Do świąt jeszcze daleko, ale postanowiłam, że w tym roku akcję „prezenty” załatwię wcześniej, przed grudniową gorączką. Niestety, wiąże się to z licznymi wizytami w sklepach. Małe mi nie przeszkadzają, tam się kupuje przyjemnie, ale co dziś można w nich kupić? Ser biały albo zegarek Chopard. Bardzo tanio albo bardzo drogo. Złoty środek odnaleźć można już tylko w dużych powierzchniach.
Tymczasem wejście do takiego empiku to już stres. Tu multimedia, tam książki dla dzieci, tu rock, tam hip hop, trzy poziomy, milion bodźców. Tylko gdzie wyjście ewakuacyjne?
Najgorsza jest jednak odzież. Choć nie o samą odzież chodzi, bo tę lubię, choćby z racji uprawianego zawodu. Najgorszy jest dźwięk. Dla kogoś nieprzyzwyczajonego do przebywania w jazgocie rockowo-hip hopowo-popowej rąbanki, nawet 15 minut spędzonych w sieci odzieżowej to katorga (Jak kiedyś napisała Maria Wiernikowska o RMF – „Rąbiemy Muzykę Fenomenalnie”. Rzeczywiście, rąbiemy. Ale czy to na pewno muzyka?). Najgorzej jest w przymierzalniach. Tam na jedną osobę przypada jeden głośnik.
- Czy pani ta muzyka nie przeszkadza? - spytałam śliczną dziewczynę w kasie H&M, która w końcu musi tam przebywać osiem godzin. – O Boże, to koszmar – jęknęła. – Marzymy, żeby wyłączono prąd choćby na chwilę.
Ale cóż, jak zbadali marketingowcy, klient bez muzyki nic nie kupi. I nikt chyba nie odważy się na eksperyment, sprawdzający, czy w ciszy faktycznie by nic nie kupił. Jeszcze nie puszczają „White Christmas”, chociaż w telewizji już pojawili się pierwsi mikołajowie na saniach z dzwonkami. Ale zaraz się zacznie. Będziemy kupować karpia przy akompaniamencie wszechobecnych Jingle bells.
O hałasie piszę nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni. Niestety, to walka z wiatrakami. Muzyczny łomot to wirus rozprzestrzeniający się z dużą szybkością. Zagarnia coraz większe przestrzenie: stacje benzynowe, windy, podziemne parkingi, hotelowe lobby, nawet w przychodni Lim cały czas coś brzęczy. I choć nie tylko my musimy męczyć się z rzeczonym wirusem, to jednak za granicą (zachodnią) zdziczenia jest jakby mniej. Ale nie zawsze.
Byłam teraz kilka dni na konferencji Global Fashion w Porto. Kierowca naszego autokaru był zdziwiony i obrażony, gdy poprosiłam go o ściszenie muzyki pop, którą nieustannie nas katował.
Tylko we własnym domu można uzyskać chwilę ciszy, o ile nie ma się za ścianą miłośnika heavy metalu. Ale kto wie, może za jakiś czas deweloperzy zaczną instalować w mieszkaniach obowiązkowe nagłośnienie. Przeboje z top listy będą urozmaicać życie dzień i noc.
Przecież trzeba naród rozweselać.
***








