Nie powiem, żeby dostawała tysiące listów od wielbicieli, ale czasem jakiś czytelnik do mnie napisze. Nigdy nie zapominają o mnie pracownicy PR, którzy codziennie ślą zawiadomienia o nowych, porywających produktach oraz „wyjątkowych” imprezach. Swoją drogą ciekawe, ile dzisiaj mamy rzeczy wyjątkowych i niezwykłych. Coraz więcej.
Na maile staram się jak najszybciej odpowiadać. Skierowane do mnie osobiście, nie te rozesłane do setek adresatów, co praktykują rzecznicy prasowi oraz pracownicy PR. I naiwnie wierzę, że na mojego maila, też dostanę w miarę szybką odpowiedź. A to błąd. Nie odpowiada 80 procent adresatów. Mail nie doszedł? Wpadłam do antyspamu?
Nie liczę na odpis od razu, czego w końcu można po tym medium oczekiwać. Ale żeby nie odpowiedzieć w ogóle? Włączywszy w to moją własną redakcję (z wyłączeniem redaktorek Kastory, Mozgi i Guzik, które zawsze odpisują) oraz mojego męża, z którym coraz częściej porozumiewam się przez łącze (niebezpieczne: niedługo będę pisać – zrób mi herbaty, kiedy siedzimy face to face z dwoma laptopami przy kuchennym stole).
Zdarza mi się napisać do kogoś z czymś miłym. Na przykład do kolegi dziennikarza, którego przeczytałam fajny tekst. Ale taki pan Krzysztof Varga z Gazety Wyborczej nie raczy się pofatygować z prostym dziękuję. Dobra nauczka, żeby do podobnych panów nie pisać miłych listów. A może i do konkurencyjnej gazety.
Ciekawe, że podobne zwyczaje mają Francuzi i Włosi. Za to Amerykanie odpisują od razu. Jedyne opóźnienie wynika z różnicy czasu, ale trudno, żeby Nowy Jork odpowiadał zaraz, jak napisze się do niego o 10 rano. Ale jak tylko wstaną – zaraz ciach – wiadomość. Moja kuzynka dziennikarka mieszkająca w Nowym Jorku mówi, że tamtejsze redakcje odpowiadają po 15 minutach. Nasze milczą tygodniami, nawet po licznych mailach. Nie odpowiadają osoby prywatne oraz instytucje. Dzisiaj wysłałam pytanie prasowe do rzecznika dużej firmy – odpowiedzi brak.
To zapytam, jak w portalach plotkarskich – a Państwo odpowiadają?








