Rozmowa kilku koleżanek w redakcji zaczęła się od operacji plastycznych, zabiegów kosmetycznych, odchudzania, itp rzeczy, o których rozmawiają kobiety, kiedy w pobliżu nie ma mężczyzny. Od tego, że lifting, który niedawno uważano za luksusowy kaprys bogaczy stał się rzeczą powszechnie praktykowaną, botoksy robi się w przerwie obiadowej, zabiegi kosmetyczne to banał. I że kobiety, które ich nie robią, uważane są za cywilizacyjnie zapóźnione.
Słowo do słowa, zeszłyśmy na sprawy wieku. Społecznie i statystycznie, co media już stwierdziły, dzisiejszy trzydziestolatek ma lat 20, czterdziestolatek 30, itd. Czujemy się po prostu o dekadę młodsi niż wskazuje metryka. Chyba żeby ktoś się przyznał, że się nie czuje, ale nie znam nikogo takiego. Słowa starość, emerytura nie przechodzą przez usta nawet sześćdziesięciolatkom. Dzisiaj wszyscy są młodzi. I zawsze będą.
Z obowiązku zawodowego obejrzałam niedawno film „Seks w wielkim mieście” część II.
Mimo że wymęczyłam się, to jednak tych nudnych dwóch godzin w kinie nie uważam za całkiem stracone. Dały mi do myślenia, jak bardzo w górę przesunęła się granica młodości. Ciekawe, o ile będzie ją można jeszcze w górę wyciągnąć. Do siedemdziesiątki?
Ile naprawdę lat mają cztery bohaterki filmu, trudno stwierdzić, przypuszczam że razem ponad dwie setki. W każdym razie wystarczająco dużo, żeby wreszcie autorzy filmu przestali je lansować jako demony seksu. Bo jak na demony seksu są to prostu, żeby użyć określenia Boya Żeleńskiego, stare pudła.
Ten chałowaty film, który nie zasługuje nawet na ćwierć gwiazdki, obejrzą jednak miliony. I część z nich, zwłaszcza pań, utwierdzi się zapewne w przekonaniu, że taki jest obowiązujący współcześnie model kobiety. Czyli mając wiek prawie dwa razy balzakowski (przypominam, że było to lat trzydzieści) wyglądać, ubierać się i zachowywać jak nabuzowana nastolatka.
Moja dawna koleżanka szkolna, pani tak, jak ja, dobrze po pięćdziesiątce na swoim facebooku w rubryce zainteresowania wpisała: mężczyźni, randki, związki. Rozumiem, że ktoś może czuć sie samotny. Nie odmawiam nikomu prawa do poszukiwania bliskiej osoby, ale wielkość dekoltu na zdjęciu tej pani jednoznacznie wskazywała, o co jej chodzi. Jak pamiętam ze szkoły, nie była nigdy intelektualistką, ale sądziłam, że jednak z wiekiem namiętności trochę jej wystygną. Myliłam się.
Kiedy oglądam w kolorowych pismach zdjęcia Grażyny Szapołowskiej, Katarzyny Grocholi czy Beaty Tyszkiewicz w pozach i ubiorach śmiałych, z rysami i ciałami pracowicie wyfotoszopowanymi, zastanawiam się, czy te panie nie myślą, co o tych zdjęciach myślą ludzie z pokolenia ich dzieci, żeby nie powiedzieć wnuków. Czy naprawdę babcia w pozie erotycznej to jest to, co im się podoba? Czy ktoś im nie powie, żeby uchroniły się przed śmiesznością?
Właśnie zrobiły się upały i na ulice wyroiły się panie w wieku, jak dawniej się mówiło, trolejbusowym (warszawskie trolejbusy w latach 60 miały numery zaczynające się od 50). W legginsach na dużych pupach i brzuchach, obcisłych trykotowych bluzkach na sporych rozmiarów biustach. Bardzo seksi.
Pewien mój znajomy twierdzi, że na starość kobiety albo krowieją albo szkapieją. Zauważam, że drugiego gatunku jest u nas znacznie więcej. Łaskocząc biustami pasażerów w metrze uważają się za pociągające. Jak Sarah Jessica Parker, chociaż tamta jest chuda jak szczapa i dokładnie zliftingowana.
Swoją drogą granica tu jest cienka. Dlaczego nie przekracza jej nigdy Meryl Streep, aktorka, na której filmy ciągną miliony? Dla niej samej, chociaż ma 60 lat, do czego się przyznaje. Bronią jej inteligencja, wyczucie, takt. W wywiadzie dla Vanity Fair zapytana o to, o czym marzy, powiedziała dziennikarzowi „proszę pana, ja cieszę się, że żyję i jestem zdrowa! Tylu moich znajomych i przyjaciół umarło”.
„Tak bywa z kobietami. Gdy starzeją się, każdy promień uroku i młodości na ich twarzy zdaje się więcej urodą i powabem, niż sama młodość. Lecz za to, gdy starają się te powaby sztucznie zatrzymać- starość rażąco wyłazi z nich wszystkimi porami” .Tak pisze 47 letnia Maria Dąbrowska, której dzienniki ( 13 tomów, pełna wersja) właśnie czytam. Święte słowa, nawet po 74 latach.
Wpisy w kategorii „Bez kategorii”
Babcia demonem seksu
8 cze 2010Z frędzelkami na prezydenta
24 maj 2010Wybory za chwilę, a my jeszcze nie przyjrzeliśmy się uważnie kandydatom. Który elegancko się prezentuje? Który modnie ubiera i ładnie uśmiecha? Który jest dżentelmenem? Ale oto dziennik Polska powołał grupę ekspercką, która oceniła wygląd i odzież prezydentów in spe.
Ogólnie społeczeństwu najbardziej podoba się kandydat Olechowski. Wysoki, przystojniacha. Jednak lustracja odzieżowa Olechowskiego odkryła jego kompromitującą przeszłość. -Nie, nie nadaje się, stwierdza światowej sławy stylista Tomasz Jacyków. – Jeszcze cztery lata temu to była chodząca modowa tragedia. Do końca życia zapamiętam go w mokasynach z frędzelkami.
No tak, rzeczywiście, frędzelki pogrążają Olechowskiego. Nie wiadomo, czy się z tego kiedykolwiek wydźwignie.
Kandydat Pawlak także jest bez szans. Nie pomogła zmiana śliwkowych garniturów na szare. -Wygląda jak grabarz, diagnozuje ekspert Jacyków. Komorowski trochę lepiej – ” przynajmniej średnia europejska”. Jarosław Kaczyński wywołuje tylko ciężkie westchnienie. „ Nie ma o czym mówić”, macha ręką stylista gwiazd. Lidera SLD tym razem oszczędzono, ponieważ ekspert go „w ogóle nie kojarzy”.
Inny członek grupy eksperckiej, profesor fryzjerstwa Tomasz Kaleta poddaje szczegółowej analizie pożyczkę oraz położenie przedziałka Waldemara Pawlaka. Niestety i tu są poważne odstępstwa od normy. „Zaczes na pożyczkę nie zasłania problemu, tylko go uwypukla. Odciąga wzrok od twarzy i kieruje go właśnie na łyse miejsca. Kandydat musi też zmienić przedziałek. Tak niski wygląda źle”
Ostrzeżenie otrzymuje też Bronisław Komorowski. Nadeszło od analityka uwłosienia Mirka Rusecka z katowickiej Akademii Fryzur Berendowicz&Kublin. „Wąsy zgolić! Musi też bardziej dbać o fryzurę, przy tej długości włosów szczególnie trzeba dbać o regularne wizyty u fryzjera”.
Pora zajrzeć w zęby kandydatom na najwyższy, bądź co bądź, urząd w państwie. Tym problemem zajął się podstolik stomatologiczny. Niestety i tu wystąpiły poważne uchybienia. „Najczęściej brakuje im zębów przedtrzonowych, a istniejące kolorem bardziej przypominają kawę z mlekiem niż mleko”, wzdycha dr Danuta Borczyk, założycielka Polskiej Akademii Stomatologii Estetycznej i zaleca natychmiastową wizytę u ortodonty i protetyka.
No cóż, dźwigamy się powoli z zacofania cywilizacyjnego, ale wiele jest jeszcze do nadrobienia.
Z pomocą Tomasza Jacykowa pójdzie nam na pewno lepiej. Poradzimy sobie i z frędzelkami i z pożyczką na zakola.
Wszyscy mówią, słuchacz poszukiwany
8 maj 2010Wracając z Mazur pustym samochodem zabrałam w Drobinie panią, która stała na przystanku autobusowym z walizką i machała na autostop. Wsiadła i zanim zdążyłam włączyć się do ruchu, rozpoczęła swoją opowieść. Po przejechaniu trzydziestu kilometrów znałam życiorys jej, jej siostry, szwagra (niestety pije) dwóch siostrzenic, problemy z kredytem, mieszkaniem oraz kręgosłupem. Potok wymowy płynął nieprzerwanie, co nawet było mi na rękę, bo nie musiałam ani zadawać pytań, ani odpowiadać. Moja pasażerka, osoba w wieku na oko czterdziestu pięciu lat, jak się dowiedziałam kasjerka w supermarkecie, potrzebowała widocznie słuchacza. Nie oczekiwała ani zrozumienia, ani wzajemności, ani nawet zainteresowania. Nawet nie musiałam udawać, że jej gadanie mnie interesuje. Recytowała swój monolog, tak jak w barze lub pociągu opowiada się intymne historie przygodnej osobie, wiedząc, że nie spotka sie jej drugi raz. Byłam dla niej tylko cieniem, prawym profilem .
W dalszym ciągu mnie to dziwi, chociaż wiem, że w dzisiaj ludzie zwierzają się bez oporów i nawet bez zaproszenia. W tokszołach, wywiadach dla pism, które czytam u fryzjera, u Ewy Drzyzgi, w tramwaju i pociągu. Na cały głos publicznie wykrzykują do komórki opowieści o randkach, narzeczonych, problemach zdrowotnych, tłumaczą, jak rozwiązać zadanie z fizyki i jak ugotować pomidorową.
-Musi się Pan nasłuchać, powiedziałam do taksówkarza, trochę zażenowana, gdyż musiałam w czasie jazdy odebrać telefon od koleżanki (omówiłyśmy tylko sprawę spotkania, bez szczegółów intymnych). -Nawet nie wie pani ile. I czasem uszy mi więdną ze wstydu, odpowiedział taksówkarz – Młode dziewczyny opowiadają o seksie takie rzeczy, jakim językiem! W ogóle się nie krępują. Jakby mnie tu nie było.
No coż, w pismach kobiecych uczą, że trzeba pozbyć się zahamowań i o wszystkim rozmawiać otwarcie. Więc uwalniamy się od ciężaru i opowiadamy. Nieważne komu i czy chce słuchać. Więcej tych, co mówią, niż tych, co słuchają.
Pod Płońskiem wkurzyłam się i postanowiłam wrócić do audiobooka, którego słuchałam przed zabraniem tej pani. Bez słowa wyjaśnienia, dlaczego na jej relację nakładam głos aktora.
W końcu ona też mnie nie spytała, czy mam ochotę na wynurzenia. Zamilkła zdziwiona i chyba nie wiedziała, po co mi takie nudne gadanie (to była Zbrodnia i Kara, dosyć marnie czytana, swoja drogą). Od czasu do czasu próbowała znowu nawiązać rozmowę, ale nie reagowałam. Wysiadła pod mostem Toruńskim.
Czy mezalians jeszcze istnieje?
26 kwi 2010Zadzwonił kuzyn z Paryża żeby zakomunikować mi wiadomość o śmierci Oliviera de La Baume, francuskiego dyplomaty, ktory na przełomie lat 70 i 80 był sekretarzem ambasady Francji w Warszawie. Przyjaźniliśmy się wtedy, potem kilka razy jeszcze spotkałam go w Paryżu. Przegrał 10 letnią walkę z białaczką.
Przy okazji tej rozmowy mój kuzyn, prawnik i finansista, mądry i uroczy człowiek, zwierzył mi się, że jego córka, która 40 lat przeżyła w stanie wolnym, ma poważnego narzeczonego. I ten narzeczony w odróżnieniu od poprzednich, których rodzina nie popierała, rokuje pozytywnie. -Po pięćdziesiątce, rozwiedziony, ale czego oczekiwać, ona ma 41 lat, westchnął kuzyn. Po czym dodał -Ale nie jest elegancki.
-Co chcesz przez to powiedzieć? spytałam. Czy masz na myśli to samo, co królowa Elżbieta, gdy o ludziach niższego stanu wyrażała się uprzejmie „-It’s not quite our class, darling” (INQOCD, w skrócie.) – Coś w tym rodzaju -padła odpowiedź. Tu wyjaśnienie. Kuzyn (nie od mojej strony, niestety) pochodzi z jednej z najstarszych rodzin arystokratycznych we Francji, z praprzodkiem gdzieś w okolicy Kapetyngów.
Niespecjalnie mnie to zdziwiło. We Francji hierarchia społeczna trzyma się mocno. Przekraczanie granic swojej klasy w środowisku tzw vielle France przyjmowane jest wciąż z niepokojem. Oficjalnie się o tym nie mówi, ale problem znajduje ujście w burzliwych rozmowach w ściśle rodzinnym gronie.
Tytułomanię wciąż się praktykuje: contessy i hrabiowie trzymają się we własnym kręgu, zinwentaryzowani w Bottin Mondain, katalogu arystokratów, zamków, podupadających rezydencji i światowych koneksji.
Na wiadomość o tym, że córka pewnej tzw „dobrej” rodziny spotyka się z Polakiem, jej rodzice zareagowali – A coż to jest ten jakiś …(tu pada nazwisko)? Fakt, że młody człowiek skończył ENA, jedną z najlepszych uczelni we Francji , zajmuje wysokie stanowisko w agendzie rządowej, a rodzice są wykładowcami francuskiej uczelni ich nie zainteresował. Za to arystokratyczna córeczka i jej dwie siostry nie skalały się wykształceniem.
A u nas? Dawniej nazywało się to mezalians. Niejedną łzę w tej sprawie wylano, niejedna wybuchła awantura rodzinna, niejedna książka sprzedała się w dużym nakładzie. I wydawało się, że rzecz się zdezaktualizowała.
Czy na pewno? Mam wrażenie, że wciąż pozostaje żywa, nawet u nas, choć nie tak, jak za czasów Stefci Rudeckiej i ordynata Michorowskiego. Tylko, podobnie jak u Francuzów, przeniosła się do obiegu nieoficjalnego. Po kanapach i salonach wciąż teściowie i teściowe wzdychają, że panna owszem, miła, ale ta rodzina… Narzeczony, owszem, skończył dobre studia, ale różnice w wychowaniu, zapleczu rodzinnym… prędzej czy poźniej się ujawnią. Jeśli po pewnym czasie rzeczywiście związek się nie sprawdzi, z pewną dozą satysfakcji rodzina stwierdzi – A nie mówiłem? Człowiek powinien się wiązać we własnym kręgu.
Czy dzisiejszy, przepraszam za to słowo, mezalians, ma podłoże społeczne czy majątkowe? A może chodzi o wykształcenie? Znany mi pewien (pozornie) szczęśliwy związek pani doktor medycyny, z ziemiańsko -inteligenckiej rodziny z rolnikiem ze wsi pod Łomżą jest czasem komentowany wśród znajomych. Dziwią się, ale tylko nieoficjalnie.
Jeżeli działać, to nie indywidualnie…
13 kwi 2010W sobotę, podobnie jak tysiące, dziesiątki tysięcy mieszkańców Warszawy, poszliśmy złożyć kwiaty i zapalić świeczkę przed Pałacem Prezydenckim. Przyjść, zapalić światło i postać w milczeniu. To wszystko, co nam pozostało. Język jest bezradny wobec tej katastrofy.
Ile razy można powtórzyć słowo tragedia?
Do miejsca, gdzie leżały znicze, nie można było się dopchać – jedni próbowali dojść, inni wychodzili. Podawano sobie światła od jednej osoby do drugiej, harcerze sami je zapalali. Największą sprawnością wykazali się sprzedawcy zniczy i kwiatów. Wiadomo, biznes.
Tłum i brak organizacji, to jak wiadomo polska choroba narodowa. -Jakby to było w Szwajcarii, albo w Niemczech, powiedziała moja przyjaciółka, zaraz by się zorganizował ruch dwustronny – ci w jedną, tamci w drugą. I szłoby sprawnie.
No cóż, my nie Szwajcaria. Ale biorąc rzecz z drugiej strony, czy w Szwajcarii przyszłoby tyle ludzi, co w Warszawie w sobotę na Krakowskie i w niedzielę na trasę przejazdu kawalkady z trumną? Nikt tego nie sprawdzi. Ale kto wie, czy człowiek dobrze zorganizowany nie miałby w tym czasie do załatwienia spraw pilniejszych niż pielgrzymowanie do miejsca pamięci…
To była wspólnota fizyczna: czasu i przestrzeni. Nieporównywalna z żadną wspólnotą w przestzreni wirtualnej. Jak już pisałam w tym miejscu, od niedawna jestem na Facebooku. W momencie zapisywania się do tej największej gromady internetowej, nie bardzo kojarzyłam, co z tego może wyniknąć. Jestem człowiekiem aspołecznym. Niewyraźnie czuję się w organizacjach, stowarzyszeniach, itp. Statuty, zarządy, struktury budzą we mnie skojarzenia kabaretowe. Nawet zebrania szkolne przypominają mi Gombrowicza i prowokują do głupich żartów… (Tylko nasza cudowna wychowawczyni, matematyczka Beata Szlachcic, ze szkoły Przymierza Rodzin potrafiła taktownie rozbroić najnudniejsze pytania rodziców…)
Ale mój niedorozwinięty instynkt społeczny natrafił na facebooku na dogodne miejsce do ćwiczeń. Bo F to spontaniczna wylęgarnia wspólnot bez statutów, zarządów i zebrań. Założyłam grupę “ciszej w przestrzeni publicznej”, która ma na celu walkę z otępiającą rąbanką, jaka otacza nas w sklepach, supermarketach, knajpach, taksówkach, itp. Moja grupa liczy już 126 członków, co jak na Facebooka jest niewiele, bo tam skrzykują się kluby liczące po parę tysięcy.
A jednak poczułam, że nie jestem jedyną awanturnicą, która zaraz po wejściu do lokalu publicznego prosi o ściszenie. Teraz wiem, że podobnych wariatów jest więcej.
Jak to w Internecie, na Facebooku odkrywa się różne, najbardziej egzotyczne powody do stowarzyszania się. Takie globalne drobiazgi. Wspólnota pt “Moje życie potrzebuje ścieżki dźwiękowej” zrzesza tych, którzy uważają, że są takie momenty w życiu, którym powinna towarzyszyć muzyka… Klub “kiedy daję komuś gumę do żucia, nie mów, że mam gumę w kieszeni”… Grupa “Kiedy tęsknię za toba, czytam dawne nasze smsy i uśmiecham się”.
Te grupy, jakkolwiek dziwacznie by nie brzmiały ich nazwy, miewają po 100 tysięcy członków.
Są kluby fanów marek – coca cola ,pięć i pół miliona fanów. Są grupy narodowe – na przykład “Zakładam się, że Polska może mieć milion fanów szybciej niż jakikolwiek inny kraj w Europie “ 150 tys. Trzeba przyznać, że na Facebooku Polacy naprawdę organizują się wzorowo.
Są grupy, ktore udają akcje promocyjne na przykład -MacBook dla każdego członka. Mieliby ochotę coś przetestować za darmo. Tylko kto da coś milionowi ludzi do testowania? Ważne są zgrupowania o wspólnych zainteresowaniach. Fani publicznych instytucji kulturalnych -Tvp Kultura, Zachęta, Muzeum Narodowe, Filharmonia. Są zloty polityczno społeczne – antyeutanazja, aborcji mówię nie. Ich członkowie wypowiadają się, zapraszają, komentuja, reagują. Czasem ktoś dołącza dla szpanu, ale przeważnie autentycznie.
Jak patrzysz na profil, możesz wysondować, kto jest kim. Bo każdy tworzy własny zespół cech i poglądów, który mówi za niego. Pojawia się na akcja – dzisiaj idźmy zapalić znicz pod Pałacem Prezydenckim, z okazji 27 stycznia, dnia pamięci o Holokauście zapalmy świeczkę w oknie. Można się potem spotkać w życiu realnym, bo działa system potwierdzania obecności.
Nigdy człowiek nie wiedziałby tyle o tym, co się dzieje w jego mieście, gdyby nie Facebook.
Może ktoś tego nie lubić, nie chcieć w tym uczestniczyć, może to są rzeczy płytkie i powierzchowne. Niektóre tak, inne nie. Ale czasem naprawdę może zadzierzgnąć się duch wspólnoty. Facebook to narzędzie, które zbliża ludzi, jakkolwiek banalnie by to zabrzmiało.
Noś przy sobie lusterko, czyli wagina zaprasza
8 kwi 2010Po raz pierwszy w życiu ogarnął mnie szczery żal, że nie mam córki. Bo gdybym miała, to razem z nią mogłabym uczestniczyć w Dniach Cipki, które organizują 9 kwietnia Boyówki Feministyczne, a na które zaprasza wydawnictwo Czarna Owca. Gdy przeczytałam program tego prawdziwie rewolucyjnego wydarzenia, zdałam sobie sprawę, w jakiej ciemnocie tkwiłam przez całe życie.
Nic to, najważniejsze, że mam szansę nadrobić to teraz, i to tylko w kilka dni dni.
Czegóż tam nie mamy? Wykład Agnieszki Delfiny “I love my vagina”, rysunki i kolaże Marty Zdulskiej, dyskusja nad książką “Kobieca ejakulacja i punkt G” Agnieszki Weseli, historyczki seksualności i działaczki ruchu queer. Któż lepiej zrozumie kobietę od pani Weseli , współzałożycielki Porozumienia Lesbijek, któż lepiej wytłumaczy, jak doprowadzić siebie do “fontanny” i dlaczego koniecznie każda z nas powinna mieć z a w s z e przy sobie lusterko?
Kobiety, precz od zupy! Musicie wreszcie zdać sobie sprawę, jak byłyście dotąd ciemne, głupie, nieuświadomione! Pora zrozumieć, że jesteście ofiarami patriarchatu, nieświadomymi swojej seksualności tępymi babami. Ogrom waszego zaniedbania i ciemnoty uświadomi wam doktor nauk humanistycznych Alicja Długołęcka, która poprowadzi warsztaty waginalne.
To dla Was szansa! Nadrobicie długoletnie zaniedbania i dowiecie się, jak doprowadzić siebie do orgazmu. Po co Wam mężczyzna? To naprawdę skandal, że wstydziłyście się dotąd mówić o masturbacji. Nie wiedziałyście, że macie wzwód? To przez ten ciemnogród, który zamiast skoncentrować się na rzeczach naprawdę istotnych, zawraca wam w szkole głowę matematyką i historią, nie mówiąc o rzeczach tak bezsensownych, jak wychowanie w rodzinie.
Zabierzcie na Dni Cipki córki, matki, przyjaciółki! Niech wreszcie obudzi się świadomość. Udowodnimy, że chłopy nie są nam do niczego potrzebne. To będzie pierwszy krok do wytępienia tego zbędnego podgatunku, pomyłki przyrody.
Przeszłości ślad dłoń nasz zmiata, dziś niczym, jutro wszystkim my.
Do dzieła, kobiety!
Przelocikiem przez Amerykę
31 mar 2010Co widzi błyskawiczny turysta z Polski przelatujący przez kawałek Ameryki w tydzień?
Widzi niezamykane drzwi domów na przedmieściu, otwarte samochody i porzucone przed drzwiami rowery niczym nie przywiązane. Widzi ludzi, którzy uśmiechają się do siebie na ulicy zupełnie bez powodu. Nie widzi, żeby ktoś wyrzucał śmieci, gdzie indziej niż do kosza. Widzi, że każdy, każdziusieńki samochód zatrzymuje się przed znakiem stop, który jest tu na każdym rogu ulicy i zastępuje światla. I że żaden, lub prawie żaden kierowca nie przekroczy dozwolonej szybkości oraz nie przyjdzie mu do głowy nie zatrzymać się przed pieszym, który dopiero ma zamiar przejść przez jezdnię. Widzi kolejkę grzecznie gęsiego ustawiającą się do mającego nadjechać autobusu i nie rozumie, dlaczego nie stanowi ona skłębionej gromady napierającej na drzwi. Dziwi się, dlaczego paczka przychodzi następnego dnia po wysłaniu, a żeby ją wysłać nie trzeba iść na pocztę, tylko wystarczy włożyć do skrzynki przed domem, skąd wyjmie ją listonosz.
Ale gdy człowiek błądzi po mallu wielkości wojewódzkiego miasta, nie rozumie, po co człowiekowi to wszystko, co można w nim kupić i dlaczego tyle jest tam ohydy. Nie ma ochoty zjeść śniadania w hotelu, bo smak tego, co leży na talerzu niczym nie różni się od smaku samego talerza, także z plastiku. Pociesza się, że szansa na zjedzenie czegoś, co przypomina jedzenie będzie dopiero u znajomych, u których każdy produkt spożywczy ma napis organic. Zastanawia się, czemu w dużym akademickim mieście, siedzibie uniwersytetu ligi bluszczowej, pełnym zapracowanych studentów, którzy przyjechali na studia po 200 tysięcy dolarów, mieście w którym wykształcona populacja mieszka w domach, wokół których chodzą na wolności jelenie, odnotowano największy współczynnik samobójstw w USA.
I w ogóle zastanawia się, czy gdyby miał taki duży, ładny, niezamykany dom na przedmieściu, sąsiada który się do niego uśmiecha, pensję pozwalającą na jarzyny organic, to chciałby tu zamieszkać. Tutaj, gdzie w ogródku wywiesza się flagę, po prostu, samorzutnie, z miłości do ojczyzny.
I dochodzi do wniosku, że nawet gdyby miał to wszystko, to woli kraj własny, dużo mniejszy, bardziej syfny, zaściankowy i w ogóle gorszy.
Niestety.
Spis ludności, czyli donos z Facebooka
17 mar 2010Jestem na Facebooku. Od niedzieli. Trudno, stało się, chociaż jedna przyjaciółka mnie za to potępiła, druga skrzywiła sie z niesmakiem („nie spodziewałam się tego po tobie”), a kilka osób (ze starszej grupy wiekowej zapytało) – facebook, a co to takiego? Przyznaję, że ja sama, jeszcze jakiś rok, półtora roku temu też nie bardzo wiedziałam, o co tu chodzi. Ale może z facebookiem będzie jak z komórką – najpierw uważałam, że bzdura, dziś nie umiem bez niej żyć pół dnia.
Przystąpiłam do tej globalnej wspólnoty twarzy poniekąd z ciekawości, co to właściwie są te portale społecznościowe; poniekąd pod presją syna siedemnastolatka, który od dłuższego czasu prowadził w domu agitację. -Będziesz dostawać zaproszenia na imprezy, będą cię zawiadamiać o wydarzeniach kulturalnych, przekonywał syn. Dziennikarz musi być na facebooku. Trzeba się promować.
No to jestem. Promuję się. Kurs przygotowawczy przeszłam pod okiem instruktora i wiem już z grubsza, czym to się je. Na wstępie przystąpiliśmy do założenia grupy inicjatywnej, czyli policzenia znajomych. Ich zdobywanie jest w wirtualu znacznie prostsze, niż w życiu prawdziwym. Nie trzeba się przyjaźnić, rozmawiać, zapraszać na kolację, znosić humorów. Najpierw z automatu klikanaście sztuk znajomych podrzuca poczta Google, która wyłuskuje ich z listy mailowej. Kowalska? Ok, niech będzie Kowalska, znamy się co prawda mniej niż słabo, ale poznać na ulicy, to się poznamy. Wiśniewski? Może być, czemu nie, kiedyś pracowaliśmy przez dwa lata w jednej redakcji. Jacek K? Wiem, że taki jest, ale nic ponadto. Przy okazji wydało się, kto z prawdziwych znajomych, tych, których bym raczej o to nie posądzała, jest na FB zadomowiony. Dostałam również dziesiatki zaproszeń do bycia czyjąś znajomą, też chyba z automatu. Nie muszę wyjaśniać, że wielu osób, których znajomą miałabym zostać, nie widziałam na oczy. Od tych, których znam, zaproszenia oczywiście grzecznie przyjęłam, bo uczono mnie, że odmówić to potwarz..
Po tych trwających cztery dni czynnościach przygotowawczych, doszłam do skromnej liczby 40 znajomych. Na facebookowe standardy jest to bardzo mało. Janusz Palikot ma 700 sztuk. (Myślałam, że więcej). Zostałam także fanką dwóch organizacji, dwóch pisarzy, jednego angielskiego serialu kryminalnego i kawiarni w opałach finansowych. I na tym narazie poprzestałam publiczną promocję własnej osoby. Nie zamierzam rownież ogłaszać moich myśli ( jest taki wątek na F. -„o czym teraz myślisz”), pisać, co teraz robię, ani zamieszczać zdjęć.
Ale tak naprawdę, żadnego z moich prawdziwych znajomych, ani przyjaciół na tej liście nie ma.
A nawet gdyby byli, to nie planujemy przerzucenia naszych stosunków na Facebooka. Wystarczy, że część przerzuciliśmy na smsy i maile.
Więc właściwie po co zapisałam się na Facebook? Wstyd się przyznać, ale chyba z owczego pędu. Ale może chociaż kawiarni pomogę.
Hurt spożywczy
23 lut 2010Są ludzie, którzy zawsze wszystkiego kupują za dużo. Dotyczy to głównie jedzenia, ale rozciąga się także na inne rzeczy. U mnie w rodzinie takie przypadki są dwa. Kuzynka, rocznik 1939, przeżyła głód i od tej pory aprowizacja rodziny stała się jej misją życiową. Syndrom dziecka wojny: bezpiecznym jest się wtedy, gdy spiżarnia pełna. Jeśli cielęcina, to cały udziec, jeśli pasztet, to wielkości młyńskiego koła, torty, nie mniej niż trzy. Kuzynka przyznaje się do swego syndromu oraz do tego, że nie jest w stanie go zwalczyć. Wychodzi się od niej zawsze z paczką żywnościową, bo dodatkową cechą tej bardzo kochanej skądinąd osoby jest hojność.
Drugim przypadkiem, z którym mocuję się na codzień, jest mój własny mąż. Na jego liście zakupów liczba pojedyncza nie występuje. Kiedy proszę, żeby wracając z pracy kupił mały grahamek i pęczek pietruszki, mogę mieć pewność, że wróci do domu z trzema bochenkami chleba (zamrozi się), dwoma kalafiorami (tak lubię kalafiory, a ty mi nigdy nie zrobisz), kilogramem pomidorów i papryki ( witaminy) itp. Banany leżakują u nas tak długo, aż osiągną barwę intensywnego brązu, jabłka są półzgniłe. Chlebem można by wykarmić internat nastolatków. Wstyd wspomnieć, ile pleśnieje, ile wysycha. Syndrom dziecka wojny w przypadku mego męża nie wchodzi w rachubę, syndrom PRLu owszem, mógłby, chociaż przez 20 lat możnaby się od niego odzwyczaić.
Jeśli mąż jest akurat nieobecny, co często się zdarza, stan zaopatrzenia wraca do normy.
Norma, to moja wersja. Wersja moich panów: głód. Główną oskarżoną w tej sprawie jestem ja.
Co będzie na kolację? wykrzykują w moją stronę stojąc przed lodówką, rzekomo pustą. Argumenty, że kiedy ja robię zakupy, chleb zjada się do ostatniej skórki, nie pomagają. Nasz syn nie przyjmuje do wiadomości, że ostatni (przyznaję, lekko podeschnięty) kawałek sera także może być jadalny. Maniakalnie sprawdza terminy przydatności do spożycia i jeżeli któryś został przekroczony o jeden dzień, jedzenie idzie won do kosza.
Nie wiem zresztą, co w naszym przypadku mógłby oznaczać termin „pusta lodówka”. Połowę jej zawartości stanowią produkty, które mają tam pobyt stały. Słoiczki z resztką tego, co było na obiad dwa tygodnie temu. Trzy otwarte musztardy i cztery chrzany (Boże Narodzenie czy Wiekanoc?). Wyschnięty kawałek parmezanu (zużyje się) i kiełbasy. Itp it. O zamrażarce, w której szuflady pełne są brył o nieustalonych właściwościach, nie wspomnę. Mrożone truskawki przebywają tam od października do czerwca, kiedy pojawiają się świeże.
Kto jest winien? Proszę, chętnie wskażę. Odpowiedzialne są supermarkety. Jak człowiek już się zmusi, żeby tam pojechać, zawsze kupi za dużo. Taka jest właściwość tego biznesu. Daję się w to wrobić. Chociaż nie mam skłonności hurtowych, to z wycieczki do reala zawsze wracam obładowana rzeczami, które w chwili kupowania wydały mi się nieodparcie smaczne.
Nie powinno się marnować jedzenia. To wstyd. Ale przyznaję, że kiedy z obiadu u kuzynki wychodzę z paczką pasztetu i kawałkiem baby drożdżowej, jest mi miło.
Natomiast, kiedy jestem zaproszona do przyjaciół, gdzie na cztery osoby przy stole na półmisku leżą cztery cienkie plasterki mięsa i pół główki sałaty, czuję się głupio. Staram się jeść jak najwolniej, żeby przypadkiem nie postawić gospodarzy przed kwestią dokładki. Bo na tę nie ma najmniejszych szans.
Wszyscy mówią kocham cię.
14 lut 2010Z okazji świętego Walentego przez media znów przewala się rytualna fala serduszek, romeów i julii, strony gazet zalewa czerwona farba. Słowo miłość odmienia się przez wszystkie przypadki. Nawet mój znajomy, stary chłop, może nawet stary dziad, którego nie posądzałabym o skłonności do obchodzenia komercyjnych świąt, dał się ponieść tej jeździe obowiązkowej i przyznał, że kupił serduszka mamie i narzeczonej.
Kilkanaście lat temu, gdy importowaliśmy walentynki, odnoszono się do tego święta dość nieufnie, Teraz zakorzeniło się i szybko uruchomiło machinę handlową, która je otacza. Czekoladki, serduszka, upominki, róże.
Nawet ci, którzy walentynek nie popierają, mówią: co w tym złego? Czy miłość może komuś zaszkodzić? Dobre słowo jest przecież lepsze niż złe. Nawet komercyjne. Zgadzam się, że lepiej okazywać sympatię, niż niechęć, ale uhandlowienie miłości doprowadziło do inflacji.
Za dużo tych wyznań, za dużo jednodniowego uczucia na zawołanie. Tak dużo, że przestaje ono coś znaczyć.
W amerykańskich filmach każda trudna rozmowa z dzieckiem kończy się wyznaniem -I love you oraz wzajemnym – I love you too. I od razu wysychaja łzy, a problemy rozwiązują się same.
W ogóle wszyscy do wszystkich chętnie mówią I love you. Piosenkarki wołają do publiczności zgromadzonej na koncercie I love you, dłońmi rozsyłając całuski. Nasze piosenkarki kiedyś nie wołały, ale teraz też się nauczyły i wyznania żwawo lecą z estrady.
W ogóle deklaracji jest jakby więcej niż samych uczuć. Pisma kobiece każa nam pokochać siebie, nasze ciało, nasze wady, nasze problemy. Jak już pokochamy, wszystko się ułoży. To zbiorcze I love you w kulturze protestanckiej miało odreagować chłód protestanckiego wychowania, a może i swoisty dystans, jaki wynika z natury języka angielskiego. U nas tego nie było.
Zwyczaj głośnego deklarowania uczuć upowszechnił się, gdy masowo w mediach pojawili się psycholodzy. Ci mędrcy współczesności pojawiają się w każdym programie telewizyjnym, przy każdym newsie społecznym i zawsze mają na podorędziu banał, który wszystko objaśnia.
Ale czy od gadania i dawania serduszek przybędzie uczuć? Wątpię. Zyskają kwiaciarnie i producenci czekoladek, to pewne.








