Ostylowanie trochę irytujące

23 lut 2012

Być może z okazji dnia języka, a może tylko w ogólnej trosce o nasze dobro, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przygotowało dwa czarujące filmiki. Pierwszy nazywa się „Ojczysty – dodaj do ulubionych” i mówi o zanieczyszczaniu polszczyzny obcymi słowami. Na przykład – human ressources zamiast kadry, albo chief executive officer. „Uważajmy na groźne zapożyczenia”, ostrzega pierwszy filmik.

Drugi przypomina: „Nie pozwólmy, by polskie słowa ginęły w zapomnieniu. Mówmy nimi do naszych bliskich”. Przykłady słów ginących: serwus, birbant, rychło.

Oba filmiki można obejrzeć na You Tube i na Facebooku. Są częścią kampanii społeczno-edukacyjnej MKiDN zrealizowanej wspólnie z Radą Języka Polskiego i Narodowym Centrum Kultury. Mają propagować poprawność językową.

Filmiki są urocze, zrobione z finezją i wdziękiem. Zastanowił mnie tylko jeden szczegół. Tytuł. „Spot promocyjny kampanii społecznej ‘Ojczysty – dodaj do ulubionych’”. Nie mogę sobie przypomnieć, żeby słowo „spot” występowało w języku polskim. Chociaż trzeba powiedzieć, że zarówno pisownia, jak i wymowa, kwalifikują je do przeszczepu na rodzimy grunt. Bardziej niż executive officera.

Jeśli mowa o ojczyźnie polszczyźnie, to dzisiaj na branżowej witrynie mediów Wirtualnemedia przeczytałam wypowiedzi ekspertów na temat nowego portalu Tomasza Lisa. Account directorowi agencji Interactive Solutions ostylowanie sekcji „najnowsze informacje” wydaje się trochę irytujące. „Strona trochę za długa, miałam poczucie nieskończonego scrollowania jej” – twierdzi pani art director w agencji interaktywnej. Usability specialist wypowiada się o formie łączącej design z najnowszymi trendami w user experience. Krótko ostrzyżona senior user experience architect twierdzi zaś, że scrollowane strony to popularny obecnie trend projektowy.

No coż, moja juzer ekspiriens na razie nie wystarcza, żeby to zrozumieć, chociaż jestem już siniorem. Ale jak będę dłużej skrolować, to może się uda, aj hołp. Postaram się zatem skrolować jak najdłużej i na pewno dojdę do interesting soliuszyns. Rigards, baj.

To jest, chciałam powiedzieć, serwus. Snadź zobaczymy się rychło.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Głos magla kontra autorytety

12 lut 2012

Znam osoby, które w ogóle nie wiedzą, co to jest Pudelek, takie, które wchodzą na niego codziennie, ale się do tego nie przyznają oraz te, które robią to jawnie, chociaż dystans zachowują. Najbardziej popularny portal plotkarski ma miliony fanów. Lubię go, chociaż irytują mnie reklamujące się tam półpornograficzne witrynki. Ale generalnie Pudel jest ok. Spuszcza z celebrytów powietrze, pompowane przez magazyny w rodzaju Vivy i Gali. Między nadętym językiem tych pism a wiadomościami z kulis, ludzie próbują znaleźć prawdę o osobach publicznych. Pudelek przynajmniej nazywa rzeczy po imieniu. Na ten luksus może sobie pozwolić, bo jest anonimowy. Inaczej padłby pod naporem spraw sądowych. Można oczywiście zarzucić mu, że to magiel, siedlisko oszczerstw i niesprawdzonych informacji. Że sprzyja niskim instynktom rzucając na pożarcie niewinne istoty, które nie mogą się bronić przez żarłocznością tabloidów, rozdrapuje resztki prywatności. Tylko, że bohaterami Pudelka są osoby, które i tak chętnie i obficie się lansują.

Ale tym razem Pudel, który zazwyczaj zajmuje się wysokością honorariów Edyty Górniak i kolejnymi narzeczonymi Piotra Adamczyka, uderzył z grubej rury. Wziął się za ACTA. Wytoczył sążnisty, jak na niego artykuł przeciw i stanął po stronie ludu. Z grubsza chodzi mu o to, że celebryci stracili kontakt z rzeczywistością młodych Polaków, których nie stać na płacenie za pliki ściągane z netu i że ACTA odetną im dostęp do kultury, jedyny możliwy. Także dziennikarze (cytowany jest Marcin Meller, szef Playboya) stracili kontakt z rzeczywistością. Czy ktoś może zrozumieć zwykłych ludzi, jeśli zarabia 30 tysięcy, pyta autor Pudelka. „Jeżeli ktoś tego nie rozumie, to nie rozumie, w jak biednym kraju wciąż żyje. I nie rozumie, jak oderwani od tej biedy są ludzie o znanych twarzach. Nie rozumie, kto go tak naprawdę ogląda w telewizji, w jakim bloku i pokoju mieszka. Życie wygląda pięknie z modnej winiarni w Konstancinie, albo znad sałatki za 45 złotych na placu Trzech Krzyży. A jak wygląda z okien bloków w mniejszych polskich miastach?”.

Z zajadłością, z wysokości autorytetu poważnego dziennikarstwa rzucił się na Pudelka Paweł Wroński z Gazety Wyborczej w tekście „Z Pudelkiem na barykady”. Wyśmiał i poszczuł komunistą Proudhonem (internauci zaraz wygarnęli mu, że był anarchistą), Leninem, Jakubem Szelą. Jak głos z magla śmie zabierać się za poważne tematy? Niech pisze o majtkach Dody.

Pudelek odszczekuje się. „Gazeta Wyborcza sama przecież próbowała kopiować Pudelka, gdy tylko zobaczyli, że czyta nas regularnie 4 miliony osób i że w biurach mówi się o tym, o czym piszemy. I zaśmiecają Internet tym samym co my, tyle że w jeszcze gorszym wydaniu, bo mało śmiesznym i często podlizując się gwiazdom. Faktem jest (i za to możecie nas jechać do woli), że w 2006, 2007 roku po nagłym sukcesie Pudelka, który stał się wkrótce po starcie jedną z najpopularniejszych stron w sieci, cały polski Internet, wszystkie Onety, Gazety, WP, Interie zmieniły się na wyścigi w jeden wielki sensacyjny tabloid”.

Trudno się z tym nie zgodzić. Każdy, kto wchodzi na portal Gazeta.pl widzi, jak bardzo stabloidyzował się w ciągu ostatnich lat. Walka na kliknięcia idzie ostro. „Zarabiasz ciałem? Prostytutki mają pokazać skarbówkom listę klientów”, „Znani geje, lesbijki, gorące biseksualistki” to tylko dwie dzisiejsze próbki poważnego dziennikarstwa. Zapewne skuteczne w łapaniu kliknięć.

Z drugiej strony, z całą sympatią dla Pudelka, musi bronić darmowego Internetu, bo z tego żyje. Nie cytuje wszak Hanny Arendt, tylko internetowe wydania angielskich i amerykańskich portali. Wątpię, czy za to płaci. Ale ideologia proludowa, którą do tego dokłada, bardzo tu pasuje.

To wszystko na marginesie ACTA. O tym się nie wypowiadam z braku kompetencji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dziewczyno, która do mnie dzwonisz

09 lut 2012

- Czy dodzwoniłam się do państwa Bojańczyków – zapytał uprzejmy głos w telefonie, uprzednio przedstawiwszy się. – Tak, słucham – odpowiedziałam, od razu mile ujęta tym, że głos nie powiedział „państwa Bojańczyk”, lecz użył drugiego przypadku. Na wypadek, gdyby ktoś nie znał, przytoczę anegdotę Michała Rusinka: dzwoni panienka z marketingu. – Czy mogę mówić z panem Michałem Rusinek? – Ależ proszę pani, ja się deklinuję, odpowiada rzeczony. – A to przepraszam, zadzwonię później.

Ale już po pierwszej wymianie zdań, wiedziałam, że chociaż uprzejmy głos posiada umiejętność deklinacji, to jednak będzie chciał mi coś sprzedać. Tym razem chodziło o „Pana Wołodyjowskiego” w eleganckiej oprawie. Wiem, bo jako osoba pracująca w domu, odbieram takich telefonów co najmniej kilka dziennie. Jeśli wyświetla się rozmowa prywatna, albo numer nieznany, wiadomo, że o to chodzi. Kto jeszcze dzwoni na stacjonarny? Tylko rodzina, a i to nie zawsze, a jeśli tak, to najczęściej wieczorem. W ciągu dnia może chodzić tylko o banki, telefony komórkowe, odkurzacz Rainbow, ewentualnie wyroby wełniane. Nie znam nikogo, kogo nie zaczepiałyby wełniane kołdry. A może zaproponują uczestnictwo w sesji, która ma zakończyć się kupnem time sharing w apartamentowcu w Marbelli? Tak złowiono kiedyś do hotelu Sobieski naszych znajomych, małżeństwo lekarzy, ale to było jeszcze w latach 90. Dziś w Hiszpanii kryzys i banki nie wiedzą, co zrobić z przejętymi niespłaconymi nieruchomościami.

Rzadko dochodzę do momentu rozmowy, w którym okazuje się, o jaki towar chodzi, ale widzę, że telemarketing zatacza coraz szersze kręgi. Mam sprzeczne uczucia wobec dzwoniących.

Już na początku irytuje mnie głos, który mówi dziendobry (nie dzień, tylko dzien) z akcentem na -bry i podaje nazwisko, które nic mi nie może mówić, ale przedstawić się kazali na szkoleniu.

Z drugiej strony wiem, że po tamtej stronie, może w Siedlcach, Żyrardowie, Mszczonowie siedzi bogu ducha winna dziewczyna, szczęśliwa, że ma tę pracę, w której po pierwszej minucie ktoś jej rzuca słuchawką. To nieprzyjemne. Nie chciałabym mieć pracy, w której ktoś rzuca słuchawką (teraz uświadomiłam sobie, ze słuchawkami już się nie rzuca, tylko naciska czerwony guzik, ale określenie zostało).

Więc tylko proszę, dziewczyno, która musisz do mnie zadzwonić, bo masz to wpisane do obowiązków służbowych, nie gniewaj się na moją irytację. Ale pamiętaj, że Bojańczyk to nazwisko, które się deklinuje.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bitwa na głosy

01 lut 2012

Dlaczego lubimy jednego piosenkarza, a drugi działa nam na nerwy?

Kto nigdy nie wyłączył ze złością radia: „bo nie mogę słuchać tego faceta /tej baby”? Upodobanie do głosu to sprawa pozarozumowa. Podoba się, albo nie. Nie lubię Leonarda Cohena ani Georgesa Brassensa, irytuje mnie maniera Anny Marii Jopek, Anna German wydawała mi się pretensjonalna, nie znosiłam erotycznego półszeptu Kaliny Jędrusik.
Demarczyk mogę słuchać godzinami, wzruszam się przy Elli Fitzgerald, podoba mi się Adele.

A co takiego mają Cecilia Bartoli, Philippe Jaroussky, że ich głosy poruszają świat?

Śpiew zostawmy, skupmy się na mowie. Najpierw, z przykrością, na tej, na którą jesteśmy skazani. Reklamie – wrzeszczącej, nabuzowanej, agresywnej. (Nie dla idiotów? Chyba jednak tak). Głosy podekscytowane superofertami w marketach, dziecięco przymilające się przy serku, z troską polecające środek na wzdęcia. Euforyczne westchnienia dam, którym włosy rozbłysły po szamponie X. Samcze barytony zachwycone działaniem dezodorantu. Wrzaski prezenterów anonsujące filmy i programy telewizyjne. Czy jest jakaś specjalna uczelnia, która szkoli do tego reklamowego wydzierania się?

Nad telewizją spuśćmy zasłonę miłosierdzia. Zostaje radio publiczne, za które większość nie chce płacić abonamentu. A w nim wciąż głosy na najwyższym poziomie. Fonetyki, gramatyki, intonacji, akcentowania. W ogóle – kultury, bo głos mówi o wiedzy, wieku, pochodzeniu. Piękny głos, to dar, z brzydkim niewiele da się zrobić. Joannie Senyszyn nie udało się zwalczyć skrzeczącego timbru. Głosy dziennikarzy radiowej Dwójki: Piotra Matwiejczuka, Adama Suprynowicza, Tomasza Szachowskiego, Marcina Majchrowskiego to wzory pięknej mowy i polszczyzny, którą krzewi w tej stacji polonistka Małgorzata Tułowiecka, członek komisji mikrofonowej, egzaminującej kandydatów do radia. Magdalena Łoś, dziennikarka muzyczna, specjalistka muzyki dawnej posiada rzadki dar głosu o przepięknej, ciepłej, matowej barwie. Plus kultura języka, dykcja, naturalność. Głos Małgorzaty Pęcińskiej to muzyka sama w sobie.

Paweł Sztompke w Jedynce swoim głębokim, ciepłym pięknym głosem przekonałby mnie nawet do death metalu. (Jeśli metro będzie nagrywać następną serię zapowiedzi w wagonach – proszę, wybierzcie jego). Godny następca Ksawerego Jasieńskiego, metra z Sevres radiowców.

Szkoda, że w Trójce nie ma już Krzysztofa Skowrońskiego, dziennikarza nie tylko obdarzonego rzadkiej urody głosem, ale i posiadającego rzadką umiejętność rozmowy.

Ale kto zatrudnił korespondentkę Informacyjnej Agencji Radiowej we Włoszech, Krystynę Szulczyńską, która sepleni, połyka wyrazy i drętwo odczytuje nudne elaboraty, zwane niesłusznie korespondencjami?

Albo para prezenterów Radia Vox, nadających na sztucznie wesolutkim, sztucznie leciutkim i nieznośnie irytującym tonie. Czy bardziej chcą przypodobać się sobie nawzajem, czy słuchaczom, nie wiadomo.

Jakość dowcipów pominę milczeniem.

No cóż, głos to sprawa gustu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

To nie jest strój dla zwykłych ludzi

26 sty 2012

Komuś, kto jak ja, ogląda po raz kolejny na wybiegu ładną młodą dziewczynę zrobioną na ponurą, starą wariatkę, ubraną w coś, co bardziej nadaje się do filmu fantasy, niż do wyjścia na ulicę, przychodzi czasem do głowy, że chińskie mundurki dla wszystkich takie same byłyby niezłym rozwiązaniem…

Moda wyparła się krawiectwa, zapragnęła być kolejną sztuką, spektaklem, grą w przebieranie. Problem w tym, że jej wykonawcy mają na ogół więcej ambicji niż talentu. Ich ekscesy i ekstrawagancje przekraczają możliwości przyswojenia przez użytkowników. Ci, żądają sztuki, ale użytkowej.

Normalny człowiek nie zastanawia się nad konceptualną kreacją, tylko wkłada szary sweter, kurtkę i dżinsy.
Bywają jednak momenty, kiedy ożywa we mnie nadzieja, że sztuka szycia żyje. Oglądam pokazy haute couture, które trwają właśnie w Paryżu, bo tylko tam przetrwał jeszcze rezerwat dawnego szycia. Bardziej rezerwacik, bo jak nazwać te kilkanaście warsztatów, gdzie nie używa się maszyny do szycia, gdzie, jak na obrazach Vermeera, nad swoją robotą ślęczą hafciarki, koronczarki? Gdzie używa się tkanin, jakich nie dostanie się w żadnym sklepie, bo robione są na specjalne zamówienie. Termin „Haute couture” jest prawnie zastrzeżony do wyłącznego użytku jedenastu członków francuskich i czterech członków korespondentów z zagranicy. Żeby dostać się do tego grona, trzeba spełnić ścisłe kryteria wyznaczone przez francuskie Ministerstwo Przemysłu. Posiadać atelier w Paryżu, zatrudniające na pełny etat nie mniej niż 15 osób, szyć tylko dla prywatnych klientów z jedną lub dwiema przymiarkami, dwa razy do roku prezentować publicznie kolekcję, co najmniej 35 modeli. Paryż jest siedzibą HC. Tylko Paryż. Żeby zamówić suknię, trzeba osobiście się tam pofatygować. Delegatur i filii brak.

Jednym z czterech zagranicznych członków HC jest siedemdziesięcioletni Giorgio Armani. W pełnej formie, chociaż młodsi koledzy po fachu chcieliby go już dawno wysłać na emeryturę jako geriatryczny relikt lat 80. Kolekcja Armani Prive nie używa efektów specjalnych. Każda rzecz jest w pełni użytkowa. Spódnica z materiału imitującego efekt rybiej łuski, do tego jedwabna bluzka. Całość w stylu new looka Diora, elegancka, niewymuszona. Kolory przymglone, zmęczone to znak firmowy Armaniego. Motyw skór gadów i płazów, który u Alexandra MCQueena wyglądał złowieszczo i groźnie, tutaj brzmi delikatnie.

To nie są suknie dla zwykłych ludzi. Kosztują od kilku do kilkudziesięciu tysięcy euro. Zobaczymy je pewnie na imprezach typu Oskary i inne szopki. Odpryski pojadą do Kataru czy Arabii Saudyjskiej i tam na żonach nafciarzy będą się przechadzać po miejscowych pałacach. Ale haute couture, dobro rzadkie w czasach masówki przypomina, że kiedyś istniało prawdziwe, wielkie krawiectwo.

I ten fach nie został całkowicie zapomniany.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Newton nie miał racji

21 sty 2012

Na filmie „Chciwość” nie mogłam oderwać oczu od Demi Moore, która gra zimną i cyniczną funkcjonariuszkę banku. Jak na nią zresztą, całkiem nieźle. Aktorka jest po pięćdziesiątce, ale wygląda jak trzydziestolatka.

Jak ona to robi? A raczej dlaczego? Okazuje się, że ze strachu. „Najbardziej się boję, że pod koniec życia przekonam się, że nie zasłużyłam na miłość” – zwierzyła się pani M. miesięcznikowi „Harper’s Bazaar”. Wydaje się, że z taką aparycją do obaw nie ma powodu, ale domyślam się, że w jej otoczeniu na miłość zasługuje tylko ten, kto ma właściwe rozmiary i kształt nosa. W urodę dzisiaj inwestujemy jak w nieruchomości. Im więcej włożysz, tym inwestycja lepsza.

Pani Moore jest inwestorem poważnym. Na walkę z prawem ciążenia, upływem czasu i zamiłowaniem do ciasteczek wydała już 300 tysięcy dolarów. W budżecie hollywoodzkiej gwiazdy to zapewne niewiele, ale efekt jest równie imponujący jak budżet.
Co rok na świecie robi się trzy miliony zastrzyków z botoksu, dwa miliony liposukcji i półtora miliona powiększeń biustu.

Mistrzami tych trzech dyscyplin są Amerykanki i Brazylijki, chociaż 31 proc. klientek chirurgów plastycznych mieszka w Azji. Chinki chcą mieć powieki, jak Europejki, Koreanki większe biusty i pupy. Wśród Francuzek największym powodzeniem cieszy się zabieg powiększania biustu, zaraz za nim odsysanie tłuszczu, na trzecim miejscu podniesienie powiek… 90 proc. zabiegów wykonują kobiety, ale w roku 2010 liczba mężczyzn, którzy im się poddali, wzrosła o 7 proc.

Te wszystkie liczby podaję za francuskim tygodnikiem „Paris Match” i zastanawiam się, czy fakt, że nie zamówiłam sobie jeszcze policzków jak Marylin Monroe, brzucha jak Gisele Bundchen, ust jak Angelina Jolie i nóg a la Sharon Stone świadczy o tym, że jestem białoruską babą, czy może, że zachowałam resztki zdrowego rozsądku w świecie, który oszalał.

Michael Jackson był czarny, ale chciał być biały, tak samo jego siostra. W Brazylii dziewczynki na czternaste urodziny dostają spiczaste biustonosze, które ich dziecinną figurę upodabniają do ciała bohaterek komiksów. Ale to tylko prowizorka, bo na osiemnastkę dostaną już od mamy parę porządnych stałych implantów, żeby dobrze wystartować w dorosłe życie. Afera z silikonami w Francji, które tysiącom kobiet mogą rozlać truciznę do ciała nie zniechęca następnych kandydatek do wykonania sobie zabiegu powiększania biustu. Bo czy można być szczęśliwym mając miseczkę B?

Śliczna Emmanuelle Beart, którą widziałam w paru filmach jako młodziutką aktorkę, jakiś czas temu zaczęła mieć usta jak kaczor Donald. Podobno kiedyś reżyser Georges Wilson powiedział przy niej „Wszystkie aktorki które odniosły sukces, miały duże usta”. I też postanowiła powiększyć własne, chociaż dotąd była bardzo ładną dziewczyną.

Ale wszystko można poprawić. Ciało i twarz, gdy się zapłaci, można kupić nowe. Na naszych oczach powstaje nowy gatunek człowieka, ludzki kompozyt. Ani stary, ani młody, o naciągniętej skórze, gąbczastym dziobie zamiast ust, mimice sparaliżowanej jadem kiełbasianym…

Kiedy ktoś miał fanaberie, moja ciotka, rocznik 1917, mówiła: „Ruskich by na nich trzeba”. Chciałoby się to powtórzyć, gdyby nie to, że nawet Ruskimi nie można dziś nikogo poszczuć, bo niczym się nie różnią od innych.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Luksus (nie)dostępny dla wszystkich

14 sty 2012

W sobotnie przedpołudnie wybrałam się do vitkAcu, czy może vitkaca, bo tak się nazywa otwarty w listopadzie, zaprojektowany przez Stefana Kuryłowicza czarny budynek w Alejach Jerolimskich.

Przez kilka lat, gdy się budował, krążyły plotki o tym, co też będzie w środku. Mówiono, że nareszcie Warszawa jako pierwsza zdobędzie wyczekiwane przez naród luksusowe marki jak Prada, Chanel i Louis Vuitton, co dopełni ostatecznie naszego awansu cywilizacyjnego.

Udałam się do vitkAca nie na zakupy, ale na zwiad, bo na otwarciu nie mogłam być. Nawet ktoś jak ja, kto ma większą niż przeciętna styczność z tzw „luksusami” czuje się onieśmielony, gdy ma przekroczyć próg czarnego, groźnego palazzo in fortezza. Gdy już wejdzie, onieśmielenie wzrasta, bo trzeba pokonać kolejne ekskluzywne przestrzenie, gdzie czekają uśmiechnięte i (lekko znudzone) ekspedientki, równie eleganckie, jak wszystko, co znajduje się na półkach.

Prada, Chanel i Louis Vuitton nie zdecydowały się jednak zaatakować wygłodniałej luksusu Warszawy. Za to zamiast nich, zaraz przy wejściu na prawo – Bottega Veneta, na lewo Gucci, obie firmy kaletnicze z Włoch, niegdyś małe, dziś korporacyjne, w czołówce światowej mody. Całą powierzchnię półek na parterze zajmują torby, co zrozumiałe będzie tylko dla kogoś, kto wie, że w ciągu ostatnich 10 lat droga i markowa torba, zwana „it” stała się najważniejszym znakiem statusu finansowego, wypierając z tej pozycji biżuterię, futro i zegarek. Ubrania znajdują się poziom niżej, co oddaje hierarchię wartości we współczesnej modzie.

Informacji o cenach w vitkAcu nie ma na wierzchu. Ciekawe, bo nawet w drogich sklepach za granicą ceny są na wystawie (poza najdroższymi jubilerami, gdzie bywają sześciocyfrowe) głównie dlatego, żeby personelowi nie zawracali głowy pytaniami ci, których i tak nie stać na zakupy.

Zapytałam. Bottega Veneta: od 4 tys do 30 tys, Yves Saint Laurent od 4 do 14, Likus Concept od jednego tysiąca ( ze Tshirt) do 20 za najdroższe rzeczy. W YSL także na dole są tylko torby, do ubrań trzeba zejść w dół (dziewczyna w bardzo wysokich szpilkach przymierza jeszcze wyższe szpilki). Dalej był Diesel i Gucci, Armani jeszcze nie otwarty.

Tzw. multibrandowym butikiem jest Likus Concept Storez zawartością marek bardziej niszowych, choć nie mniej drogich: Balmain, Ann Demeulemeester, Maison Martin Margiela, Rick Owens. Kolekcja zimowa jest na wyprzedaży – 30% zniżki. Ciuchy owszem fajne, ale najbardziej w koncepcie podoba mi się dekoracja. Ściany wyłożone są półkami ze starego drewna, na których ustawiono książki. Setki, tysiące książek. Polskie, zagraniczne, stare, stoją leżą w malowniczym nieładzie. Niezorientowanym w najnowszych trendach wnętrzarskich spieszę wyjaśnić, że obecnie książka jest najbardziej pożądanym przedmiotem dekoracyjnym, często zresztą dla ułatwienia występującym w postaci tapety. Parę metrów bieżących literatury dodaje prestiżu, podnosi status każdej przestrzeni, szczególnie sklepowej. Status nie finansowy, ale intelektualny, oczywiście. Niektórzy nawet mogą posunąć się do tego, żeby książkę przeczytać. Ciekawe, czy w Warszawie ubywa księgarni dlatego, że literatura przenosi się do butików z ciuchami?

Nie zadałam, personelowi pytania, czy dużo jest w vitkACu klientów, kto tu kupuje i jak idzie sprzedaż. Odpowiedzi nie spodziewam się, na takie pytania odpowiadają właściciele sklepików spożywczych, właściciele luks butików nigdy. Ktoś jednak kupuje, chociaż w całym obiekcie naliczyłam nie więcej, niż dziesięć osób. Jednak właściciele, krakowska rodzina Likusów szykują otwarcie następnych marek.

W listopadzie, poniżej informacji o otwarciu sklepu, internauta napisał, że przy wejściu do vitkAca powinno postawić się dwa luksusowe dobermany wyczulone na puste portfele. Rozszarpywałyby na miejscu każdego, kto nie ma stu tysięcy w kieszeni. Ja wyszłam cało, chociaż miałam w portmonetce tylko stówę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

199,80. Płacę.

11 sty 2012

Znalazłam się na zaimprowizowanej kolacji w niewielkiej grupie znajomych. Dwóch profesorów uniwersyteckich, szefowa wydawnictwa, redaktor naczelny ambitnego magazynu. – Telewizja jest beznadziejna, padło jednogłośne orzeczenie kolacyjnego gremium, niezbyt zresztą odkrywcze.

-Nie płacę abonamentu, nie będę finansować tego chłamu – dodali.

Z wypowiedzi wszelako wynikało, że coś tam jednak oglądają. A to wiadomości, a to film.

Zresztą praca każdego z nich wymaga orientacji w tym, co się dzieje w życiu publicznym. Czyli przynajmniej oglądania programów informacyjnych, bo nie sądzę, żeby chcieli skupić się na dziejach rodziny Mostowiaków.

Telewizja publiczna jest beznadziejna, komercyjna jeszcze gorsza, zgadzam się. W naszej rodzinie oglądamy ją, jak obliczyliśmy, mniej więcej 120 minut tygodniowo, czyli sporo mniej, niż wynosi średnia krajowa. Ale abonament płacę, ponieważ po pierwsze, uważam, że sam II program Polskiego Radia, którego jestem wierną słuchaczką, wart jest 199,80 zł rocznie. I wiem, że oni, jako rozgłośnia z kulturą i świetną muzyką obrywają najbardziej za tych, którzy nie płacą, bo na Woronicza i tak sobie poradzą.

Po drugie, według prawa, ktoś, kto ma telewizor i radio, płaci. Więc płacę. Jak chcemy mieć państwo prawa, to się do tego przyłóżmy sami. Niech wyznawcy „nieposłuszeństwa obywatelskiego” przysięgną, że nie mają telewizora, nie widzieli nigdy twarzy Kamila Durczoka, Piotra Kraśki i Moniki Olejnik.

W Polsce jest ponad 13 milionów gospodarstw domowych. W prawie każdym jest odbiornik TV i radio. Mamy 17 milionów samochodów osobowych, praktycznie w każdym jest radio, od którego też się należy abonament – oddzielnie, albo w ramach abonamentu domowego. Znam takich, co telewizora nie maja, radio mają wszyscy. Jeśli dwie trzecie użytkowników nie płaci, mamy do czynienia z nieposłuszeństwem obywatelskim na niespotykaną skalę.

- Zapłacisz abonament, obejrzysz wszystko za darmo w Internecie – to nowy pomysł prezesa TVP Juliusza Brauna. Rozśmieszyło mnie to – ten sam chłam oglądać, tylko w komputerze? Władze miotają się w pomysłach, czy odciągnąć nam te pieniądze od elektryczności czy od podatku. Może od ceny chleba, wszak tv to chleb powszedni.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W kuchennych oparach (absurdu)

03 sty 2012

Nie wiem, czy Martha Stewart nadal prowadzi swoje programy o gotowaniu i urządzaniu domu. Bardzo lubiłam oglądać je rano w telewizji amerykańskiej w czasie moich niezbyt licznych i krótkich pobytów w Stanach. Widziane z perspektywy polskiej były jak bajka, może z amerykańskiej to wygląda inaczej. To, co Martha robiła, radziła, jak gotowała, całe jej otoczenie, wszystko było nierealne. Jej kuchnia miała powierzchnię sali gimnastycznej, sama szuflada na trzepaczki do piany mieściła 15 rodzajów tego narzędzia.

Jej rady: żeby w kanapkach do szkoły wycinać różyczki i serduszka, bo wtedy dzieci chętniej jedzą (już widzę to o siódmej rano), na przyjęcie obszywać krzesła tym samym materiałem, co obrus i specjalnie uszyte serwetki… To wszystko było na pograniczu fantazji i absurdu.

Ale zaczynam się zastanawiać, czy z zachowaniem wszelkich proporcji, my również nie zmierzamy w stronę czegoś takiego. Przekonałam się o tym w czasie rajdu po sklepach internetowych z wyposażeniem domu, które zwiedziłam przed Bożym Narodzeniem szukając prezentów. Jako człowiek nowoczesny, choć nie taki znów młody, postanowiłam wszystkie prezenty kupić w tym roku w Internecie. Wycieczka okazała się kształcąca, ale wnioski były ponure. Okazało się, że w mojej własnej kuchni dysponuję wyposażeniem więcej niż ubogim.

Nie wiem, jak w tych warunkach zdołałam wychować troje dzieci nie zamorzywszy ich głodem.

Weźmy przyrządy służące do przygotowywania codziennych posiłków dla rodziny. Nie posiadam stalowej rękawicy do otwierania ostryg, noża do ostryg, ani narzędzia do krabów i krewetek. Jak mogłam tak długo obejść się bez młotka do homara oraz zestawu czterech widelców do owoców morza, nie wiem. Jakże inaczej wyglądałoby życie moich domowników, gdybym na przykład miała wykrawacz do ravioli kwadratowy i okrągły oraz nakładkę do lanych klusek ze szpatułką. Sznurek do pieczeni oraz pęseta do ości ryb są u mnie również na liście braków, chociaż jestem kobietą gotującą i piekącą od wielu lat.

Stosunkowo nienajgorzej przedstawia się u mnie wyposażenie w silikony, ale tylko dlatego, że dostarcza mi ich mieszkająca w Stanach przyjaciółka. Jak wiadomo, od kiedy przestali wypychać nimi biusty, trzeba było je zagospodarować. Ponieważ silikon wytrzymuje temperaturę do 340 stopni, okazał się idealny do kuchni. Nie mają Państwo jeszcze niczego z silikonu? To zaniedbanie należy nadrobić. Macie do wyboru: siateczkę do wkładania do garnka do gotowania na parze, zgrabne pudełeczko-trumienkę do przyrządzania ryby w piekarniku, parownik sitko do ułożenia na garnku, formy do ciasta, lejki, sitka do gotowania, rękawiczki kuchenne, podstawki pod garnek, łopatki do omletów…

Posiadacie jedna deskę do krojenia mięsa, chleba, jarzyn, ryb? Błąd. Dowiedziałam się, że powinnam mieć cztery, ponieważ wyżej wymienione produkty wchodzą ze sobą w niekorzystne interakcje (ciekawe czy w żołądku też). Dałam odpór eleganckiemu zestawowi czterech desek w etui, gdyż niestety nie miałabym tego gdzie postawić. Dalej – przyrząd (maleńki na szczęście) tareczka do pocierania czosnku. Dla tych, którzy czosnku nie tolerują, jedyne, co zniosą , to echo zapachu. Ale gdyby już jakiś desperat zdecydował się zjeść ząbek czosnku w całości, to niech pamięta, że na kawałeczki potnie go tylko okrągły przyrządzik na kółkach, specjalnie do tego przeznaczony. Mnie to się na razie nie udało, chociaż pocierałam kółkami wedle instrukcji, lecz zamierzam ćwiczyć…

Zanim przystąpimy do gotowania najzdrowszych dań z jarzyn i owoców zaopatrzmy się w specjalne przyrządy do obierania: pomarańcz, grejpfrutów, szparagów, marchewki, kiwi, czosnku, ananasa, jabłek (napędzany korbką), w szpikulce do kukurydzy oraz wycinak gniazd z jabłek i gruszek. Żeby sałaty miały finezyjny smak, niezbędny będzie siekacz do warzyw i ziół oraz shaker do sosów.

Jeśli po cebuli ręce brzydko pachną, nie ma sprawy: metalowe coś a la mydełko usunie zapachy.

Dobra gospodyni nie wyobraża sobie podania na stół truskawek nie wydrylowanych. Sprawę tę rozwiążemy zaopatrując się w drylownik do truskawek (jedne 15 złotych). Drylownik do wiśni przyda się przy konfiturach i nalewkach. Do sałaty proszę nie zbliżać się bez specjalnych nożyc, masło nabieramy wyłącznie przy użyciu profesjonalnego noża do rozprowadzania masła. Powinniśmy bezwzględnie posiadać także dwa oddzielne narzędzia tnące – jedno do otwierania torebek plastikowych, drugie do otwierania opakowań plastikowych.

Kuchnia polska jest bardzo smaczna, ale dzisiaj nowoczesna gospodyni wyznaje fuzję.

Przejdźmy zatem do kulinariów egzotycznych. Woka nie może zabraknąć w żadnej kuchni, podobnie jak silikonowej maty do sushi oraz stożkowatego naczynia do gotowania marokańskiej zapiekanki tajine. Polska kucharka powinna mieć także świadomość, że kluski krojone na maszynie do krojenia makaronu smakują inaczej niż krojone ręcznie. Tester do makaronu oraz duży nóż do pizzy zagwarantują, że goście nie zarzucą nam zacofania.

Panie i panowie! Święta wprawdzie minęły, ale będą następne. Czas zmodernizować kuchenny park maszynowy. A potem – do rondla! Chyba, że macie zamiar kupić coś gotowego albo iść do restauracji. Przecież to o tyle prostsze.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ambasada Rosji zaprasza na pokaz mody

16 gru 2011

Pierwszą trudnością było przedarcie się przez kordon strażników, bo zaproszenie gdzieś mi przepadło w redakcji. Ale legitymacja prasowa, dwa telefony do organizatorów zadziałały i już po chwili stałam w marmurowym hallu Ambasady Rosji przy ulicy Belwederskiej. Marmury, kolumny, kandelabry, dywany (fabryczne), czyli palazzo in fortezza w stylu soc.

Nie przypuszczałam, że tu kiedykolwiek trafię, a już żeby na pokaz mody? – Witam państwa z przy tej świątecznej okazji, zapraszamy na pokaz letniej kolekcji firmy Potis&Verso, powiedział Aleksander Aleksiejew, Ambasador Nadzwyczajny i Pełnomocny Federacji Rosyjskiej w sali z kryształowymi żyrandolami, podłogami w mozaikę, stiukami oraz malarstwem pejzażowym.

Widownia, jak na pokaz mody, mało typowa. Nie ma Edyty Herbuś, Małgorzaty Kożuchowskiej ani Tomasza Jacykowa. Brak czerwonego dywanu i tłumu fotografów polujących na celebrytów.

W trzech rzędach siedzą panie w garsonkach (średnia wieku 50 plus), panowie z brzuszkami w garniturach. Ubiory w stylu nie wskazującym na większe zainteresowanie modą. Wokół słychać język rosyjski. Czy to korpus dyplomatyczny Rosji czy też staff handlowy, trudno powiedzieć. Atmosfera jest raczej poważna.

Pokaz zaczyna się punktualnie, zważywszy, na co najmniej godzinne spóźnienia na w-s-z-y-s-t-k-i-c-h tego rodzaju warszawskich imprezach (bo w Paryżu też tak jest – uważają polscy organizatorzy) jest sytuacją godną naśladowania. Wychodzą dwie modelki w letnich trenczach, za nimi przystojni młodzieńcy w ciemnych garniturach. Po czym następuje korowód letnich sukienek, spodni z bluzkami i garsonek. Różnokolorowych, dopasowanych do ciała, długości przyzwoitej. Piękne modelki przepleciono raz po raz młodzieńcami w szytych na miarę ubraniach firmy Norman. Pokaz kończy biała suknia ślubna z falbanami flamenco. Finałowa defilada modelek odbyła się w asyście bladych oklasków. Autor dzieła nie ukazał się publiczności, jak zwykle po pokazie.

Szkoda, ciekawe byłoby go zobaczyć.

Po czym publiczność z entuzjazmem udała się do sali bankietowej, gdzie czekały nakryte stoły. Podobno jesiotr był smaczny, sałatka jarzynowa takoż. Gorzej z dwudziestoma obrazami Joanny Sierki, na które można było rzucić okiem znad ryby. Tematyka baśniowo-realistyczna, mam wrażenie, że w galerii pani Napiórkowskiej cieszyłyby się dużym zainteresowaniem. Podejrzewam, że dla autorki rosyjskie zamówienie było kontraktem życia.

Rozumiem, że Ambasada nie musi znać się na modzie, nie tego od niej oczekujemy. Ale Panowie Rosjanie, od Was spodziewaliśmy się rozmachu na miarę Judaszkina. A zobaczyliśmy elegancję sekretarek w stylu środkowych lat 90. Poprawną lecz bezbarwną. Czy ten, kto ubrał modelki w granatowo-czerwono-białe sukienki z pasującymi do nich czerwonymi bucikami i torebkami, nie był nigdy w Zarze, H&M? Nie oglądał żadnego magazynu? Wystarczyłoby przejść się Nowym Światem, żeby stwierdzić, że to, co pokazała mołdawska firma Potis&Verso jest tym, co oglądamy w sklepach od lat.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop