Spis ludności, czyli donos z Facebooka

Jestem na Facebooku. Od niedzieli. Trudno, stało się, chociaż jedna przyjaciółka mnie za to potępiła, druga skrzywiła sie z niesmakiem („nie spodziewałam się tego po tobie”), a kilka osób (ze starszej grupy wiekowej zapytało) – facebook, a co to takiego? Przyznaję, że ja sama, jeszcze jakiś rok, półtora roku temu też nie bardzo wiedziałam, o co tu chodzi. Ale może z facebookiem będzie jak z komórką – najpierw uważałam, że bzdura, dziś nie umiem bez niej żyć pół dnia.
Przystąpiłam do tej globalnej wspólnoty twarzy poniekąd z ciekawości, co to właściwie są te portale społecznościowe; poniekąd pod presją syna siedemnastolatka, który od dłuższego czasu prowadził w domu agitację. -Będziesz dostawać zaproszenia na imprezy, będą cię zawiadamiać o wydarzeniach kulturalnych, przekonywał syn. Dziennikarz musi być na facebooku. Trzeba się promować.
No to jestem. Promuję się. Kurs przygotowawczy przeszłam pod okiem instruktora i wiem już z grubsza, czym to się je. Na wstępie przystąpiliśmy do założenia grupy inicjatywnej, czyli policzenia znajomych. Ich zdobywanie jest w wirtualu znacznie prostsze, niż w życiu prawdziwym. Nie trzeba się przyjaźnić, rozmawiać, zapraszać na kolację, znosić humorów. Najpierw z automatu klikanaście sztuk znajomych podrzuca poczta Google, która wyłuskuje ich z listy mailowej. Kowalska? Ok, niech będzie Kowalska, znamy się co prawda mniej niż słabo, ale poznać na ulicy, to się poznamy. Wiśniewski? Może być, czemu nie, kiedyś pracowaliśmy przez dwa lata w jednej redakcji. Jacek K? Wiem, że taki jest, ale nic ponadto. Przy okazji wydało się, kto z prawdziwych znajomych, tych, których bym raczej o to nie posądzała, jest na FB zadomowiony. Dostałam również dziesiatki zaproszeń do bycia czyjąś znajomą, też chyba z automatu. Nie muszę wyjaśniać, że wielu osób, których znajomą miałabym zostać, nie widziałam na oczy. Od tych, których znam, zaproszenia oczywiście grzecznie przyjęłam, bo uczono mnie, że odmówić to potwarz..
Po tych trwających cztery dni czynnościach przygotowawczych, doszłam do skromnej liczby 40 znajomych. Na facebookowe standardy jest to bardzo mało. Janusz Palikot ma 700 sztuk. (Myślałam, że więcej). Zostałam także fanką dwóch organizacji, dwóch pisarzy, jednego angielskiego serialu kryminalnego i kawiarni w opałach finansowych. I na tym narazie poprzestałam publiczną promocję własnej osoby. Nie zamierzam rownież ogłaszać moich myśli ( jest taki wątek na F. -„o czym teraz myślisz”), pisać, co teraz robię, ani zamieszczać zdjęć.
Ale tak naprawdę, żadnego z moich prawdziwych znajomych, ani przyjaciół na tej liście nie ma.
A nawet gdyby byli, to nie planujemy przerzucenia naszych stosunków na Facebooka. Wystarczy, że część przerzuciliśmy na smsy i maile.
Więc właściwie po co zapisałam się na Facebook? Wstyd się przyznać, ale chyba z owczego pędu. Ale może chociaż kawiarni pomogę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

(3) Komentarzy do “Spis ludności, czyli donos z Facebooka”

    -
  1. Maryśka pisze:

    To zupełnie tak jak w Naszej Klasie.Jeszcze rok temu mówiłam ,że to obciach,piaskownica i takie tam…! Namówiła mnie córka.Jestem i nie żałuję.Moje nowe doświadczenie jest takie ,że ludzie naprawdę się nie zmieniają.Kto był nudny przed trzydziestu laty dalej jest.Ale jest w moim życiu kilka nowych ,ciekawych znajomości,napisałam kilka ważnych (dla mnie)listów.Nie wiem czy coś z tego wyniknie i nawet nie wiem czy chcę pogłębiania tych znajomości.Na pewno jest sympatyczniej i chyba o to chodzi w portalach społecznościowych? Jeszcze jedna forma kontaktu,obok,nie zamiast.Pozdrawiam wirtualnie tym nie mniej serdecznie:-)

    Dobre 0

  2. lilka kossak pisze:

    Ja tez dokladnie kilka dni temu pojawilam sie na facebooku (za namowa znajomych) i mam bardzo podobne odczucia. Ale do Naszej klasy juz nie dolacze, konmi mnie tam nie zaciagna.

    Dobre 0

  3. A.L. pisze:

    Kongratulacje. Nie mylic z koncolencjami. A moze?… Widac ze Pani Redaktor dala sie zwariowac.

    Neistety, Facebook, Twitter i inne takie nowiczesne wynalazki to zyciestow techniki nad zdrowym rozsadkiem. Jakos nie moge zrozumeic dlaczego mialbym miec 3 tysiace „przyjacil” ktorych nigdy nie widzialem na oczy. Jakos nei rozumiem dlaczego mialbym oglaszac na caly swiat swoje prywatne sprawy. na caly swiat, albowiem bezpieczenstwo owyc hserwisow jest bardziej niz problematyczne, i prawie kazdy kto ma o internecie jako takie pojecie moze czytac nasze rewelacjie nei zauwazony.

    jak donosila prasa tu gdzie meiszkam, pewna pani poinformowala wszystkich swoich „przyjaciol” ze udaje sie na dwutygodniowe wakacje. Po powrocie zastala w swoim domu gole sicany – ktorys z „przyjaciol” skorzystal z okazji. Nigdy nie wykryto ktory.

    Gdzie indziej, pewien „przyjaciel” kupil dom podszywajac sie pod tozsamosc wlasciciela konta i obciazajac jego rachunek bankowy.

    Jak pisze New York Times: „Even more unnerving to privacy advocates is the work of two researchers from Carnegie Mellon University. In a paper published last year, Alessandro Acquisti and Ralph Gross reported that they could accurately predict the full, nine-digit Social Security numbers for 8.5 percent of the people born in the United States between 1989 and 2003 — nearly five million individuals.

    Social Security numbers are prized by identity thieves because they are used both as identifiers and to authenticate banking, credit card and other transactions…”

    „To be sure, the work by Mr. Acquisti and Mr. Gross suggests a potential, not actual, risk. But unpublished research by them explores how criminals could use similar techniques for large-scale identity-theft schemes.”

    Pelny artykul mozna znalezc tutaj:

    http://tinyurl.com/ykfm3yd

    Na dodatek, tego typu „wynalazki” niszcze spoleczenstwo, a zwlaszcza mlodziez, mentalnie i socjalnie. Polecam ksaizke: Kult amatora. Jak internet niszczy kulturę; Andrew Keen; Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne (IX.2007. Andrew Keen byl w Warszawie, jego wyklad dostepny jest w sieci:

    http://ksiazki.tv/n/276

    Wyklad dosyc dlugi (godzina) ale warty wysluchania. A ksiazka – przeczytania. No i nei dac sie zwariowac. I panietac ze facebook, mimo ze prywatny jest 100 procentowo publiczny.

    I znow cytat z owego artykulu z New York Times: „But Jon Kleinberg, a professor of computer science at Cornell University who studies social networks, is skeptical that rules will have much impact. His advice: “When you’re doing stuff online, you should behave as if you’re doing it in public — because increasingly, it is.”

    Dobre 0

Dodaj komentarz

Dodanie komentarza oznacza akceptację REGULAMINU blog.rp.pl. Komentarze nie spełniające zasad zawartych w regulaminie - nie będą publikowane. Więcej informacji można znaleźć na modblogu modblogu.