Posts Tagged „ksiązki”<

Kursy wolnego czytania

28 maj 2011

Jakiś czas temu w szkole, do której chodził mój syn, na prezentację zaproszono firmę, która organizuje kursy szybkiego czytania. Przedstawicielka firmy namawiała rodziców, żeby zapisywali dzieci na te kursy. -Będą żyły w czasach, kiedy trzeba będzie często zmieniać zawód, uczyć nowych umiejętności. Do tego szybkie czytanie będzie niezbędne. Część rodziców dzieci zapisywała, ale potem, o ile wiem, do końca kursu nie dotrwały.

Myślę o tym, ile razy patrzę na stos książek narastający w domu. Dostajemy je, kupujemy, bo w rodzinie mego męża nałóg kupowania książek jest pokoleniowy (ja mu na to przypominam Tuwima o dziewczynce, która książki kupowała, lecz nie po to, by czytała, ot tak, po to, żeby miała). On czyta, ale jak twierdzi, przy trzeciej stronie zasypia zmęczony. Kiedy właściwie pracujący cały dzień człowiek, który zaczyna dzień o 6 30, a kończy o 11 30 wieczorem, ma mieć czas i siłę na lekturę?

Ja czytam dużo, ale wolno. Dar Nabokowa zajął mi rok, teraz usiłuję przebrnąć przez Laurę, ale utknęłam gdzieś w okolicach 40 strony i sprawę zarzuciłam. W międzyczasie przeczytałam parę łatwiejszych utworów. Dziennikami Marii Dąbrowskiej – 13 tomów zajmuję się od półtora roku, jestem obecnie w tomie jedenastym. Przez ten czas doszłam do końca ze dwóch Mankelli, paru sztuk dzienników listów i tp. Teraz na szczycie stosu nieprzeczytanych książek spoczął ostatni Umberto Eco, Szaleństwo katalogowania, prezent na imieniny. Jeszcze zafoliowany. I jakoś nie bardzo mnie korci, żeby odfoliować. Do końca przeczytałam tego autora chyba tylko „Imię róży” oraz maleńkie zapiski na pudełku od zapałek. Reszty tych erudycyjnych, naszpikowanych informacjami książek nie przeczytałam. Ciekawa jestem, czy rzeczywiście dużo osób przez nie przebrnęło. Przeczytało, zrozumiało, zapamiętało. Ja jestem na to za głupia i za mało cierpliwa.

Bo też nie bardzo wiem, do czego zawarta w nich wiedza jest mi potrzebna. Zastanawiam się, czy redaktorzy wydawnictw, jurorzy konkursów literackich czytają wszystko, co do nich przychodzi. Może są po kursach szybkiego czytania. Może przeglądają, tylko początkowi i końcowi poświęcając więcej uwagi?

W czasach, kiedy wszystko można zgooglować, w których wydawcy powtarzają dziennikarzom, że teksty muszą być krótkie, bo i tak ludzie czytają tylko tytuły, podpisy pod zdjęciami i leady, kto z tych, co czytaja, naprawdę czyta? Od początku do końca, uważnie, przeżywając i zapamiętując?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kolejka ta stoi. Po książkę, naprawdę

16 maj 2011

W radiu usłyszałam, że na Targach Książki nie było w tym roku tłumów. Jak to? Wczoraj o dwunastej ledwo się można było przecisnąć przez ciżbę. Podobno Polacy nie czytają, ale ci co przyszli do Pałacu Kultury należą do tej mniejszości, która jeszcze książek używa. Miły widok. Znacznie mniej miły i trochę jakby smutny, jest widok autorów książek, których wydawca posadził przy stoliku wyposażonym w stosik jego dzieł oraz długopis do podpisywania tychże. Stoisko z autorem zaopatrzono także w tabliczkę z nazwiskiem, jakby ktoś nie go nie mógł rozpoznać. No bo skąd wlaściwie mamy wiedzieć jak wygląda autor? Nie jest przecież żadną Anną Muchą czy Kubą Wojewódzkim, żeby każdy go poznawał. Jest człowiekiem anonimowym. A na dodatek pisarzy mamy dzisiaj na setki.
I siedzą sobie ci autorzy smutno, trochę się nudząc i czekając na ewentualnych czytelników, którzy najpierw muszą wyszarpać z kieszeni 50 zł na książkę, dopiero potem mogą poprosić o autograf. Przechodziłam koło stoisk ze dwóch autorów osobiście mi trochę znanych, ale czy jest to wystarczający powód, żeby kupić, a co dopiero przeczytać ich dzieło? Zrobiło mi się głupio i trochę wstyd, przemknęłam, mam nadzieję, że niepostrzeżenie.
Przed stoliczkami z osamotnionymi pisarzami przesuwała się wolno posuwająca się, gęsta i długa kolejka. Taka jak niegdyś stała do Marii Dąbrowskiej, gdy targi odbywały się w plenerze wokół Pałacu.
Za czym kolejka ta stała?
Za najnowszym utworem Trudy Canavan, autorki Trylogii Ery Pięciorga, jak dowiedziałam się zaglądając jednemu z oczekujących przez mankiet. Zmierzała wolno i cierpliwie w stronę autorki, okręcając podwójnie spore sale Pałacu Kultury. Wiele osób już pogrążonych było w lekturze.
Nigdy o tej książce nie słyszałam, nie polecały jej żadne recenzje i prawdopodobnie krytyka literacka wyciera sobie nią gębę. Ale jak widać, bez reklamy radzi sobie lepiej, niż okrzyczane hity ambitnej prozy, które sprzedają się w nakładzie 500 egzemplarzy
Pocieszam się, że sama nie muszę czekać na kogoś, kto chciałby kupić moją książkę, bo sama jeszcze takowej nie napisałam. I raczej nie napiszę, chociaż, jak każdy parający się piórem marzę w skrytości ducha, że jednak powstanie to Wielkie Dzieło Mego Życia. Jednak każdy kolejny dzień przynosi potwierdzenie, że WDMŻ chyba nie powstanie.
W Warszawie prawdziwych księgarni zostało już niewiele. Większość to takie, w których sprzedaje się książki kucharskie oraz utwory z okładką z wypukłymi srebrnymi/złotymi napisami, które występują już szesnaście tygodni na listach bestsellerów i które czyta się potem na plaży. Ale ja na przykład z Le Carre miałam taki problem, że jak na pół godziny oderwałam się od lektury, już mi się mylili wszyscy agenci i nie wiedziałam, kto jest dobry, kto zły. Na wszelki wypadek wysłlam z targów z ostatnim Mankellem ( wprawdzie bez Wallandera, co za szkoda) oraz Mariuszem Wilkiem. Tam przynajmniej nie ma problemu, że bohaterowie się pomylą, bo bohater jest tylko jeden.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop