Są ludzie, którzy zawsze wszystkiego kupują za dużo. Dotyczy to głównie jedzenia, ale rozciąga się także na inne rzeczy. U mnie w rodzinie takie przypadki są dwa. Kuzynka, rocznik 1939, przeżyła głód i od tej pory aprowizacja rodziny stała się jej misją życiową. Syndrom dziecka wojny: bezpiecznym jest się wtedy, gdy spiżarnia pełna. Jeśli cielęcina, to cały udziec, jeśli pasztet, to wielkości młyńskiego koła, torty, nie mniej niż trzy. Kuzynka przyznaje się do swego syndromu oraz do tego, że nie jest w stanie go zwalczyć. Wychodzi się od niej zawsze z paczką żywnościową, bo dodatkową cechą tej bardzo kochanej skądinąd osoby jest hojność.
Drugim przypadkiem, z którym mocuję się na codzień, jest mój własny mąż. Na jego liście zakupów liczba pojedyncza nie występuje. Kiedy proszę, żeby wracając z pracy kupił mały grahamek i pęczek pietruszki, mogę mieć pewność, że wróci do domu z trzema bochenkami chleba (zamrozi się), dwoma kalafiorami (tak lubię kalafiory, a ty mi nigdy nie zrobisz), kilogramem pomidorów i papryki ( witaminy) itp. Banany leżakują u nas tak długo, aż osiągną barwę intensywnego brązu, jabłka są półzgniłe. Chlebem można by wykarmić internat nastolatków. Wstyd wspomnieć, ile pleśnieje, ile wysycha. Syndrom dziecka wojny w przypadku mego męża nie wchodzi w rachubę, syndrom PRLu owszem, mógłby, chociaż przez 20 lat możnaby się od niego odzwyczaić.
Jeśli mąż jest akurat nieobecny, co często się zdarza, stan zaopatrzenia wraca do normy.
Norma, to moja wersja. Wersja moich panów: głód. Główną oskarżoną w tej sprawie jestem ja.
Co będzie na kolację? wykrzykują w moją stronę stojąc przed lodówką, rzekomo pustą. Argumenty, że kiedy ja robię zakupy, chleb zjada się do ostatniej skórki, nie pomagają. Nasz syn nie przyjmuje do wiadomości, że ostatni (przyznaję, lekko podeschnięty) kawałek sera także może być jadalny. Maniakalnie sprawdza terminy przydatności do spożycia i jeżeli któryś został przekroczony o jeden dzień, jedzenie idzie won do kosza.
Nie wiem zresztą, co w naszym przypadku mógłby oznaczać termin „pusta lodówka”. Połowę jej zawartości stanowią produkty, które mają tam pobyt stały. Słoiczki z resztką tego, co było na obiad dwa tygodnie temu. Trzy otwarte musztardy i cztery chrzany (Boże Narodzenie czy Wiekanoc?). Wyschnięty kawałek parmezanu (zużyje się) i kiełbasy. Itp it. O zamrażarce, w której szuflady pełne są brył o nieustalonych właściwościach, nie wspomnę. Mrożone truskawki przebywają tam od października do czerwca, kiedy pojawiają się świeże.
Kto jest winien? Proszę, chętnie wskażę. Odpowiedzialne są supermarkety. Jak człowiek już się zmusi, żeby tam pojechać, zawsze kupi za dużo. Taka jest właściwość tego biznesu. Daję się w to wrobić. Chociaż nie mam skłonności hurtowych, to z wycieczki do reala zawsze wracam obładowana rzeczami, które w chwili kupowania wydały mi się nieodparcie smaczne.
Nie powinno się marnować jedzenia. To wstyd. Ale przyznaję, że kiedy z obiadu u kuzynki wychodzę z paczką pasztetu i kawałkiem baby drożdżowej, jest mi miło.
Natomiast, kiedy jestem zaproszona do przyjaciół, gdzie na cztery osoby przy stole na półmisku leżą cztery cienkie plasterki mięsa i pół główki sałaty, czuję się głupio. Staram się jeść jak najwolniej, żeby przypadkiem nie postawić gospodarzy przed kwestią dokładki. Bo na tę nie ma najmniejszych szans.
Hurt spożywczy
(24) Komentarzy do “Hurt spożywczy”
Dodaj komentarz
Dodanie komentarza oznacza akceptację REGULAMINU blog.rp.pl. Komentarze nie spełniające zasad zawartych w regulaminie - nie będą publikowane. Więcej informacji można znaleźć na modblogu modblogu.









Gdy banan osiągnie barwę intensywnego brązu to proponuję użyć go jako maseczki na twarz. Właśnie w takim stanie nadaje się do tego idealnie. Sposób sprawdzony i polecany przez moją żonę. Pozdrawiam
Zwyczaj nie wyrzucania niczego, no bo to grzech lub marnowanie pieniedzy, lezy u podstaw problemow, zasygnalizowanych przez pania redaktor.
Rozwiazan mozna sie doszukiwac, w skapym zaopatrzeniu lodowki a takze w „eating out”.
Proszę sie nie martwić,gdy bezrobocie dojdzie np. do 20%(obecnie ok12),to nie będziemy mieć za co kupować,i awizowany przez Panią problem sam się rozwiąże.Może napisze Pani o tym,że nikną następne zakłady pracy,ludzie pracują za płacę minimalna ,jak w obozach pracy,a Rząd zajmuje się sobą,i kopaniem dołków pod PiS-em.Kto zajmuje sie zwykłymi Polakami,i gospodarką !
Pani Redaktor:
Skoro Pani definiuje sie jednoznacznie jako jedyna racjonalna osoba (czego nie neguje ani nie jestem sarkastyczny) otoczona przez maniakalnych aprowizatorow, to wydaje sie ze przynajmniej w stosunku do swego meza i czlonkow bezposredniej rodziny nalezy zastosowac metode Pawlowa. Trenowanie odruchu jest rownie skuteczne w stosunku do ludzi lak i czworonogow.
Jesli ktos kupi cos wiecej niz jest to wymagane, to nic dodatkowego, bardziej swiezego nie zostanie podane na stol, nim „stare”, nawet juz nienajlepszej jakosci nie zostanie skonsumowane. Szczegolnie osoby meskiego rodzaju sa latwo manipulowane kulinarnymi bodzcami na codzien.
Po takiej krotkiej „terapii” stare nawyki powinny stac sie mniej odczuwalne.
Uklony, Lestek
Radze jednak kupowac normalna zywnosc, supermarkety to super przetworzona
zywnosc, naszpikowana woda, chemia i antybiotykami. Moze tak wrocic do
regionalnych chlopow i kupowac to co oni dla siebie produkuja?
„Tyn trynd” jest calkiem duzy na zachodzie, Wlosi, Francuzi nawet Niemcy, praktykuja to, tylko w Polsce nie specjalnie. Ma byc duzo i tanio!
Uwazam ze moze byc mniej i drozej, ale lepiej.
Lepiej zjesc jedna zdrowa wolowa poledwice, niz 7 kotletow wodnistych w tygodniu.
Jadlem na wyspie Wolin ziemniaki z kapusta, pochodzily z uprawy znajomego rolnika.
Ten smak bedzie niezapomniany, kupilem w Katowicach „cielecine”, po usmazeniu
wyladowala w smieciach, byla niejadalna. I tak to mozna mnozyc.
mili
Dobry artykuł
Cóż, u jednych rodaków zwykle jest zbyt dużo i to nie tylko jedzenia, u innych zbyt mało wszystkiego… Może właśnie ta wiedza, uświadamiana często członkom rodzin (pierwszej z grup rodaków), da pożyteczniejsze efekty w konsumowaniu i gospodarowaniu? Tym bardziej, że wbrew aroganckim sądom wielu nowobogackich, liczna grupa biednych i ciągle biedniejących, n i e jest zawiniona czy spowodowana przez nich samych. Sprawy kraju (prowincji) widziane ze stolicy mają zdecydowanie inny koloryt (bo o rządzących, przy tej kwestii, lepiej nie wspominać).
Ewakropkapl: „Cóż, u jednych rodaków zwykle jest zbyt dużo i to nie tylko jedzenia, u innych zbyt mało wszystkiego… Może właśnie ta wiedza, uświadamiana często członkom rodzin (pierwszej z grup rodaków), da pożyteczniejsze efekty w konsumowaniu i gospodarowaniu?”
Nie widze zadnego zwiazku. Jezeli rodzina K. jest biedna, a ja ogranicze moje wlasne zakupy, nie spowoduje ze nagle rodzina K. stanie sie bogata
Ad. A.L.
Wystarczy powrócić do artykułu p. Joanny, by zrozumieć sens mojej wypowiedzi…
Otóż autorka m.in. ubolewa, że w jej rodzinie z nadmiernego gromadzenia żywności dochodzi do jej marnotrawstwa- np.,cytuję:” Wstyd wspomnieć, ile pleśnieje, ile wysycha”. Na tym opiera się moje komentarzowe „zawstydzanie”, bo nie godzi się marnować(wyrzucać) jedzenia, gdy inni g ł o d u j ą! A wydawało mi się, że to oczywistość ?
Poza tym warto, tak wychowawczo, przypominać bliskim o istnieniu świata ubogich nie z własnej winy. Być może wówczas, od czasu do czasu te ich złotówki niepotrzebnie wydawane na zbędne zaopatrzenie lodówki, wesprą jakąś fundację dla sierot czy innych biedaków… Hmm, czy to takie odległe rozumowanie, że aż nie pojęte?
Ewakropkapl: „Na tym opiera się moje komentarzowe “zawstydzanie”, bo nie godzi się marnować(wyrzucać) jedzenia, gdy inni g ł o d u j ą! A wydawało mi się, że to oczywistość ?”
A gdyby inni nie glodowali, to mozna by wyrzycac jedzenie bez krepacji?…
„Być może wówczas, od czasu do czasu te ich złotówki niepotrzebnie wydawane na zbędne zaopatrzenie lodówki, wesprą jakąś fundację dla sierot czy innych biedaków… Hmm, czy to takie odległe rozumowanie, że aż nie pojęte?..”
Nie. Chec/niechac do akcji charytatywnych jest nijak skorelowana z trescia mojej lodowki.
Poza tym, rozszerzajac nieco zakres pojecia „nadmierne zakupy” – czy nalezaloby ograniczyc zakupy na ciuchy bo ktos inny chodzi kiepsko ubrany? Czy niemoralne jest kupowanie samochodu i benzyny bo inni chodza piechota? A co z moimi nadmiernymi zakupami ksiazek?
Ad A.L.
Temat artykułu jest pretekstem do szerszej rozmowy, która według pojęć, powinna być związana z empatią. Postrzeganie świata przez partykularyzmu, jest nie tylko problemem takiej czy innej wrażliwości, ale w przypadku mojego środowiska( rodziny, znajomych), jest podstawą religii. Tak więc w „naszym świecie”(rodzina, znajomi, ziomkowie) wyrzucanie jedzenia jest g r z e c h e m.
Ponadto nie trzeba nic rozszerzać, o jakieś tam zbędne biedakom „zabawki” techniki itp., głodni potrzebują jedzenia, co jest aksjomatem i tyle.
Proszę mnie więcej nie przekonywać, do innych racji, to zbędny trud.
A.L-u, egoizm nie jest pojęciem pozytywnym, a rozwodzenie się na oczywiste tematy dla samego filozofowania, jest stratą czasu.
Życzę zdrowia.
P.s uzupełnienie: w pierwszym zdaniu zgubiłam słowo, powinno być:”…która według moich pojęć…”
Ograniczanie jadu,niedobrej energii i wysiłku aby dowieść głupotę i ograniczenie innych jest dobrą oszczędnością.Nieustająca zjadliwość zatruwa bardziej niż słynny jesiotr drugiej świeżości.
Ewakropkapl: „.. tylko problemem takiej czy innej wrażliwości, ale w przypadku mojego środowiska( rodziny, znajomych), jest podstawą religii…”
No, z religia sie nei dyskutuje, wiec sie wylaczam..
„A.L-u, egoizm nie jest pojęciem pozytywnym,..” Jestem egoista bo nie oddaje polowy pensji „biednym”?… Zwlaszcza tym ktorym sie nie chce pracowac?
maryska: „Ograniczanie jadu,niedobrej energii i wysiłku aby dowieść głupotę i ograniczenie innych jest dobrą oszczędnością”
Dedykuje to Pani komu?…
Przede wszystkim sobie i innym zgredom
artykul ciekawy, ale ja znow cos w nim znalazlam…”na co dzień”, pisze się tak własnie…pozdrowienia.xxx
scurzyca: „artykul ciekawy, ale ja znow cos w nim znalazlam…”na co dzień”, pisze się tak własnie…pozdrowienia.xxx”
Widocznie Pani swierza „internautka”, W kregach bardziej doswiadczonych, doczepianei sie do ortografii to wybitna „lamerstwo”.
Jako poczatkujaca „internautka” zapewne Pani nie wie co to „lamerstwo”. Slownik lub Wikipedie proponuje.
Poza tym gwoli uzupelnienie: gdy ja robilem mature (a byla to matura porzadna, nie to zawracanie glowy co dzisiaj), a Pani Redaktor zapewne tez w tym czasie mature robila, wiele rzeczy pisano inaczej niz dzis, na przyklad „na codzien”. Cytuje:
” – Nie, nie ma żadnego kontekstu, w którym codzień można dziś napisać łącznie – odpowiadam internautce, a tym samym twórcy hasła, który domaga się takiej pisowni. Jednak gdyby to był rok 1936, 1948, 1956, 1962, a nawet 1970 (sic!), musiałbym stwierdzić… co innego: że pisze się na codzień! Proszę posłuchać, jakie były zawirowania wokół wyrażenia na codzień/na co dzień…”
http://www.obcyjezykpolski.interia.pl/?md=archive&id=98
Od tego czasu, pewna ilosc gryzipiorkow zdecydowala ze pisze sie inaczej. Ja, (i spora czesc spoleczenstwa ich rowno olewam), i pozostaje przy tym czego mnie Pani od Polskiego, bardziej uczona niz ta cala zgraja, nauczyla
do AL
moze i nie spedzam calego wolnego czasu na grzebanie w internecie, bo mam mnostwo ciekawszych rzeczy do zrobienia. mnie po prostu raza bledy ortograficzne.
co do polonistki mialam w liceum swietna starsza pania, ale o dziwo, w przeciwienswie do Panskiej, moja szla z duchem czasu i sledzila zmiany w przepisach odnosnie zmian zasad pisowni polskiej i interpunkcji. i kazala sie do nich stosowac, np odnosnie pisowni „nie”z imieslowami. moim zdaniem „stare” zasady byly bardziej wysublimowane i wymagaly wiekszej zrecznosci i wiedzy.no ale nadszedl czas na ulatwianie zycia…zatem trzeba na to przystac…jest to przeciez wszystko regulowane prawnie,tak na marginesie pragne Panu przypomniec.
Zgadzam sie, jak sie poczyta stare teksty, to nijak nie pasują do rzeczywistosci, vide: np. ustawa z dn. 28 kwietnia 1936 (sic!) prawo wekslowe , ktora zreszta do dzis obowiazuje. ale czytanie tego jednak razi swoim archaizmem.
czyli co, Panskim zdaniem, kazdy powinien trzymac sie tego, czego chce, bo tak go nauczono? moze i dobrze miec swoje przyzwyczajenia, ale i one z czasem zostana wyparte przez nowe…takie odstawanie nikomu nie sluzy. trzeba byc elastycznym i otwartym na zmiany. zreszta przyklady mozna by mnozyc
Odnosnie tego,co Pan przytacza-sporow w doktrynie moze byc co niemiara, i niech sie kłoca, jakos przeciez musza zarabiac na wnuki…
ja i tak uwazam, ze gdybym zaczela pisac wg zasad obowiazujacych uprzednio, to uznana bym zostala w srodowisku co najmniej za dziwaka, a nie za piewce straych dobrych zasad,bo tak mnie uczono i koniec.
jescze raz powtarzam, otwartosc na zmiany-tak.
ignorantia iuris non exculpat, trawestujac Pana wypowiedz-vide Wikipedia,bo pewnie Pan nie zna znaczenia tego zwrotu
całuski dla Pana.xxx
„szacun” dla Autorki
sczurzyca: „czyli co, Panskim zdaniem, kazdy powinien trzymac sie tego, czego chce, bo tak go nauczono? moze i dobrze miec swoje przyzwyczajenia, ale i one z czasem zostana wyparte przez nowe…takie odstawanie nikomu nie sluzy. trzeba byc elastycznym i otwartym na zmiany”
Tak, Nalezy sie trzymac, albowiem nei widze powodu dla ktorych paru gryzipiorkow mialoby mnie pouczac jak pisac a jak nie. W odroznieniu od fizyki czy matematyki z ktorych kazda jest nauka, panowie zajmujacy sie „uniowoczesnianiem jezyka” zajmuja sie „nauka”. W cudzyslowie.
sczurzyca: „ignorantia iuris non exculpat, trawestujac Pana wypowiedz-vide Wikipedia,bo pewnie Pan nie zna znaczenia tego zwrotu.
Nei ma to jak miec do czynienia z erudytka!
Życzę wszystkiego najlepszego z okazji dnia kobiet.
Ja mam takie same zdanie na temat pudelka jak pani (coz, widze, ze nie jestem sama) – szambo i wylewanie pomyi, oczywiscie, ale i tak mniej hipokryzji, wiecej odwagi niz w innych tego rodzaju publikacjach, i zdecydowanie brak lukrowanego lizusostwa jak w wywiadach publikowanych na lamach „gali”, „vivy” etc.
Przepraszam „takie SAMO zdanie”