Jakiś czas temu w szkole, do której chodził mój syn, na prezentację zaproszono firmę, która organizuje kursy szybkiego czytania. Przedstawicielka firmy namawiała rodziców, żeby zapisywali dzieci na te kursy. -Będą żyły w czasach, kiedy trzeba będzie często zmieniać zawód, uczyć nowych umiejętności. Do tego szybkie czytanie będzie niezbędne. Część rodziców dzieci zapisywała, ale potem, o ile wiem, do końca kursu nie dotrwały.
Myślę o tym, ile razy patrzę na stos książek narastający w domu. Dostajemy je, kupujemy, bo w rodzinie mego męża nałóg kupowania książek jest pokoleniowy (ja mu na to przypominam Tuwima o dziewczynce, która książki kupowała, lecz nie po to, by czytała, ot tak, po to, żeby miała). On czyta, ale jak twierdzi, przy trzeciej stronie zasypia zmęczony. Kiedy właściwie pracujący cały dzień człowiek, który zaczyna dzień o 6 30, a kończy o 11 30 wieczorem, ma mieć czas i siłę na lekturę?
Ja czytam dużo, ale wolno. Dar Nabokowa zajął mi rok, teraz usiłuję przebrnąć przez Laurę, ale utknęłam gdzieś w okolicach 40 strony i sprawę zarzuciłam. W międzyczasie przeczytałam parę łatwiejszych utworów. Dziennikami Marii Dąbrowskiej – 13 tomów zajmuję się od półtora roku, jestem obecnie w tomie jedenastym. Przez ten czas doszłam do końca ze dwóch Mankelli, paru sztuk dzienników listów i tp. Teraz na szczycie stosu nieprzeczytanych książek spoczął ostatni Umberto Eco, Szaleństwo katalogowania, prezent na imieniny. Jeszcze zafoliowany. I jakoś nie bardzo mnie korci, żeby odfoliować. Do końca przeczytałam tego autora chyba tylko „Imię róży” oraz maleńkie zapiski na pudełku od zapałek. Reszty tych erudycyjnych, naszpikowanych informacjami książek nie przeczytałam. Ciekawa jestem, czy rzeczywiście dużo osób przez nie przebrnęło. Przeczytało, zrozumiało, zapamiętało. Ja jestem na to za głupia i za mało cierpliwa.
Bo też nie bardzo wiem, do czego zawarta w nich wiedza jest mi potrzebna. Zastanawiam się, czy redaktorzy wydawnictw, jurorzy konkursów literackich czytają wszystko, co do nich przychodzi. Może są po kursach szybkiego czytania. Może przeglądają, tylko początkowi i końcowi poświęcając więcej uwagi?
W czasach, kiedy wszystko można zgooglować, w których wydawcy powtarzają dziennikarzom, że teksty muszą być krótkie, bo i tak ludzie czytają tylko tytuły, podpisy pod zdjęciami i leady, kto z tych, co czytaja, naprawdę czyta? Od początku do końca, uważnie, przeżywając i zapamiętując?








