Za czasów Mieszka i Dąbrówki, czyli w PRL zapraszało się znajomych na seans slajdów. Na przykład pt. „Wakacje w Bułgarii”. Towarzystwo siadało na kanapie i oglądało rzucane na ścianę radzieckim rzutnikiem widoki ze Złotych Piasków. – Tu Magda wchodzi do wody. A tam, na leżaku z prawej to Zbyszek – komentował operator sprzętu wideo.
Było przy tym sporo zabawy, bo slajdy wyświetlały się do góry nogami, albo bokiem, albo część obrazu była zamazana, bo się źle wywołało. To było ówczesne kino offowe.
Dzisiaj nie ma slajdów, ani czasu na wizyty z projekcjami. Dzisiaj wszystko działa profesjonalnie i szybciej. Dostaje się płytę.
Właśnie z okazji Świąt, od miłych, niezbyt bliskich znajomych otrzymaliśmy płytę o ich dwojgu dzieci, wykonaną w roku 2010. A na niej fotostory z życia rodzinnego, przedszkolnego, wakacji w Hiszpanii. Dzieci na plaży, dzieci na łódce, dzieci na imprezie przedszkolnej, na spacerze, w kąpieli, na placu zabaw… Jakieś 70 zdjęć. Wszystko opisane, świetnej jakości. Nic, tylko adorować. Już dzwonili, czy obejrzeliśmy i jakie wrażenia.
W stratosferze krążą dzisiaj miliardy zdjęć, które ludzkość trzaska wszystkim co popadnie, od zwykłych komórek począwszy po wyrafinowane nikony. Na fotoblogach, flickrach, itp. każdy może zamieścić dowolną ilość fotografii. Fotografowanie stało się ogólnoświatowym hobby, człowiek bez aparatu to jakiś dziwoląg zoologiczny. Po każdych wakacjach wrzuca się do komputera tłuste pliki, których nie ma czasu ani oglądać, ani nawet posegregować. Każdy podtyka znajomym pod nos komórkę ze zdjęciami dzieci/wnuków/psa/kota.
Problem, jak znaleźć chętnych do oglądania. A dla zawodowców, jak sprzedać. Fotografowie tracą pracę, a za zdjęcia agencje i gazety płacą grosze, bo co to za problem zrobić zdjęcie? Zaczynają już siedmioletnie dzieci.
Osobiście nie mam aparatu, nie robię zdjęć i nigdy nie zaprosiłam znajomych na seans slajdów. Ale bardzo lubię oglądać siebie na zdjęciu, jak ktoś mi je zrobi – przyznaję.
***








