W mojej okolicy, na niezabudowanych działkach porolnych, gdzie baraczki dla zatrudnionych na czarno Ukraińców sąsiadują z budkami zbieraczy złomu, porzuconymi wrakami samochodów i starymi materacami, powstaje imponujących rozmiarów budowla. Okoliczna ludność, która chodzi tam z psami, przez pewien czas myślała, że będzie to kościół, który proboszcz ksiądz Józef Maj ma podobno zamiar zbudować gdzieś tutaj. Potem, sądząc po rozmiarach rezydencji oraz stojącym tam dźwigu, podejrzewano apartamentowiec. Ale na tablicy informacyjnej stało: dom jednorodzinny. Nazwiska inwestora brak, jest tylko nazwa firmy.
Stugębna plotka osiedlowa głosi, że inwestorem jest najbogatszy Polak, Leszek Czarnecki. Nie weryfikowałam, chociaż pozory świadczą o tym, że inwestor jest wyjątkowo zamożnym człowiekiem. Na oko rozmiar domu – gdzieś tak koło 2 tys metrów, może więcej. Obok budynek obsługi (czytaj służby) rozmiarów niewielkiego domku jednorodzinnego. Działka duża i droga, bo to niezagospodarowane dotąd miejsce w centrum Mokotowa jest jedynym chyba w Warszawie, gdzie zostały tak duże tereny. Ich właściciele dawno popodpisywali wstępne umowy z deweloperami, w których zaznaczono, że im wyżej będzie można budować, tym wyższa cena za działke. Plan uchwalono w zeszłym roku. Dopuszcza tylko zabudowę do 11 metrów.
Mieszkam tu od 10 lat i obserwuję okolicę. To ciekawe studium obyczajowe, które daje obraz przemian ostatnich lat. W latach 80 zbudowano tu osiedle dla prominentów PRLu , dygnitarzy i artystów. Mieszkali tu Krystyna Janda, Zbigniew Zapasiewicz, reżyser Jan Łomnicki, mieszka jeszcze pisarka Monika Warneńska. Na owe czasy małe segmenty z ogródkami były luksusami. Teraz po dawnych właścicielach (zwano ich czerwonymi pająkami) zostały niedobitki – ludzie starsi, na dzisiejsze warunki niezamożni, którzy dygnitarzami dawno nie są. Kilka kulturalnych starszych pań. Znamy się przez psy i są to ludzkie relacje na osiedlu, gdzie zna się sąsiadów i czasem zamieni z nimi parę słów.
Ale to się kończy. Wiele domków zmieniło wlaścicieli. Przyszedł duży biznes – showbiznes, banki, prywatyzacje. Domki zmieniły się w wille rozepchnięte na cały ogródek. Właścicieli się już nie zna, bo nigdy nie przemieszczają się piechotą. Obok wybudowano także, nie całkiem legalnie, jak się mówi, pod samą skarpą, dwa apartamentowce. Potem rozsiadł się następny, zwany „bunker hotel palace”. Jajowata nowoczesność obłożona glazurą, niepasująca do tej trochę wiejskiej jednorodzinnej okolicy piętrzy się nad nią wyniośle. Z apartamentowców bezszelestnie wyjeżdżają duże i nowe samochody (rodzinny zestaw obwiązkowy – porsche, volvo terenowe i subaru). Nikt nikogo nie zna. Nieliczni, którzy mają psy, wyprowadzają je, często za pomocą personelu. (Notabene, zaobserwowałam, że łatwo poznać, kiedy psa wyprowadza nie właściciel -widać brak związku emocjonalnego).
Zostało także, już bardzo niewiele, przedwojennych chałupek, gdzie hoduje się drób, gdzie jako relikt starego wegetuje jeszcze jakiś na wpół opuszczony zakładzik rzemieślniczy Ale ostatnio pojawił się deweloper, ktory masowo ruderki wykupuje. Coż, prawo rynku. Kury znikają, zastępują je przeszklone wille rozpierające się od płota do płota (pisałam o tym w odcinku willa dla bulionera). W zeszłym roku znikł też ostatni folklor naszej okolicy – pijaczek odbywający swój codzienny rejs do sklepu i wracający z niego z reklamówką, już w stanie lekkiego rozchwiania. Umarł ostatni, nieszkodliwy menel. Trwa jeszcze na swym posterunku jego matka, która w chustce i niebieskim stylonowym fartuszku robi codzienny milczący obchód okolicy. Obok niej przemykają terenowe porsche cayenne z blondynkami rozmawiającymi przez komórkę.









Bardzo nastrojowe.
Tylko że opisaną okolicę trudno nazwać centrum Mokotowa; środkiem być może tak.
Juz Kopernik mowil ze zly pieniadz wypiera dobry pieniadz. Tak samo jest z gustami. Architektura warszawskich Beverly Hills i Malibu to zwykly, porazajacy syf
@ Autorka i A. L.
Najmocniej przepraszam ale o czym Państwo bredzą?! To niby menel i walące się rudery w centrum luksusowej dzielnicy Warszawy mają być nastrojowe?! Nie bardzo wiem o jak nastrój miałoby tu chodzić – mnie na taki widok ogarnia raczej obrzydzenie niż nostalgia. Poza tym uprzejmie przypominam, że Mokotów był dzielnicą luksusową już przed wojną, a owe rzekomo urokliwe „kury, warsztaciki, rozpadające się chałupki” i „nieszkodliwi” (ciekawe czy autorka osobiście to sprawdzała, czy odbyła pogawędkę z dzielnicowym?) menele to po prostu elementy przedmieść, a nie miasta, które od wojny zdążyło się przez ostatnich lat kilkadziesiąt solidnie rozrosnąć. Jeszcze w drugiej połowie XVIII wieku Krakowskie Przedmieście było błotnistą ulicą z tak ulubionymi przez autorkę kurami (co tam kury! nawet i świnie się trafiały!)jednak nikt zdrowy na umyśle nie ubolewa chyba dzisiaj nad tym, że tak już nie jest.
Krótko mówiąc tekst ten to w moim pojęciu bezmyślna apoteoza PRLowskich standardów. Tylko w panstwach komunistycznych rozwalające się rudery mogły funkcjonowac w dzielnicach willowych i tylko tam lumpenproletariat i wszelkiej maści żulia mogła mieszkać pod jednym dachem np. z profesorami uniwersytetu i urzędnikami skutecznie dewastując np. konstruktywistyczne (żoliborskie) czy neoklasycystyczne (mokotowskie) wille.
W krajach NORMALNYCH istnieją dzielnice złe, dobre i luksusowe, rózniące się zazwyczaj składem społecznym mieszkańców i określane, co tu wiele gadać, zasobnością ich portfeli. To, że podobnie się dzieje we współczesnej Warszawie jest rzeczą ze wszech miar pozytywną, bowiem od tego NORMALNIEJE to skądinąd fatalnie zaniedbane miasto.
Brzydota nowoczesnej architektury to z kolei efekt całkowitej dezynwoltury i przysłowiowej wręcz korupcji kwitnącej wśród miejskich architektów i konserwatorów, którzy powinni dbać o kształ urbanistyczny historycznych dzielnic i koherencję architektonicza powstających tam nowych budynków. Co się zaś tyczy standardów towarzyskich, można jedynie powiedzieć, że jemy żabę jaką nam zafundowały pierwsze lata III RP – mniej więcej wiadomo kto się w Polsce w tym czasie (a w konsekwencji i później) dorabiał dużych pieniędzy. Ale radą na to z pewnością nie jest apoteoza ruder i meneli.
z ukłonami!
Niedawno czytałem wywiad z Ablem Korzeniowskim który zachwycał się kiczem domów w Los Angeles… ciekawe czy kiczem domów w Warszawie też by się zachwycał a jeśli nie to dlaczego?
Nie wzdycham do PRLu. Wzdycham do ludzi, którzy czasem chodzili na nogach i do kogoś gębę otworzyli, choćby to było zwykłe dzień dobry. Św pamięci pan Marian, ów menel, kiedyś powiedział do mnie psa: jak ten pani kundel na mnie jeszcze raz naszczeka, to go zastrzelę. Ci z cayenne nawet tego nie powiedzą.
Myślę, że proces niszczenia i „zakrywania” tego co stare, klimatyczne pełne wspomnień przez nowe, zimne bez wyrazu budynki jest nie do uniknięcia. A szkoda. Można by rzec: XXI wiek…
@ Joanna Bojańczyk says:
21 stycznia 2010 at 21:09
„Św pamięci pan Marian, ów menel, kiedyś powiedział do mnie psa: jak ten pani kundel na mnie jeszcze raz naszczeka, to go zastrzelę. Ci z cayenne nawet tego nie powiedzą.”
Chyba ma Pani rację nie powiedzą… od razu go zastrzelą
Cóż… z tego co Pani pisze to nie wynika. Innymi słowy „nie wzdycha Pani do PRL ale jakby tak wychodzi”
Delikatnie sugeruję, że „ci z cayenne” jak ich Pani pogardliwe określa to też ludzie, może nawet nieliczni dysponują choćby takim zasobem ludzkich odruchów jak ów elokwentny menel. Proponuję, żeby sama zaczęła do nich Pani „zagadywać” czy się witać, a może za dziesiątym czy dwudziestym razem coś „zaskoczy”. Jeśli nie w nich to może w dzieciach…
A jeśli nie ma się Pani zamiaru spoufalać z jakimiś prymitywnymi groszorobami to proponuję się co prędzej przenieść!
Naprawdę są jeszcze w Warszawie miejsca, w których można pogawędzić z sąsiadem, a dzięki owym koszmarnym dorobkiewiczom w luksusowych limuzynach, którzy bezwzględnie i nieludzko zawyżają ceny na Mokotowach, Żoliborzach itp. niszcząc swojskie, menelsko-wiejskie, urokliwe „klimaty” za swoje mieszkanie w tym punkcie będzie Pani mogła spokojnie kupić sobie co najmniej tak samo wygodne lokum w dowolnie wybranej dzielnicy miasta.
Czego serdecznie życzac pozdrawiam!
„Wzdycham do ludzi, którzy czasem chodzili na nogach i do kogoś gębę otworzyli, choćby to było zwykłe dzień dobry” – znam ten bol i podzielam.
Znak czasow, niestety. Jakos tak sie stalo, ze czesciej mowimy owo „dzien dobry” przez Skype komus tysiace kilometrow dalej, niz sasiadowi.
Bardzo mnie to bolalo na poczatku emigracyjnych losow, kiedy zamieszkalam w Kanadzie, po 13tu latach przyjaznienia sie nieomal doslownie z calym (duuuzym i bardzo brzydkim „fizycznie”, ale pieknym duchowo) blokiem na Chomiczowce. Wychodzilam w owych czasach do sklepu i po drodze spotykalam co najmniej kilkanascie dobrze mi znanych sasiadow.
Tutaj i teraz znam tylko sasiada z lewej (a mam pieciu sasiadow ulokowanych wokol malego placyku- uliczki), a i to tylko dlatego, ze ma uposledzone dzieci, ktore co rusz odwiedzaja nas nieproszone, ale zawsze mile widziane, a on je przychodzi odbierac. Nieszczescie czasem przelamuje bariery.
Bardzo dobry tekst, dziekuje.
Ładny, nastrojowy artykuł, dziękuję.
Lunin113: „@ Autorka i A. L.
Najmocniej przepraszam ale o czym Państwo bredzą?!”
Ja bredze o tym ze „nowoczesna” architektura w Polskich Beverly Hills to totalny syf i bezguscie. Proponuje czytac ze zrozumieniem. To naprawde nie boli. Proponuje siegnac do pisania najwiekszego polskiego Wieszcza, Dolegi-Mostowicza, a specjalnie do „Kariery Nikodema Dyzmy”. Znalezc ustepy o Knapiku. Niestety, pasuje jak ulal do polskich „elit”
Natomiast nie wiem jak Autorka, ale ja wspominam PRL z rozrzewnieniem. Co prawda trudno bylo o paszport, nie bylo miesa i mozna bylo dostac pala do ZOMOwca, ale mozna bylo bezpiecznie chodzic po ulicach o dowolnej porze, a wladza, choc skorumpowana, nie byla tak skorumpowana jak dzis. Przypominam jaka afera byla gdy niejaki Gierek zrobil sobie marmurowe parapety. A dzisiaj?…
Nd odoatek, co mnie osobiscie obchodzi, skolnictow tak srednie jak i wyzsze atro na znakomitym poziome, a nauki nei udalo sie Komunie zniszczyc w ciago calego jej panowania. NMowa Wadza zalatwila sie z tym w trymiga.
Neistety, jak idzie o Polske, to sprawdza sie przyslowie „zamienil stryjek siekierke na kijek”
Ma Pani talent znakomicie tak plastycznie oddaje Pani nasze reali, powinna Pani pisać książki.
Jeśli brak Pani weny twórczej to znam z dwa ciekawe tematy których nikt normalny nie odważy się opisać pod swym nazwiskiem
Pozdrawiam
@ A. L. Zacząć proponowałbym od pisania ze zrozumieniem. To także nie boli. „Juz Kopernik mowil ze zly pieniadz wypiera dobry pieniadz.” to jak rozumiem w kontekście tekstu p. red. Bojańczyk, która pisała o tym (między innymi) jakim to nostalgicznym smutkiem napawa ją zanik przedmiejskiego folkloru w postaci rozwalających się „chatek” i meneli w środku luksusowej dzielnicy Warszawy. Z Pani?/Pana? (prosze wybaczyć nie wiem jaką formę mam wybrać) tekstu logicznie wynikało zatem, że „zanikanie” takich reliktów uważa Pani?/Pan? za wyraźny regres i upadek – vide odniesienie do Kopernika. To jest brednia, moim zdaniem. Ale jak się okazuje sądząc po zadeklarowanym stosunku do PRL czytałem ze zrozumieniem także między wierszami.
Co do architektury polskich, współczesnych willi bardzo rozmaicie z tym bywa – polecam np. wizytę w okolicach ul. Hozjusza w Warszawie, jest tam bardzo ciekawie dostosowany do okolicznej zabudowy z lat ’30 (głównie) nowoczesny komleks luksusowych apartamentowców i domów – ale zawsze najłatwiej o wygłaszane z pogardliwym wzruszeniem ramion z piedestału własnej rzekomej wyższości (w tym wypadku estetyczno-obyczajowej) generalizacje, mocno trącace mi w swym „zadęciu” i pozornej głębi tym co Ziemkiewicz spopularyzował pod nazwą „salonu” i co, nie ukrywam, solidnie mnie drażni. Stąd reakcja.
Lumin113: „“Juz Kopernik mowil ze zly pieniadz wypiera dobry pieniadz.” to jak rozumiem w kontekście tekstu p. red. Bojańczyk, która pisała o tym (między innymi) jakim to nostalgicznym smutkiem napawa ją zanik przedmiejskiego folkloru w postaci rozwalających się “chatek” i meneli w środku luksusowej dzielnicy Warszawy.”
Ponawiam moj apel o czytanie ze zrozumienie; dodaje tez apel o minimum wysilku w celu przeprowadzenia sensownej dyskusji, jako tako nawiazujacej do logiki.
Dla wygody Pana(i) „lumin113″ czytuje moja wypowiedz w calosci:
„Juz Kopernik mowil ze zly pieniadz wypiera dobry pieniadz. Tak samo jest z gustami. Architektura warszawskich Beverly Hills i Malibu to zwykly, porazajacy syf”
Nie napisalem niczego wiecej. Nie trzeba miec habilitacji (ani nawet rehabilitacji) zeby zrozumiec ze pisze o architekturze i gustach. Nie pisze zas o menelach, i ani w tej wypowiedzi ani w innej do sprawy meneli sie nie odnosilem.
Proponuje wiec aby Pan(i) „lumin113″ dzyskytowala z tym co POWIEDZIALEM a nie z tym co MOGLBYM powiedziec, albo sie „luminowi113″ z powodu nieumiejetnosci analizy prostego tekstu zlozonego z 3 zdan, WYDAJE.
Owo proste zdanie o syfie nie wyklucza oczywiscie mozliwosci ze tu i owdzie powstaja perelki architektury. Nie interesuja mnie te perelki; interesuje mnie srednia. A srednia jest taka sobie.
Pozwole sobie zwrocic uwage, ze „lumen113″ ma podobne zdanie, cytuje:
„Brzydota nowoczesnej architektury to z kolei efekt całkowitej dezynwoltury i przysłowiowej wręcz korupcji kwitnącej wśród miejskich architektów i konserwatorów, którzy powinni dbać o kształ urbanistyczny historycznych dzielnic i koherencję architektonicza powstających tam nowych budynków. Co się zaś tyczy standardów towarzyskich, można jedynie powiedzieć, że jemy żabę jaką nam zafundowały pierwsze lata III RP – mniej więcej wiadomo kto się w Polsce w tym czasie (a w konsekwencji i później) dorabiał dużych pieniędzy…”
Czy ja powiedalem cos innego? Powiedzialem to samo, tylko krotko
Zdumiewające jest to jak różnie można odczytać jeden tekst. Ja nie dopatrzyłam się żadnego sentymentu dla dziadostwa PRL u ,widzę zdumienie wulgarnością i brakiem umiaru.Ostentacyjny przepych jest zawsze estetycznie ordynarny i z pijaczkiem w tle daje obraz Ameryki Łacińskiej.Architekci za pieniądze realizują wizje bogatych klientów i tyle.Polacy jak wiadomo zawistni są,więc takie epatowanie zamożnością musi kończyć się zamknięciem w strzeżonej twierdzy.Mam wątpliwości czy w takich domach fajnie się mieszka.Ale to naprawdę nie mój problem:-)
Swietym i niezbywalnym prawem czlowieka (nie dla komunistow, oczywiscie) jest prawo wlasnosci.
Na MOJEJ ziemii moge sobie postawic szope, palac kultury, piwnice z winem, pomnik s.p. Generala Pinocheta, albo armatke sniezna.
Romantycy sobie moga ubolewac. Ale jak zaczna miec WPLYW na moje widzimisie – zaczyna sie totalitaryzm.
Wlasnosc zawsze warunkowala kapitalizm, wolny rynek, rozwoj. Jak nie bedziemy jej szanowac – pojdziemy z torbami, i to na wlasne zyczenie.
@Autorka & lumin113:
Autorka krytykując to co jest, lumin 113 krytykując to, co było. Przeszłość może nie była idealna, ale była… ludzka – na dobre i na złe. Nowoczesność cechuje dehumanizacja stosunków międzyludzkich. W takich miejscach gdzie (w uproszczeniu) najnowsze niszczy najstarsze, widać to szczególnie. Dzisiejsze czasy cechuje zanik solidarności międzyludzkiej, ludzie pozamykali się przed sobą (biedniejsi za domofonami na klatkach schodowych, bogatsi za wysokimi ogrodzeniami). Jak napisała swego czasu T.Hołówka w „Delicjach ciotki Dee” (książka w wrażeniach obywatelki PRL-u z pobytu w USA, polecam – książka aktualna w czasach, kiedy – mówiąc w przenośni – USA wprowadziło się do b. PRL-u, na stałe) – chłód zastępuje rodzime ciepełko, choćby to ostatnie było ciepłem obórki czy chlewika.
Skomentuję jak rabin z anegdoty: Obie strony mają rację
Lepsze człowieczeństwo, nawet z najgorszymi jego wadami, niż coś zimnego, martwego i bezosobowego – nawet jeżeli luksusowego. Potwierdza się mądrość starego powiedzonka – Bóg stworzył dla człowieka lasy, pola i łąki, człowiek wybudował sobie wieś, a diabeł wymyślił dla człowieka miasto.
@AL: Nie ma co rozrzewniać się nad PRL-em, że nie wszystko udało mu się zniszczyć (towarzysze nieraz narzekali, na jakim beznadziejnym – z ich punktu widzenia – materiale muszą w tej Polsce pracować), ani nad tym, że w socjaliźmie nawet ukraść nie było czego – nawet w najweselszym baraku w obozie sama wierchuszka, czyli towarzysze z KC, żyła gorzej niż zamożni ludzie na Zachodzie, zwłaszcza pod koniec „przodującego” ustroju.
Z tymi pieniędzmi jest odwrotnie: dobry wypiera lepszy.
… tzn. dobry wypiera zły, chicałem powiedzieć
)))
lumin113 „……To, że podobnie się dzieje we współczesnej Warszawie jest rzeczą ze wszech miar pozytywną, bowiem od tego NORMALNIEJE to skądinąd fatalnie zaniedbane miasto”
Nie zgodzę się, że normalnieje, zgodzę się natomiast ,że się zmienia. Zrywanie kontaktów społecznych, zamykanie się w oddzielnych willach , robienie gett nie jest normalnieniem jest modą jest oreagowaniem, jest pokazaniem swojego statusu, dowartościowaniem na króyką metę ale i spaczeniem społecznym.
Kiedyś mówiło się o patriotyźmie lokalnym (dziś wogole nie mówi się o patriotyźmie bo to jest antyeuropejskie) społecznikostwie, krajoznawstwie. Dziś te słowa źle się ” kojarzą”, nie sa cool , ani trendy bo wymagają. Wymagają aby wyłącxzyć telewizor i opóścić swoją twierdże. A na zewnątrz jest strasznie!!!, Są sąsiedzi, którzy zajmują jedyne miejsce parkingowe pozbawione śniegu,, są dozorcy, którzy posypują chodnikii piaskiem ,a ten zabrudza chdniczki samochodowe, …..
Od 13 lat mieszkam na wsi, znam wszystkich okolicznych sąsiadów i tych dalszych, z którymi mam kontakt na wywiadówkach, w ramach akcji sprzątania świata skrzykuję się z innymi i zbieramy śmieci, pomagam odpalić samochód sąsiadce z końca ulicy (jej samochód o co najmniej 10 lat mlodzy od mojego i o 2 klasy lepszy), ktoś inny swoim quadem z domontowanym lemieszem odśnieżył drogę dojazdową do ulicy , ktoś inny dowiózł dzieciaki do szkoły bo gimbusa nie było…..
Wolę taki świat, ten jest dla mnie NORMALNYM.
Współczesne miasto niestety niszczy duch wspólnoty, świadomość współodpowiedzialności
A w ktorym miejscu Mokotowa to jest? ktos moze podac nazwe ulicy, albo linka do Google Maps? Ciekaw jestem o ktorej dokladnie czesci Mokotowa mowa…
Dziekuje za tekst o ludziach.
(czlowiek)
Kiczowate wille w beverly hills mają swój urok i stanowią mieszninę stylów z różnych epok ale rozplanowaną i nie nachalną. Natomiast koszmarne twory chorej wyobraźni polskiego inwestora bez kontekstu do tradycji powoduje że to już nie kicz z Beverly tylko koszmar i zaśmiecona wspólna przestrzeń, nie mam żadnych pozytywnych uczuć do czasów prl-u ale nie zniszczyli oni tak ładu urbanistycznego jak to dzieje się dzisiaj.
@ Rafal Ryszard
„Na MOJEJ ziemii moge sobie postawic szope, palac kultury, piwnice z winem, pomnik s.p. Generala Pinocheta, albo armatke sniezna”
Zabawne, w niektorych krajach, bynajmniej nie skazonych komunizmem – palacu kultury nie mozna. A raczej, mozna, jesli nie odbiega wygladem od innych, podobnych palacow kultury w okolicy. Lub jesli nie wystaje 150 metrow ponad horyzont.
Poruszony temat, w istocie prowokuje do pewnych porównań. Nie chodzi tu o „wielką” politykę, a raczej o zmianę obyczajowości. Ludzie przełomu wieków( XX/XXI) są uczestnikami, bądź tylko świadkami wielu przemian (które tych ostatnich raczej nie dotyczą). I tutaj można wymieniać (poza umierającymi „menelami”i im. podobnymi „bankrutami życiowymi”) liczne znikające zjawiska. Dawno temu, około 1990 roku, w gronie znajomych, zastanawialiśmy się nad ewentualnymi zmianami w kulturze narodu, po otwarciu granic. Na ile przejmiemy sposoby życia z innych (zachodnich) nacji. Np. w Europie Zachodniej czy Ameryce Pół. już wtedy było znane zjawisko słabych (luźnych) więzi rodzinnych. Przykładowo, w ww. krajach, matka odwiedzająca córkę zamieszkałą w innej miejscowości nie tylko musiała się anonsować, ale zwykle zamieszkiwała w pokoju hotelowym(mimo dobrych warunków mieszkaniowych tej drugiej). Te i tym podobne obyczaje zaczęły wkraczać do naszego polskiego życia. I żal niektórych rodzimych tradycji…Osobiście brakuje mi, między innymi, dawnego spontanicznego „wpadania” do siebie, bez zapowiedzi, ot tak, na „pogaduchy”, przy okazji zakupów, gdzieś w pobliżu lub bez specjalnych pretekstów. Mamy jeszcze(dwa razy w roku) NASZE wyjątkowe święta i mam nadzieję, że to się nie zmieni… Przykładów można by mnożyć, niestety, nie dysponuję takim czasem, ale mam nadzieję, że inni komentatorzy mnie wyręczą.
Na koniec jeszcze zdanie o aktualnej architekturze, szczególnie nowobogackich willi, bowiem niestety, często są to kiczowate rezydencje z tzw. „cygańskim przepychem”(nawet z zewnątrz pozłacanymi wykończeniami). Koszmarne…
Homo homini lupus est. A teraz? Jak nazwiemy obecne zachowania homo sapiens? Wynika, że blokowiska jednak otwierały człowieka na człowieka, a obecne wille-twierdze tworzą kastę pyszałków i frustratów.
Ja wole wariant: dom w stylu „barok wolominski” a w srodku tleniona blondyna typu gold-digger. Jak polknac te zabe?
Moda na „koszerność” nierozerwalnie wiąże się z budową murów. Czy pożyteczni idioci od Wojewódzkiego znają następny rozdział tej smutnej opowieści?
Czasy , kiedy to „…u starego Joska na ulicy Gnojnej zebral sie ferajny kwiat…”odeszly.
Troche szkoda, a troche pociesza.
rafal Ryszard: „Swietym i niezbywalnym prawem czlowieka (nie dla komunistow, oczywiscie) jest prawo wlasnosci.
Na MOJEJ ziemii moge sobie postawic szope, palac kultury, piwnice z winem, pomnik s.p. Generala Pinocheta, albo armatke sniezna.
Romantycy sobie moga ubolewac. Ale jak zaczna miec WPLYW na moje widzimisie – zaczyna sie totalitaryzm.”
No to mamy totalitaryzm w USA. Tutaj mozna sobie kupic kawalek ziemii, ale co z nim mozna zrobic, okresla tak zaway „zoning law”. Dokladnie okresla co mozna postawic a co nie, i jak to co sie postawi ma wygladac. W „osiedlach” dokladnie sie okresla jaki moze byc kolor domu, jaka maksymalna wysokosc, jaki procent dzialki moze dom zajmowac, jaka moze miec maksymalna powierzchnie, czy mozna postawic plot czy nie, a jak mozna to jakiej wysokosci i jaki.
Jak juz sie wybuduje i zamieszka, to trzeba pilnowac przepisow dotyczacych tego co mozna wywiesic w oknach i na domu, jakiego mozna miec psa i jak duzego, jak ma wygladac trawnik przed domem i 1000 innych. Wszystko w domu zbudowanym za wlasne pieneidze, posiadanym na wlasnosc, na dzialce ktora jest nasza wlsanoscia. Tu gdzie meiszkam, na przyklad (miedzy innymi) jest zakaz parkwoania poza garazem samochodow posiadajacych na nadwoziu napisy reklamujace biznes, a pies moze byc tylko jeden i „w klebie” nie majacy wiecej niz 20 cali.
„Zoning law” kontrolowany jest przez miasto, prawa osiedla kontrolowane sa przez Stowarzyszenie Wlascicieli. Stowarzyszenie to ma prawo nakladac kary ktore moga byc dokuczliwe (kilkadziesiat-kilkaset dolarow dziennie) a w szczegolnych przypadkach moga wystapic o eksmisje wlasciciela z jego wlasnego domu. Co nie jest mozliwoscia czysto teoretyczna. Broszura Stowarzyszenia Wlascicieli, tego gdzie meiszkam ma 300 stron, i kupienie czegokolwiek jest niemozliwe bez podpisania oswiadczenia ze sei bedzie owe prawa respektowac.
Nie ma tez zadnej „samowlki” budowlanej. Na wszelkie prace konstrukcyjne, wewnatrz czy zewnatrz trzba miec pozwolenie z Ratusza, i owo pozwolenie musi byc wywieszone w odpowiednim miejsku. Inaczej bedzie sie mialo Szeryfa na glowie, a w razie czego sprawe w sadzie i buldozer. I to wszystko w tydzien a nie w 5 lat.
Dzieeki temu Ameryka jakos wyglada i w porzadnych miejscach nie ma syfu. A mnie, za kazdym razen jak jestem w Warszawie, dziwi prawny i architektoniczny bajzel i bezholowie.
J: „T.Hołówka w “Delicjach ciotki Dee” (książka w wrażeniach obywatelki PRL-u z pobytu w USA”
Nie widzialem bardziej kretynskiej ksiazki na temat USA. Szkoda ze ta ksiazka wyrabia pojecie o USA wsrod Polakow.
J :”@AL: Nie ma co rozrzewniać się nad PRL-em, że nie wszystko udało mu się zniszczyć ”
Owszem. Nie wszystko udalo sie zniszczyc. I nie nad tym sie rozrzewniam. Rozrzewniam sie nad tym ze czego sie nie udalo sei zniszczyc, zniszczono po upadku PRL i komuny
Wszelkie zmiany spoleczne, ktore dokonuja sie po zmianie systemu (1989) sa niejako hamowane przez 44 lata „demokracji socjalistycznej”. Moze ktos ze starszych blogowiczow napisalby pare slow o stosunkach towarzyskich mieszkancow Czerniakowa i Mokotowa, Pragi i Saskiej Kepy lub Powisla i Srodmiescia z czasow przedwojennych. Tu popieram stanowisko „lumin113″.
Rozumiem tez stanowisko p. Bojanczyk – autorki bloga. Jest smutno mieszkac w skupisku ludzkim jakim niewatpliwie jest dzielnica miasta i nie moc nawet doczekac sie na odpowiedz na zwykle „dziendobry”. Uwazam, ze jeszcze troche wody w Wisle musi uplynac aby ludzie z nowych domow zaczeli sie integrowac z lokalna spolecznoscia. Nie trace nadziei, wszak czlowiek to zwierze stadne.
whietamagic: „Z tymi pieniędzmi jest odwrotnie: dobry wypiera lepszy”
Gdzie?…
Chodzi o teren Pod Skocznią, pod Skarpą przy Metro Wilanowska
@AL
J: Teresa Hołówka w „Delicjach ciotki Dee” (książka w wrażeniach obywatelki PRL-u z pobytu w USA”
„Nie widzialem bardziej kretynskiej ksiazki na temat USA”
No nie wiem, wydaje się dość inteligentnie napisana, przez babkę o kapitalnym zmyśle obserwacji.
Tylko trzeba wziąść poprawkę na to, że to wrażenia nie tyle „z USA” jako całości, co z amerykańskiej prowincji, takiego Pcimia czy Piotrkowa, nie z metropolii. Inna sprawa, że w taka amerykańska dziura, to mieścina z dwoma czy trzema uniwersytetami (a jeszcze inna, że są to często uniwerki o poziomie poniżej naszego liceum – przynajmniej takiego sprzed 1989r. – w kwestii oceny skutków „reform” naszej oświaty pełna zgoda).
Ale wracając do „Delicji” – autorka pisze o poznawaniu nieznanych krajów mniej więcej tak (cytat z pamięci): „Poznać Polskę to nie znaczy spędzić miesiąc, czy nawet parę lat w „Mariocie” czy (wówczas – J.) „Forum”. Poznać Polskę, to choćby przez jeden dzień próbować „załatwić” hydraulika, postać w kolejce po mięso, pojechać gdzieś PKS-em itp.” I o analogicznym poznawaniu prowincjonalnej Ameryki, mentalności zapyziałych mieszczuchów Autorka pisze.
A najlepsze jest zakończenie (czytać dopiero po przeczytaniu książki!). Bardzo zbliżone klimatem do felietonu p. Bojańczyk, na ten sam temat, w jakiś sensie nieco prorocze. Autorka po powrocie z USA patrzy na swoje PRL-owskie zaniedbane osiedle, i zastanawia się, jakby się potoczyły losy takiego miejsca w USA. W sumie bardzo smutna lektura. I nieco zbliżona do powyższego felietonu – stanowi świetne jego uzupełnienie.
I to pytanie na koniec: Czy naprawdę nie da się inaczej? Czy nie ma jakiejś trzeciej drogi?
Pozdrowienia – J