Zadzwoniłam do LIM-u żeby umówić wizytę u lekarza. – Poprosiłabym na Bobrowieckiej, jeśli można (przychodnia na Mokotowie, mniej więcej w moim rejonie).
- To jest w Warszawie? – spytała rejestratorka.
Do głowy mi nie przyszło, że dziewczyna przyjmująca zapisy może nie być z Warszawy. Miałam zakodowane, że siedzi sobie w okienku w centrali LIM-u i zapisuje.
Ale trzeba się odkodować. Ta dziewczyna siedzi pod Siedlcami, w Zebrzydowicach, albo w Głogowie. Tak jest taniej niż w Warszawie. Nie musi wiedzieć, gdzie jest Bobrowiecka. Jej pracę wysiedlono poza stolicę, bo firma tnie koszty.
Nie wysiedlono. Chciałam powiedzieć - zastosowano outsourcing. Dobrze, że nie do Indii.
W Internecie krąży śmieszny filmik o Hindusie w Bangalore przyjmującym reklamacje awarii telefonicznych, komputerowych, AGD z całych Stanów, itp. Biedak miota się między rozwścieczonymi klientami, którzy obrzucają go wyzwiskami, a on niczego nie może naprawić.
Ten amerykański filmik jest satyrą na przenoszenie pracy do krajów trzeciego świata w celu obniżenia kosztów.
Na razie to my jeszcze robimy za Bangalore, ale u nas to się też zaczyna. Dawniej człowiek zaczynał pracę i zostawał w niej, może nie do końca życia, ale wiele lat. Dzisiaj nie wie, czy popracuje pół roku, bo pracodawca dojdzie do wniosku, że taniej wyjdzie mu jego stanowisko umieścić w Wietnamie. Ludzie żyją w ciągłym stresie przed utratą pracy. Białych kołnierzyków jest coraz więcej, niebieskich, fizycznych coraz mniej. Czy broker bankowy naprawi zlew?
Sunday Times pisze o Kalifornijczyku Mathew Crawfordzie. Doszedł on do wniosku, że nie będzie całe życie bał się, czy nazajutrz nie wywalą go z roboty. Chociaż jest absolwentem wydziału fizyki University of California i ma doktorat z nauk politycznych, zawodu wyuczonego nie wykonuje.
Jest mechanikiem, naprawia motocykle i rowery.
Niewielkiego wzrostu, mógł się wcisnąć w każdą dziurę, więc na studiach dorabiał jako elektryk. Nauczył się tego fachu i nieźle w nim zarabiał. Ale po zdobyciu stopnia akademickiego, zaczął pisać streszczenia prac naukowych. To było ciekawe, lecz dużo gorzej płatne. Potem zatrudnił się w think tanku, grupie ekspertów koncernu naftowego. Ale okazało się, że wnioski eksperckie muszą zawsze odpowiadać zaleceniom pracodawcy. To mu się nie podobało i zrezygnował.
Za zaliczkę otrzymaną za książkę o Plutarchu kupił sprężarkę i w piwnicy swego bloku zaczął naprawiać motorowery.
Teraz opublikował książkę „The case of working with your hands” która jest pochwałą pracy fizycznej. Nie bezmyślnej pracy na taśmie, lecz rzetelnego rzemiosła wymagającego wysiłku umysłowego. Crawford uważa, że za dużo ludzi idzie na studia. Nie wszyscy mogą być lekarzami czy prawnikami, mówi. Praca rąk ma wartość, której się dziś nie docenia. Dobry mechanik, elektryk, krawcowa są potrzebni tak samo, jak informatycy i media plannerzy.
Księgowość można przenieść do Bangladeszu, ale fryzjer musi być na miejscu. Nie można outsourcingować hydraulika, bo musi być na miejscu, gdy przecieka zlew.
Mathew Crawford poza naprawianiem motorów jeździ teraz z wykładami po świecie. Stał się popularny. Ludzie uważają, że wreszcie ktoś wyartykułował to, co wiele osób myśli.










