpcyjnej. Ma przekonać, że człowiekowi do życia naprawdę potrzeba niewiele.
Dave Bruno stał się sławny. Napisały o nim amerykański tygodnik „Time”, dzienniki angielskie „Guardian” i „Times”, „La Repubblica”, „Financial Times”, francuska „Liberation”. Udziela się na Facebooku i Twitterze. Przygotowuje książkę o swojej akcji (do której dołączyło kilku nowych blogerów).
Odzew, z jakim spotkała się akcja, dowodzi, że Bruno poruszył czułe miejsce naszej cywilizacji. Konsumujemy za dużo, mamy z tego powodu poczucie winy, ale nie potrafimy przestać. Bo jak przestaniemy – tak myślimy – zawali się produkcja, spadnie zatrudnienie, zapanuje bezrobocie, upadnie gospodarka. A co z nauką, techniką? Czy mają się nie rozwijać? W ten sposób, zasłaniając się ważnymi względami społecznymi, kupujemy następny sweter i nowszy model telewizora.
To, że rzeczy nie dają człowiekowi szczęścia, nie jest niczym nowym. Idei ascezy nie potrzebujemy się uczyć od Amerykanów, Europa ma tu lepsze wzory, ze świętym Franciszkiem na czele.
Bohater „Wojny i pokoju” Piotr Biezuchow doznaje nigdy przedtem nieodczuwanego szczęścia, kiedy w łachmanach, wyzuty z całej swojej fortuny, idzie w tłumie uchodźców po pożarze Moskwy. Przykłady można by mnożyć.
W wypadku guynameddave hasło „Żyć szczęśliwie, mając mniej” zadziałało dlatego, że zostało sprowadzone do najprostszej sloganowej i bardzo medialnej formy.
Jednak za sloganem kryje się rzeczywistość. Łatwo nic nie mieć, będąc Robinsonem na wyspie bezludnej i mieszkając w szałasie z gałęzi. Albo będąc kawalerem żyjącym w ciepłym klimacie, gdzie wystarczą T-shirt i szorty. Ale żyjąc w rodzinie w XXI wieku? Co z kanapą, stołem, łóżkiem, książkami? Pan Bruno zalicza je do „rzeczy wspólnych” i wyłącza ze swojej setki.
Co zrobić z komórką i ładowarką? Liczyć jako jedną rzecz czy dwie? Komórka bez ładowarki nie ma sensu, sama ładowarka jest bezużyteczna. A papier toaletowy? Jedzenie? Czy para butów to dwie rzeczy czy jedna? Licząc same tylko przedmioty niezbędne do przygotowania jedzenia: sztućce, talerze, garnki, dojdziemy do paru dziesiątek. Sam Bruno ma wiele wątpliwości co do tego, ile rzeczy naprawdę jest mu potrzebnych. W czerwcu pozbył się pięciu eleganckich koszul.
Teraz się waha, czy wystarczą mu dwie pary dżinsów.
Do you speak Polish?
23 sie 2010Z agencji fashion boulevard events otrzymuję newslettery które zawiadamiają mnie o fashion i off fashion eventach oraz designer sample sale’ach. Dowiaduję się, że young Polish designer foundation wręczy fashion designer awards. Otrzymuję zaproszona na event pt. „let’s talk about fashion”, powinnam zainteresować się Art & Fashion Festivalem, ewentualnie wziąć udział w fashion week philosophy. Eventem, którego żadna fashionistka nie mogła przegapić był show pań Trinny i Susannah, które zaproponowały updatowany look. Były tam wszystkie dziewczyny cool i sexy. Przy okazji zrobiły shopping. W najświeższym komunikacie H&M zawiadamia mnie, że tej jesieni modne są oversizowe płaszcze. Pewna agencja donosi, że pani Dorota Wróblewska przygotowuje książkę pt „Fashion people”. Utwór poświęcony będzie o modzie w Polsce.
Stopień, do jakiego język mody został opanowany przez język angielski, doszedł już do granic absurdu. Autorzy tych potworków językowych, głównie agencje public relations (tu niestety muszę użyć angielszczyzny) zapewne myślą, że im więcej angielskiego, tym bardziej światowo. Skutek? Prowincjonalizm i bezradność słowotwórcza.
Angielszczyzna szerzy się głównie w mediach elektronicznych. Widocznie redaktorów tam mniej niż w mediach papierowych. Papier by tego nie wytrzymał i ogłosił strajk – może włoski dla odmiany. Za to w internecie hulaj dusza bez kontusza, można pisać, co sie chce.
Nikt przy zdrowych zmyslach nie będzie walczył ze słowem komputer, marketing, nawet z public relations już się pogodziliśmy. Ale dlaczego wydarzenie nazywać eventem, wyprzedaż ma stać się sale, projektant designerem, kupon voucherem? Przy łódzkim fashion week skłonna jestem zrozumieć intencje organizatorów, którzy chcą, aby impreza nabrała zasięgu międzynarodowego (na razie nie nabrała) i na wyrost nominują ją z angielska.
Na pocieszenie trzeba przyznać, że zaraza ta dotyka również mediów francuskich, głównie portali mody. A przecież Francuzi znani są z tego, że od dawna programowo i politycznie walczą z angielszczyzną, co im się udaje w niewielkim stopniu. Ale przynajmniej mogą zaliczyć sukces: ordinateur pokonał angielski computer. 30 lat temu to było, z resztą żargonu komputerowego już sie nie udało. Przeglądając francuskie pisma odnajduję tam język zwany „franglais”, czyli kompozyt angielskiego i francuskiego. Oto przykład, przetłumaczony na polski: „Zróbny mix&match i wtedy będziemy trendy, effortless, a nasz look będzie naprawdę up to date. Jeśli kupimy „it bag” mamy szansę zostać „it girl”, może pokażą nas w glossy magazines. To będzie fashion statement. Francuzi mają jeszcze gorsze dziwolągi – francuski czasownik utworzony z czasownika angielskiego – na przykład: truster – zaufać. To tak jakbyśmy powiedzieli: zatrastowaliśmy naszej władzy. W sumie mechanizm działa podobnie – powiedzieć po angielsku to, co istnieje po francusku. Bo wtedy będziemy trendy i cool.








