Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Czy broker bankowy naprawi zlew?

3 sty 2011

Zadzwoniłam do LIM-u żeby umówić wizytę u lekarza. – Poprosiłabym na Bobrowieckiej, jeśli można (przychodnia na Mokotowie, mniej więcej w moim rejonie).

- To jest w Warszawie? – spytała rejestratorka.

Do głowy mi nie przyszło, że dziewczyna przyjmująca zapisy może nie być z Warszawy. Miałam zakodowane, że siedzi sobie w okienku w centrali LIM-u i zapisuje.

Ale trzeba się odkodować. Ta dziewczyna siedzi pod Siedlcami, w Zebrzydowicach, albo w Głogowie. Tak jest taniej niż w Warszawie. Nie musi wiedzieć, gdzie jest Bobrowiecka. Jej pracę wysiedlono poza stolicę, bo firma tnie koszty.

Nie wysiedlono. Chciałam powiedzieć -  zastosowano outsourcing. Dobrze, że nie do Indii.

W Internecie krąży śmieszny filmik o Hindusie w Bangalore przyjmującym reklamacje awarii telefonicznych, komputerowych, AGD z całych Stanów, itp. Biedak miota się między rozwścieczonymi klientami, którzy obrzucają go wyzwiskami, a on niczego nie może naprawić.

Ten amerykański filmik jest satyrą na przenoszenie pracy do krajów trzeciego świata w celu obniżenia kosztów.

Na razie to my jeszcze robimy za Bangalore, ale u nas to się też zaczyna. Dawniej człowiek zaczynał pracę i zostawał w niej, może nie do końca życia, ale wiele lat. Dzisiaj nie wie, czy popracuje pół roku, bo pracodawca dojdzie do wniosku, że taniej wyjdzie mu jego stanowisko umieścić w Wietnamie. Ludzie żyją w ciągłym stresie przed utratą pracy. Białych kołnierzyków jest coraz więcej, niebieskich, fizycznych coraz mniej. Czy broker bankowy naprawi zlew?

Sunday Times pisze o Kalifornijczyku Mathew Crawfordzie. Doszedł on do wniosku, że nie będzie całe życie bał się, czy nazajutrz nie wywalą go z roboty. Chociaż jest absolwentem wydziału fizyki University of California i ma doktorat z nauk politycznych, zawodu wyuczonego nie wykonuje.

Jest mechanikiem, naprawia motocykle i rowery.

Niewielkiego wzrostu, mógł się wcisnąć w każdą dziurę, więc na studiach dorabiał jako elektryk. Nauczył się tego fachu i nieźle w nim zarabiał. Ale po zdobyciu stopnia akademickiego, zaczął  pisać streszczenia prac naukowych. To było ciekawe, lecz dużo gorzej płatne. Potem zatrudnił się w think tanku, grupie ekspertów koncernu naftowego. Ale okazało się, że wnioski eksperckie muszą zawsze odpowiadać zaleceniom pracodawcy. To mu się nie podobało i zrezygnował.

Za zaliczkę otrzymaną za książkę o Plutarchu kupił sprężarkę i w piwnicy swego bloku zaczął naprawiać motorowery.

Teraz opublikował książkę „The case of working with your hands” która jest pochwałą pracy fizycznej. Nie bezmyślnej pracy na taśmie, lecz rzetelnego rzemiosła wymagającego wysiłku umysłowego. Crawford uważa, że za dużo ludzi idzie na studia. Nie wszyscy mogą być lekarzami czy prawnikami, mówi. Praca rąk ma wartość, której się dziś nie docenia. Dobry mechanik, elektryk, krawcowa są potrzebni tak samo, jak informatycy i media plannerzy.

Księgowość można przenieść do Bangladeszu, ale fryzjer musi być na miejscu. Nie można outsourcingować hydraulika, bo musi być na miejscu, gdy przecieka zlew.

Mathew Crawford poza naprawianiem motorów jeździ teraz z wykładami po świecie. Stał się  popularny. Ludzie uważają, że wreszcie ktoś wyartykułował to, co wiele osób myśli.


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ukraść garnek dla dobra sztuki

6 lis 2010

Różne były akcje artystyczne – a to powiesić coś fajnego na krzyżu, na przykład serdelki lub męskie genitalia, a to umieścić w puszce wydzieliny ciala, a to obrać parę kartofli dla spragnionych wysokiej sztuki. Teraz mamy coś nowego. Wprowadzić się do kogoś i – niby opiekując się domem pod nieobecność właściciela – coś mu ukraść. Nie żeby od razu pieniądze, albo kosztowności, nie. Świsnąć jakiś drobiażdżek domowy, obrazek, widelec. Tak dla hecy.

A dodatkowo (akcja artystyczna) przejrzeć cudze kąty, pogrzebać w szufladach, przeczytać listy. Wreszcie, dla zaznaczenia terenu, drzwi do szafki pomalować na różowo, do zamrażarki wsadzić książki (o sztuce), po czym, ubrawszy się w cudze ciuchy, ustawić się w nich do zdjęcia (w ramach sztuki).

Zwinięte przedmioty prezentujemy na zaimprowizowanej wystawie. A zwieńczeniem niebanalnego happeningu jest książka. Na pewno lepsza niż Kasi Cichopek, bo w końcu kraść wypada ciekawiej niż karmić niemowlę.

Fajna rzecz, no nie? W każdym razie tak uważa Paulina Reiter, którą sprawczynię tych działań, bardzo jej zdaniem pożytecznych, panią Jessikę Sue Layton (artystkę!) opisała w „Wysokich Obcasach”. Zgadzam się, naprawdę to pożyteczna i potrzebna działalność, od dawna czekaliśmy na coś takiego. Ja jednak uważam, że zawężanie jej do zwinięcia komuś widelca i pogrzebania w szafie jest niewystarczające. Ja poszłabym dalej, sztuka nie zna granic. Czy na przykład niefajnie byłoby wystawić cudze graty na ulicę, albo sprzedać je, spalić? Wracają, a tu chata pusta. Ale by było! Ubaw po pachy. Można by było zaprosić widzów i sfilmować reakcję właścicieli. To by był happening! No i oczywiście należałoby zaraz napisać o tym książkę.

A na koniec artykuł w „Wysokich Obcasach”, jakżeby inaczej.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.

Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Książę Karol walczy z kubłem do śmieci

31 paź 2010

Listopadowy miesięcznik „Vanity Fair” poświęca duży tekst księciu Karolowi. Artykuł autorstwa Boba Colacello poprzedza ukazanie się w Anglii książki księcia „Harmony: a new Way of Looking at our World”.

Zawsze czułam sympatię dla księcia Karola, nawet wtedy, kiedy z zapałem obsmarowywały go media jako głównego winowajcę nieszczęśliwego losu i tragicznej śmierci księżnej Diany. On był tym złym, a ona stała się łatwą do uwielbiania współczesną świętą. Jak było naprawdę, nie wiadomo, bo brytyjska monarchia nigdy nie była specjalnie wylewna w sprawach osobistych.  Za to personel pałacu Buckingham chętnie zabierał głos,  publikując liczne wspomnienia z cyklu „tell it all”. Krótko mówiąc, w rezultacie księcia Karola postawiono pod pręgierzem za udręczenie świętej, niewinnej blondynki.

Potem wyśmiewano jego ekologiczną działalność, zrobiono z niego oszołoma, konserwatywnego frustrata, który – nie mogąc dorwać się do tronu – oddaje się kaprysom fantasty, widzącego świat z perspektywy dziedzica królewskiej fortuny.

Ale mam wrażenie, że książę może zdziałać więcej, niż zakładanie upraw ekologicznych buraków i szkół rysunku. Znany jest jego krytyczny stosunek do poczynań współczesnych architektów, którzy – nie licząc się z lokalnymi warunkami – wsadzają w starą zabudowę swoje, czasem wątpliwej urody, awangardowe i zawsze mocno nagłośnione knoty. Tak było w sprawie zabudowy londyńskiej dzielnicy Chelsea, której projektantem miał być gwiazdorski architekt Richard Rogers (współautor centrum Pompidou w Paryżu), a inwestorem – deweloper z Kataru. Książę uważał, że projekt jest tandetny, pretensjonalny, że niszczy zabytkową okolicę. Jeden z wieżowców Rogersa nazwał tarką do sera, z kolei inne dzieło – kubłem na śmieci. W końcu napisał list do premiera Kataru, prosząc o ponowne rozważenie sprawy i sugerując zmianę architekta na bardziej klasycznego Quinlana Terry.

Rozpętała się burza. Dziesięć gwiazd architektury, m in Norman Foster, Zaha Hadid, Jean Nouvel, Renzo Piano, Frank Gehry, napisało do londyńskiego „Times’a” pełen oburzenia list. Potępili ”zakulisowe manewry księcia, które mają zakłócić demokratycznie wybrany proces planowania”. Sam Rogers wściekle zaatakował Karolaw liście opublikowanym przez lewicowy „Guardian”. Nazwał go w nim sfrustrowanym bezrobotnym, który szuka zajęcia.

W obronie księcia stanął krytyk architektury dziennika „The Daily Telegraph”, Ellis Woodman. „Potrzebujemy wrażliwości na styl i skalę otoczenia. Dziesięciopiętrowe bloki które proponuje Rogers, wskazują, że nie posiada on tych cech” – napisał w swoim tekście.

Katarczycy tymczasem ulegli, projekt zawiesili i odesłali z powrotem na deski kreślarskie, ale zaskarżyli księcia o spowodowanie 123 milionów dolarów strat. W czerwcu sąd udzielił księciu nagany za wtrącanie się do nieswoich spraw. Ale on nie ma zamiaru przepraszać. „Moim zadaniem jest nagłośnić zdanie zwykłych ludzi, których nikt nie słucha” – napisał w odpowiedzi.

Do centrum Pompidou już się przyzwyczaiłam, choć w dalszym ciągu trudno nie uznać go za popkulturowe monstrum, które rozwaliło całą starą dzielnicę Paryża. Ale czytając tę historię pomyślałam, że chociaż jest księciem, to Karol mówi rzeczywiście to, co myślą zwykli ludzie. Ktoś taki właśnie przydałby się nam. Może wówczas decydenci wzięliby pod uwagę głos tych, którzy uważają ze obudowanie Pałacu Kultury 50 – piętrowymi wieżowcami to pomysł graniczący z obłędem.  Podobnie jak propozycja wsadzenia w tamtą okolicę krzywego drapacza chmur, pani (projektantki kapeluszy) Zahy Hadid, co jest kolejną aberracją. Ale dla nas wielkie gwiazdy architektury to święte krowy, z którymi można rozmawiać jedynie na klęczkach.

Pozostaje nadzieja, że zabraknie na to pieniędzy. Bo żaden książę nie rysuje się na horyzoncie.

***

Serwis rp.pl zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w akcji: TRON. Wymień jedną rzecz, za którą najbardziej cenisz serwis rp.pl oraz jedną rzecz, którą byś zmienił/-a, by cenić go jeszcze bardziej. Pole widzenia powiększamy o wasz punkt widzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Agencja bezpieczeństwa domowego

15 paź 2010

Na spotkaniu towarzyskim zgadało się o dzieciach i, jak to przy takiej okazji, stanęła sprawa opiekunek. Akurat zebrało się kilka osób zainteresowanych tematem, w stosownym wieku.
Jedni państwo opowiedzieli, że właśnie zaangażowali do rocznej córeczki nową opiekunkę.
Panią po pięćdziesiątce, emerytowaną nauczycielkę. Wzbudza zaufanie, do dziecka miło się odnosi, wygląda na zrównoważoną i odpowiedzialną. Ale na wszelki wypadek w domu są kamery, dodała narratorka.
Troszkę zesztywniałam. Inwigilacja niani? Człowieka, którego przyjmuje się do własnego domu podglądać na utajnionym monitorze? Dla mnie to niezrozumiałe, jestem z innej formacji technologicznej i ideologicznej. Ale wiem, że w niektórych przedszkolach rodzice wręcz domagają się bezpośredniej transmisji w internecie ze śniadania, spaceru, leżakowania. Paniom przedszkolankom nie ufają.
W temacie opiekunki swoje już zaliczyłam. M. in. pannę, która codzienny spacerek z rocznym naszym pierworodnym odbywała w sąsiednim barze mlecznym, gdzie pracowała jej siostra. Inną, która do każdego talerza zupy dodawała łyżkę smalcu, itp, itd. Ale, przeżyliśmy, my i nasze dzieci, bez większych strat.
Nasza ostatnia opiekunka pracowała u nas 12 lat, rozstałyśmy się z żalem pięć lat temu i jesteśmy w przyjaźni do dziś. Ona odtąd zaliczyła trzy kolejne domy. Przyszła do nas z ogłoszenia, nie polecona przez nikogo. Nie sprawdzaliśmy jej, od razu wzbudziła zaufanie. Głupi ma chyba szczęście, gdyż w dzisiejszych standardach wykazałam się daleko idącą lekkomyślnością.
Bo komu dziś można ufać?
Większość zebranych na imprezie kamery pochwaliła.
- Dzisiaj nie możesz mieć do nikogo zaufania, moja droga, pouczyła mnie właścicielka czterolatka, która nie ma jeszcze wprawdzie kamer, ale je gorąco popiera. U nas w pracy wciąż z biurek coś ginęło. Co się okazało? Sprzątaczka przychodziła z synkiem, który miał trochę lepkie ręce. I co? Namierzyli go dzięki kamerom.
Przekonało mnie to. Ponieważ większość dnia nie ma mnie domu, lepiej sprawdzić, co tam domownicy robią
w tym czasie. Może podjadają z lodówki? Popijają winko, które przeznaczone jest dla gości? Przyjmują kobiety albo oglądają różowe kino, kiedy ja myślę że czytają ostatnią powieść Eustachego Rylskiego.
Ufam im, ale sprawdzić nie zaszkodzi, prawda?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Stylista potrzebny od zaraz

27 wrz 2010

Zdjęcie minister Anny Kalaty obiegło w zeszłym tygodniu niektóre, może trochę mniej ambitne media. Zdjęcie, a nawet dwa – jedno przed, drugie po. Przed stylizacją, wyjaśniam. Na pierwszym pani minister na głowie ma nijaki koczek, niemodne okulary, grzywkę, zupełnie nie taką, jaką teraz należy mieć. Jednym słowem kicha.

Za to na drugim – nie do poznania. Długie blond włosy, okularów brak, za to gustowny żakiecik z bufkami. Z fotografii uśmiecha się pewna swojej urody, piękna dziewczyna. Była chyba w robocie także dieta, ale nie pomogła, bo jak słyszałam, pani poseł samoobrony nie załapała się do kolejnego etapu Tańca z gwiazdami. Dawniej człowiek się ubierał, dziś się stylizuje. Oczywiście nie sam, tylko z pomocą fachowców. Bez fachowca właściwie żadna postać publiczna nie może się już pokazać. Fachowiec dobierze fryzjera, makijaż, wskaże ubranie i kolor kontaktów. Aleksander Kwaśniewski wyszczuplał, dostał opalenizny i bardzo błękitnych oczu, Andrzej Lepper także zbrązowiał, gumiaki zamienił na Churche, a garnitur z elany na ubranie Ermenegildo Zegna. Ostatnio metamorfozie uległa pani poseł Joanna Kluzik Rostkowska. Jedyna szansa, żeby vipa zobaczyć au naturel, to kiedy telewizja dopadnie go niedzielę. Nawet Radosław Sikorski pokazał się w niedzielę bluzie z polaru. Ale nasz sekretarz stanu chyba nie dopuszcza do siebie stylistów. Dzięki Bogu.

Podobno w Hollywood nie ma mowy, żeby dostać rolę nie poddawszy się uprzednio operacji plastycznej. Agent od razu kieruje do chirurga, który zaraz nos, powieki, policzki i pośladki dopasuje do ogólnie obowiązujących w krainie snów standardów. Do nas na razie ten zwyczaj nie dotarł, chociaż nie wątpię, że wkrótce opóźnienie nadrobimy. Na razie ten i ów z bohaterów naszej elity pojawia się wyposażony w nowe usta, większe oczy, twarz jakby jędrniejszą. To ostatnie zachodzi w przypadku Jolanty Pieńkowskiej, dla której naprawdę czas się cofnął. Jak pani to robi pani Jolanto? Albo Joanna Koroniewska, która pozuje do najnowszej okładki Cosmopolitan. Po prostu nowy człowiek, mało przypominający dawną dziewczynę z szaroburymi, naturalnymi, o zgrozo, włosami. Naturalny kolor włosów, to błąd niewybaczalny. Dzisiaj w mediach obowiązuje blond.

Jeśli zastanawiają się Państwo nad wyborem zawodu, doradzam stylistę. Oprócz myjących szyby, dla których biurowców chyba nie może zabraknąć, ten zawód oceniam jako najbardziej przyszłościowy. Bo wkrótce każdy, obok osobistego doradcy podatkowego będzie musiał skorzystać z jego usług.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Idź precz, szatanie zakupowy

10 sie 2010

Nie jestem gadżeciarą, ale przyznaję, że niektórym marketingowcom udało się wciągnąć mnie w swoje gierki. Mam na myśli Tchibo, i jak wiem od znajomych, nie jestem jedyną ofiarą ich sprytnej taktyki. Co tydzień sprawdzam, czy nie pojawił się u nich jakiś drobiazg, który uczyni moje życie szczęśliwszym. Koncept polega na tym, żeby w sklepie, który teoretycznie zajmuje się kawą, sprzedawać wszystko inne, od piżamy po piłę tarczową, poprzez leżaki i biustonosze. Rzeczy nawet pożyteczne, bez większości można się obejść, ale gdy je zobaczymy na monitorze, zaczynają wydawać się niesłychanie potrzebne. Drogą paru kliknięć stałam się właścicielką rękawiczek do skrobania jarzyn oraz ciśnieniowej maszyny do czyszczenia, która miała mojemu domowi zapewnić czystość jak u niemieckiej hausfrau, ale po jednym użyciu wylądowała w jakimś kącie. Itp, itd. W sumie mój stan posiadania powiększył się o pewną ilość przedmiotów, od których dom stał się ciaśniejszy, ale życie nie stało szczęśliwsze.

Internet to niebezpieczne urządzenie. Pornografię, okładanie się pięściami na forach, zgubne znajomości i tysiąc innych zagrożeń na razie pomijam. Ale weźmy kupowanie. Siedzisz sobie człowieku przy komputerze, i robota coś ci nie idzie. No to klik, i jesteśmy na allegro. Ileż tam atrakcji, ile okazji! Parę lat temu pasjonowały mnie antyki, potem weszłam w okres fascynacji podejrzanie tanimi luksusowymi kremami, co to niby wypadły z ciężarówki, następnie wpadałam raz po raz sprawdzić czy nie ma przypadkiem trencza Burberry po okazyjnej cenie. W dalszej kolejności ćwiczyłam instynkt łowczy wyłuskując markowe torby w morzu podróbek. Nigdy żadnej nie kupiłam. Zrezygnowałam, gdy stały się równie drogie jak w sklepie i w ogóle allegro porzuciłam. Mój mąż natomiast buszuje po francuskim sklepie z męskimi butami i koszulami, koleżanki każdą wolną chwilę w pracy zamiast na plotkach przy automacie do kawy, spędzają w internetowych sklepach z bielizną.

Kupowanie przez Internet powinno znaleźć się na liście zdiagnozowanych jednostek chorobowych współczesności, jako podgrupa zakupoholizmu. Wciąga, bo jest nie tylko łatwiejsze niż zakupy w sklepie, ale daje dodatkowy suspens. Bo nigdy nie wiadomo, czym okaże się rzecz, którą się zamówiło. Ten dreszczyk czujesz w chwili rozcinania paczki. Kalosze za małe, sweter w kolorze zupełnie innym niż na zdjęciu, a buty, które na zdjęciu wyglądały na płaskie, w realu mają obcas.

Zdarza mi się dochodzić kliknięciami do punktu „kupuj”. Dalej trzeba już tylko podać numer karty kredytowej (na szczęście nie znam na pamięć) albo zamknąć komputer.

W tej sytuacji tarka do gałki muszkatołowej w Tchibo okazuje się najmniej szkodliwym rozwiązaniem.

Idź precz szatanie zakupowy!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rozkosze podróżowania

20 lip 2010

-Czy ktoś z państwa nie ma adaptera? Całkiem padła mi komórka, a tu można się podłączyć, pyta młoda brunetka.
Szóstą godzinę koczujemy na lotnisku Luton czekając na lot Wizzair, odlot planowy o 19.40, według najnowszych informacji oczekiwany 0 15.00 , ale krążą pogłoski, że odleci o 2 albo o 3 w nocy, jeżeli w ogóle dziś.
My, to jeszcze nic. Lot do Warszawy z drugiej po południu, jak dobrze pójdzie przełożony na jedenastą w nocy, Katowice wciąż nie wiedzą, czy nie spędzą nocy na lotnisku, bo o hotelu z Wizzairem nie ma co marzyć. Tanie linie.
Informacji nie ma żadnej. Wiadomo, pasażerowie nie informowani stają się pokorniejsi. Krążymy więc między tablicami przylotów i odlotów, przekazując sobie wiadomości i pogłoski. Niektórzy dzwonią do znajomych w Polsce, może coś jest na stronie Wizzaira? Ale nie, tam ani słowa o londyńskich kłopotach, wszystko jest, jakby nic się nie działo. Tymczasem tu wiemy, że opóźnione są także Praga, Budapeszt, Bukareszt, Katowice, Gdańsk. Może burza w Warszawie, spekuluje ktoś. Nie było, mówi Warszawa, przeszedł tylko deszcz.
Dochodzi jedenasta w nocy. Jesteśmy tu od czwartej, bo wtedy przyjechał nasz autobus z Oxfordu na Luton. Ale dzięki temu załapaliśmy się na miejsca siedzące przy ścianie, można chociaż oprzeć głowę. Ci którzy przyszli później siedzą na ziemi, na wózkach bagażowych, przy stolikach restauracyjnych, gdzie popadnie. Lotnisko wypełnione jest Polakami.
Obok nas para, Polacy po dwadzieścia parę lat, on potężne, napakowane ciało w koszulce z dekoltem, ramię w tatuażu, tleniony włos. Z wyglądu klasyczny dresiarz. Ale nagle odzywa się nieskazitelną angielszczyzną, a na prośbę o adapter odpowiada najuprzejmiej i rzuca się do poszukiwań w plecaku. Ma, ale w głównym bagażu. My mamy w podręcznym, więc adapter jest.
W pobliżu naszej grupy na podłodze instaluje się szczupły, mężczyzna trzydziestoparoletni. -Nie zna pan jakiegoś taniego noclegu w Londynie, pyta „dresiarza”, który mieszka na wyspach. Robi w budowlance, jest z Radomia, rodzina w Polsce. Już cztery lata. Wróciłby, ale jak ? Za 1200 złotych? Mieszkają w pięciu, wynajmują dom. Robota jest. Jeszcze ani jednego dnia nie było bez pracy. Remonty, budowy. Tylko bez rodziny smutno.
Około północy tablica oznajmia, że odlot o 20.00. Zbieramy się do kontroli bagażu. Po drodze zaczepia mnie dziewczyna:  czy to Katowice już lecą?
O wpół do pierwszej w nocy wymęczeni pasażerowie, wśród których jest z dziesięć matek z małymi dziećmi, stoją pokornie w „gejcie” czekając na wyrok. Personel w postaci trzech pań i jednego pana naradza się telefonicznie, wyraźnie zaniepokojony. Coś się dzieje. Polecimy czy nie?
O pierwszej w nocy startujemy. -Z powodu burz w całej Europie załamała się siatka lotów, informuje pilot. Za opóźnienie przepraszamy. Życzymy miłego lotu.
W Warszawie jesteśmy o czwartej rano.
Katowice zostały.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bogaci bawią się w nędzarzy

8 lip 2010

Steven Meisel, jeden z najważniejszych współczesnych fotografów mody zrobił dla czerwcowego numeru włoskiego Vogue’a sesję mody pt. Dziki jest wiatr. Zdjęcia przedstawiają grupę leśnych ludzi, ni to włóczęgów, ni to bezdomnych, ni to cyganów. Brudni, półnadzy, mieszkają w szałasach, ubrani w łachmany gotują strawę w ognisku. Wokół ich prowizorycznego noclegowiska walają się garnki, koła rowerów, szczapy drewna.

Ale rzut oka na podpisy i dowiadujemy się, że łachmany to upozowane ubrania najdroższych włoskich i nie tylko włoskich marek, włóczędzy to top modele Eva Herzigova i Cole Mohr, brud na twarzy jest dziełem makijażystki Pat MacGrath. Bałagan zaś precyzyjnie, według zasad kompozycji ułożyła stylistka Marie-Amelie Sauve.

Meisel w swoich pracach wielokrotnie zwracał uwagę na absurdy współczesnej mody. Wyśmiewał kult ciała i młodości, szydził z chirurgii plastycznej, z szaleństwa H1N1. (Notabene, kto o tym jeszcze pamięta ? ). Ale zastanawiam się, co tym razem miał zamiar powiedzieć? Pokazać, że światy luksusu i nędzy są sobie bliskie? Zaoferować czytelniczkom włoskiego Vogue’a chwilę oczyszczającego poczucia winy, że mają na sobie buty za dwa tysiące euro?

W zeszłym roku w Vogue Indie ukazała się sesja zdjęciowa poświęcona dodatkom – butom, torbom, parasolom. Widać na niej chudego staruszka trzymającego parasol Burberry, dziecko w fartuszku Fendi, kobietę z trojgiem małych dzieci z torbą Hermesa na ramieniu. Do pięknych zdjęć pozują nie modele, ale prawdziwi mieszkańcy Indii. Wszystko jest tu pełne koloru, tak malownicze, jak malownicze mogą być hinduskie ulice i ludzie, mimo ubóstwa promieniujący pogodą ducha. Ale zestawienie kobiety, która ma na utrzymaniu trójkę wynędzniałych dzieci z torbą za 10 tysięcy euro jest nie tylko szokujące, ale nieprzyzwoite. Dla niej istotna jest kwestia przeżycia do następnego tygodnia.
Moda modą, fantazja fantazją. Ale powstaje pytanie, jak je pokazać? Dla redaktorów i fotografów slumsy, żebracy, bieda są niczym więcej, niż malowniczą dekoracją. Tym lepszą, im bardziej na jej tle wybija się luksus. Może lepiej, żeby zajęli się kaprysami Kate Moss, a sukienki Marni i buty Prady zostawili tam, gdzie ich miejsce – w sklepach. Dla tych, którzy mogą sobie na nie pozwolić. Eleganckiemu światu mody zabrakło tym razem elegancji.

Steven Meisel dla Vogue Italia

Steven Meisel dla Vogue Italia

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Malarz idealny

2 lip 2010

Po wysłaniu męskiej części rodziny na krótkie wakacje, zabrałam się za remont. Ostatni tydzień spędziłam zatem en tête a tête razem z mistrzem malarskim panem Sławkiem. Słowo mistrz nie jest tu przesadzone – w swoim fachu pan Sławomir jest prawdziwym mistrzem. Żadnego zapicia, żadnego malarskiego poniedziałku, brania zaliczki na materiał i znikania. Pracuje dokładnie, sprawnie, nie zostawiając po sobie najmniejszej plamki. Przychodzi o 7 rano, wychodzi o 8 wieczorem i przez ten czas prawie nic nie je, pije tylko oranżadę i nic nie mówi.
To ostatnie nawet mnie trochę zaniepokoiło. Nie to, żebym była nastawiona na konwersatorium,
ale milczenie pana Sławka było tak uparte, że zaczęłam się zastanawiać, czy nie cierpi przypadkiem na autyzm, albo depresję. Ale po obserwacji, jako psycholog amator, doszłam do wniosku, że widocznie taki już jest. Nie lubi gadać.
Odpierał także wszelkie próby poczęstowania go czymkolwiek. Kiedy mój pies wyciągnął z torby jego kanapkę i zjadł, zaproponowałam że zrobię mu nową. Odmówił.
Raz tylko poprosił o kawę.
-Może być rozpuszczalna? zapytałam, bo trochę nie chciało mi się robić z ekspresu, zważywszy, że cała kuchnia pokryta była foliami.
-Rozpuszczalna? skrzywił się z niesmakiem. Nie, tego nie piję.
Zawstydziłam się swego lenistwa i zrobiłam podwójny ekspres dla nas obojga.
-Eee, mistrz przyjrzał się filiżance wyraźnie zawiedziony. -Z ekspresu to nie ma w ogóle aromatu, powiedział. Myślałem, że będzie zalewana.
Cóż było robić, zaparzyłam plujkę – dwie łyżeczki cukru i dwie łyżeczki kawy, według instrukcji mistrza.
-Po co pani tyle książek, powiedział, gdy wypakowywałam książki z pudeł. -Tylko kłopot, kurzą się. -No wie pan, trochę czytamy, wyjaśniłam niepewnie i pomyślałam, że właściwie można książki wypożyczyć z biblioteki. Wtedy się nie kurzą.
-Po co pani taki duży obraz, spytał znów, gdy mocowaliśmy się, on na drabinie, ja na schodach próbując zawiesić sporych rozmiarów płótno.
-Chociaż wie pani co, zreflektował się po chwili, nie powinienem tego mówić, bo przecież malarz to mój kolega po fachu.
Mistrz rozkrochmalił się wyraźnie dopiero ostatniego dnia, gdy perspektywa wypłaty była tuż tuż. Na koniec stwierdził –Nie ma lepszego malarza, niż ja. Serio. Nie chwaląc się.



Od moderatora:
W związku z wyborami na urząd Prezydenta RP informujemy, iż w okresie ciszy wyborczej tj. w okresie 24 godzin poprzedzających dzień wyborów i aż do chwili zakończenia głosowania zabronione jest prowadzenie agitacji politycznej na rzecz kandydatów w jakiejkolwiek formie.

Publikacje na blogu jakichkolwiek komentarzy mających charakter agitacji wyborczej może zostać uznana za naruszenie przepisów oraz stanowi czyn zagrożony karą grzywny.
(Art. 76b ust. 2 i art. 77 ust. 1 ustawy z dnia 27 września 1990 r. o wyborze Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej tj. Dz. U. z 2010 r. Nr 72, poz. 467.)
Dziękujemy za wszystkie komentarze, a w razie pytań prosimy o kontakt na moderatorzy@rp.pl .

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Przepraszam, jak mam to rozumieć?

27 cze 2010

Byłam na wystawie Lebensteina w Zachęcie. Malarz to świetny, chociaż rys psychopatyczny jest w nim silnie obecny. W dużych obrazach więcej rzemiosła, niż ducha, moim zdaniem.
Ale ja nie chcę o tym, nie będę się wymądrzać. Jedyną informacją, jaką widz rozpoczynający zwiedzanie wystawy otrzymuje o artyście, jest krótka notatka. Parę faktów z życia, oraz zdanie „Jan Lebenstein był jednym z najwybitniejszych malarzy XX wieku”. Bez rozwinięcia, dlaczego. Trochę, jak z podręcznika dla szkół podstawowych. To wszystko, co kuratorzy mają nam do powiedzenia i co ma wyjaśnić, jak odbierać tę mroczną, trudną sztukę. Lebenstein wielkim artystą był, uwierz motłochu i niech ci to wystarczy.
Nie pierwszy raz na polskich wystawach kuratorzy mają w pogardzie zwykłego widza, który nie jest historykiem sztuki i chciałby zrozumieć, o co tu chodzi. Na zagranicznych wystawach porządnie przygotowane objaśnienia to standard. Przed wejściem do sal na dużych panelach znajduje się opis artysty, jego życia i dzieła z rzuceniem na tło epoki. Przed wejściem do każdej sali kolejny opis, jaki okres będzie przedstawiony i jak się on ma dla całości dzieła.
Teksty napisane są nie szyfrem, jakim porozumiewają się między sobą krytycy sztuki, ale językiem zrozumiałym dla każdego (im ktoś mądrzejszy, tym jaśniej umie się wysłowić, jak wiadomo).
Przed panelami zawsze stoi tłum ludzi i czyta. Jak widać, to jest potrzebne. Tak było na wystawie Tycjan, Tintoretto, Veronese w Luwrze jesienią zeszłego roku, tak było na rysunkach Bronzino w Metropolitan w Nowym Jorku, że przypominam sobie tylko te dwie nie tak dawno widziane duże ekspozycje w dużych muzeach.
Zaraz padnie kwestia pieniędzy, a raczej ich braku. Rzeczywiście Zachęta to nie Luwr.
Ale tu nie o pieniądze chodzi, tylko o to, że u nas kuratorzy robią wystawy dla siebie i swoich kolegów, uważając, że zwiedzającemu wystarczy rzucić „artystą wielkim był”. Jeżeli w ogóle. Więcej mu się nie należy. Pamiętam wystawę Eugeniusza Zaka w Muzeum Narodowym parę lat temu. Wchodziło się prosto na obrazy. Poza podpisami do nich, ani słowa wprowadzenia, ani słowa komentarza.
Lebensteina ratuje kilka tekstów Konstantego Jeleńskiego głebiej w salach. Jeleński to wybitny krytyk, ale jego język jest głęboko intelektualny. Ja spodziewałabym się tu jeszcze czegoś bardziej popularyzatorskiego. Tyle się mówi o zmieniającej się funkcji muzeów, o ich otwarciu dla publiczności, o funkcji ludycznej i edukacyjnej. O tym, że muszą przestać być martwe i nudne, przyciągać ludzi. Ale jak mają przyciągać, skoro niczego nikomu nie chcą wytłumaczyć? Tym bardziej, że sztuka wspólczesna jest coraz trudniejsza do zrozumienia.
W Paryżu w niedzielę przed taką wystawą stałaby kilometrowa kolejka. W Zachęcie parę osób snuje się po salach.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop