Spis ludności, czyli donos z Facebooka

17 marca 2010 autor bojanczyk

Jestem na Facebooku. Od niedzieli. Trudno, stało się, chociaż jedna przyjaciółka mnie za to potępiła, druga skrzywiła sie z niesmakiem („nie spodziewałam się tego po tobie”), a kilka osób (ze starszej grupy wiekowej zapytało) – facebook, a co to takiego? Przyznaję, że ja sama, jeszcze jakiś rok, półtora roku temu też nie bardzo wiedziałam, o co tu chodzi. Ale może z facebookiem będzie jak z komórką – najpierw uważałam, że bzdura, dziś nie umiem bez niej żyć pół dnia.
Przystąpiłam do tej globalnej wspólnoty twarzy poniekąd z ciekawości, co to właściwie są te portale społecznościowe; poniekąd pod presją syna siedemnastolatka, który od dłuższego czasu prowadził w domu agitację. -Będziesz dostawać zaproszenia na imprezy, będą cię zawiadamiać o wydarzeniach kulturalnych, przekonywał syn. Dziennikarz musi być na facebooku. Trzeba się promować.
No to jestem. Promuję się. Kurs przygotowawczy przeszłam pod okiem instruktora i wiem już z grubsza, czym to się je. Na wstępie przystąpiliśmy do założenia grupy inicjatywnej, czyli policzenia znajomych. Ich zdobywanie jest w wirtualu znacznie prostsze, niż w życiu prawdziwym. Nie trzeba się przyjaźnić, rozmawiać, zapraszać na kolację, znosić humorów. Najpierw z automatu klikanaście sztuk znajomych podrzuca poczta Google, która wyłuskuje ich z listy mailowej. Kowalska? Ok, niech będzie Kowalska, znamy się co prawda mniej niż słabo, ale poznać na ulicy, to się poznamy. Wiśniewski? Może być, czemu nie, kiedyś pracowaliśmy przez dwa lata w jednej redakcji. Jacek K? Wiem, że taki jest, ale nic ponadto. Przy okazji wydało się, kto z prawdziwych znajomych, tych, których bym raczej o to nie posądzała, jest na FB zadomowiony. Dostałam również dziesiatki zaproszeń do bycia czyjąś znajomą, też chyba z automatu. Nie muszę wyjaśniać, że wielu osób, których znajomą miałabym zostać, nie widziałam na oczy. Od tych, których znam, zaproszenia oczywiście grzecznie przyjęłam, bo uczono mnie, że odmówić to potwarz..
Po tych trwających cztery dni czynnościach przygotowawczych, doszłam do skromnej liczby 40 znajomych. Na facebookowe standardy jest to bardzo mało. Janusz Palikot ma 700 sztuk. (Myślałam, że więcej). Zostałam także fanką dwóch organizacji, dwóch pisarzy, jednego angielskiego serialu kryminalnego i kawiarni w opałach finansowych. I na tym narazie poprzestałam publiczną promocję własnej osoby. Nie zamierzam rownież ogłaszać moich myśli ( jest taki wątek na F. -„o czym teraz myślisz”), pisać, co teraz robię, ani zamieszczać zdjęć.
Ale tak naprawdę, żadnego z moich prawdziwych znajomych, ani przyjaciół na tej liście nie ma.
A nawet gdyby byli, to nie planujemy przerzucenia naszych stosunków na Facebooka. Wystarczy, że część przerzuciliśmy na smsy i maile.
Więc właściwie po co zapisałam się na Facebook? Wstyd się przyznać, ale chyba z owczego pędu. Ale może chociaż kawiarni pomogę.

Hurt spożywczy

23 lutego 2010 autor bojanczyk

Są ludzie, którzy zawsze wszystkiego kupują za dużo. Dotyczy to głównie jedzenia, ale rozciąga się także na inne rzeczy. U mnie w rodzinie takie przypadki są dwa. Kuzynka, rocznik 1939, przeżyła głód i od tej pory aprowizacja rodziny stała się jej misją życiową. Syndrom dziecka wojny: bezpiecznym jest się wtedy, gdy spiżarnia pełna. Jeśli cielęcina, to cały udziec, jeśli pasztet, to wielkości młyńskiego koła, torty, nie mniej niż trzy. Kuzynka przyznaje się do swego syndromu oraz do tego, że nie jest w stanie go zwalczyć. Wychodzi się od niej zawsze z paczką żywnościową, bo dodatkową cechą tej bardzo kochanej skądinąd osoby jest hojność.
Drugim przypadkiem, z którym mocuję się na codzień, jest mój własny mąż. Na jego liście zakupów liczba pojedyncza nie występuje. Kiedy proszę, żeby wracając z pracy kupił mały grahamek i pęczek pietruszki, mogę mieć pewność, że wróci do domu z trzema bochenkami chleba (zamrozi się), dwoma kalafiorami (tak lubię kalafiory, a ty mi nigdy nie zrobisz), kilogramem pomidorów i papryki ( witaminy) itp. Banany leżakują u nas tak długo, aż osiągną barwę intensywnego brązu, jabłka są półzgniłe. Chlebem można by wykarmić internat nastolatków. Wstyd wspomnieć, ile pleśnieje, ile wysycha. Syndrom dziecka wojny w przypadku mego męża nie wchodzi w rachubę, syndrom PRLu owszem, mógłby, chociaż przez 20 lat możnaby się od niego odzwyczaić.
Jeśli mąż jest akurat nieobecny, co często się zdarza, stan zaopatrzenia wraca do normy.
Norma, to moja wersja. Wersja moich panów: głód. Główną oskarżoną w tej sprawie jestem ja.
Co będzie na kolację? wykrzykują w moją stronę stojąc przed lodówką, rzekomo pustą. Argumenty, że kiedy ja robię zakupy, chleb zjada się do ostatniej skórki, nie pomagają. Nasz syn nie przyjmuje do wiadomości, że ostatni (przyznaję, lekko podeschnięty) kawałek sera także może być jadalny. Maniakalnie sprawdza terminy przydatności do spożycia i jeżeli któryś został przekroczony o jeden dzień, jedzenie idzie won do kosza.
Nie wiem zresztą, co w naszym przypadku mógłby oznaczać termin „pusta lodówka”. Połowę jej zawartości stanowią produkty, które mają tam pobyt stały. Słoiczki z resztką tego, co było na obiad dwa tygodnie temu. Trzy otwarte musztardy i cztery chrzany (Boże Narodzenie czy Wiekanoc?). Wyschnięty kawałek parmezanu (zużyje się) i kiełbasy. Itp it. O zamrażarce, w której szuflady pełne są brył o nieustalonych właściwościach, nie wspomnę. Mrożone truskawki przebywają tam od października do czerwca, kiedy pojawiają się świeże.
Kto jest winien? Proszę, chętnie wskażę. Odpowiedzialne są supermarkety. Jak człowiek już się zmusi, żeby tam pojechać, zawsze kupi za dużo. Taka jest właściwość tego biznesu. Daję się w to wrobić. Chociaż nie mam skłonności hurtowych, to z wycieczki do reala zawsze wracam obładowana rzeczami, które w chwili kupowania wydały mi się nieodparcie smaczne.
Nie powinno się marnować jedzenia. To wstyd. Ale przyznaję, że kiedy z obiadu u kuzynki wychodzę z paczką pasztetu i kawałkiem baby drożdżowej, jest mi miło.
Natomiast, kiedy jestem zaproszona do przyjaciół, gdzie na cztery osoby przy stole na półmisku leżą cztery cienkie plasterki mięsa i pół główki sałaty, czuję się głupio. Staram się jeść jak najwolniej, żeby przypadkiem nie postawić gospodarzy przed kwestią dokładki. Bo na tę nie ma najmniejszych szans.

Wszyscy mówią kocham cię.

14 lutego 2010 autor bojanczyk

Z okazji świętego Walentego przez media znów przewala się rytualna fala serduszek, romeów i julii, strony gazet zalewa czerwona farba. Słowo miłość odmienia się przez wszystkie przypadki. Nawet mój znajomy, stary chłop, może nawet stary dziad, którego nie posądzałabym o skłonności do obchodzenia komercyjnych świąt, dał się ponieść tej jeździe obowiązkowej i przyznał, że kupił serduszka mamie i narzeczonej.
Kilkanaście lat temu, gdy importowaliśmy walentynki, odnoszono się do tego święta dość nieufnie, Teraz zakorzeniło się i szybko uruchomiło machinę handlową, która je otacza. Czekoladki, serduszka, upominki, róże.
Nawet ci, którzy walentynek nie popierają, mówią: co w tym złego? Czy miłość może komuś zaszkodzić? Dobre słowo jest przecież lepsze niż złe. Nawet komercyjne. Zgadzam się, że lepiej okazywać sympatię, niż niechęć, ale uhandlowienie miłości doprowadziło do inflacji.
Za dużo tych wyznań, za dużo jednodniowego uczucia na zawołanie. Tak dużo, że przestaje ono coś znaczyć.
W amerykańskich filmach każda trudna rozmowa z dzieckiem kończy się wyznaniem -I love you oraz wzajemnym – I love you too. I od razu wysychaja łzy, a problemy rozwiązują się same.
W ogóle wszyscy do wszystkich chętnie mówią I love you. Piosenkarki wołają do publiczności zgromadzonej na koncercie I love you, dłońmi rozsyłając całuski. Nasze piosenkarki kiedyś nie wołały, ale teraz też się nauczyły i wyznania żwawo lecą z estrady.
W ogóle deklaracji jest jakby więcej niż samych uczuć. Pisma kobiece każa nam pokochać siebie, nasze ciało, nasze wady, nasze problemy. Jak już pokochamy, wszystko się ułoży. To zbiorcze I love you w kulturze protestanckiej miało odreagować chłód protestanckiego wychowania, a może i swoisty dystans, jaki wynika z natury języka angielskiego. U nas tego nie było.
Zwyczaj głośnego deklarowania uczuć upowszechnił się, gdy masowo w mediach pojawili się psycholodzy. Ci mędrcy współczesności pojawiają się w każdym programie telewizyjnym, przy każdym newsie społecznym i zawsze mają na podorędziu banał, który wszystko objaśnia.
Ale czy od gadania i dawania serduszek przybędzie uczuć? Wątpię. Zyskają kwiaciarnie i producenci czekoladek, to pewne.

Kilka scenek z życia mody

9 lutego 2010 autor bojanczyk

Polała się krew na wybiegu
Kanadyjczycy, jak wiadomo są fanami hokeja na lodzie. To prawdopodobnie skłoniło znany kanadyjski duet projektantów mody DSquared do osobliwej stylizacji na pokazie mody męskiej jesień zima 2010 w Mediolanie. Świetnie zbudowani modele prezentujący dżinsy, marynarki i smokingi wykończone cekinami mieli twarze, ciała i ubrania zachlapane krwią i potem. Niektórzy trzymali w dłoniach kastety. Pomysłodawcy, bliźniacy Dean and Dan Catenowie tłumaczyli, że obrażenia są wynikiem (symulowanej) bójki ulicznej, która wywiązała się na po kłótni o drużyny hokejowe.
Ot, takie męskie igraszki.
d2-2

Włamali się na pokaz mody
Rozpoczyna się właśnie New York Fashion Week. Jak na każdej takiej imprezie chętnych do wejścia na pokazy mody jest kilkadziesiąt razy tyle, co miejsc na sali. Zaproszenia są bezpłatne i kurtuazyjne, ale gdy nie jest się dziennikarzem, gwiazdą lub pracownikiem branży mody, na wejściówkę nie ma co liczyć. Agencje rozsyłające zaproszenia są pod wielką presją fanów mody. Para nastolatków z Vermontu – Becca Shumlin, córka senatora Petera Shumlina, kandydata na gubernatora stanu Vermont oraz jej kolega Remy Renzullo znalazła sprytny sposób, żeby pokonać te przeszkody. Włamali się do systemu komputerowego agencji rozsyłającej zaproszenia na najbardziej oblegane pokazy: Alexandra Wanga, Preen, Alexandra Herchcovitcha. Wysyłali także listy z prośbą o miejsca, powołując sie na osobę senatora i reklamując domniemane dokonania obojga w dziedzinie mody- dziewczyna jest modelką i blogerką, chłopak projektantem. Jednak agencja sprawdziła listy gości i oszustwo wyszło na jaw. Przy okazji okazało się, że para tupeciarzy już jesienią wepchnęła się bez zaproszeń na nowojorskie kolekcje. Jedno z nich siedziało nawet w pierwszym rzędzie obok Suzy Menkes, dziennikarki International Herald Tribune.
Teraz pannie Shumlin, uczennicy elitarnej Putney School ( czesne 44 tysiące dolarów) pozostało już tylko odrabianie lekcji. Jej szanse na wejściówki istotnie zmalały.
58334206

Niemoralna propozycja
Były model Prady, piękny blondyn, Nick Snider został zatrzymany za pijaństwo i „nieprzyzwoite zachowanie w miejscu publicznym” w stanie Arkansas. Do policjantów, którzy doprowadzili go na posterunek najpierw wykrzykiwał, że jest bardzo znanym modelem, a potem zaproponował stróżom porządku seks oralny w zamian za uwolnienie.

Marcel Duchamp ma następcę
Jeśli ktoś z państwa ma ciśnienie na najmodniejsze gadżety, jest propozycja. Firma Louis Vuitton, u nas znana głownie z tego że jest znana oraz z podróbek jej ekskluzywnych toreb ma nowy produkt. Jest to torba z plastiku, takiego samego, z jakiego robi się worki na śmieci. Nie byłoby to może nawet zaskakujące, gdyby nie to, że ów dadaistyczny wynalazek kosztuje 1400 euro. Torba Raindrop Besace wpisuje się w chlubną tradycję politycznej niepoprawności LV. Jej projektant Marc Jacobs kocha prowokacje: a to zacznie pokaz mody od końca, a to zwymyśla dziennikarza, który skrytykował jego kolekcję. Dwa lata temu zaproponował torbę z plastiku w kratę, jaką noszą handlarze na bazarach. Jednak, wbrew oczekiwaniom nie została światowym hitem.

Jan Niezbędny ma za to konkurenta.img-358

Wideotelefon? Błagam, tylko nie to

29 stycznia 2010 autor bojanczyk

Kiedy wieczorem dzwoni nasz syn, w tle słyszę brzęk naczyń i szum wody. Wieczorne zmywanie. Cóż, rozumiem, wybaczam, wiem, że nie ma czasu. Wolałabym, żeby dzwonił nie znad zlewozmywaka, ale ja przecież ja robię to samo. Coraz rzadziej zdarza mi się rozmawiać z pustym przebiegiem. Mogę przecież w międzyczasie wykonać kilka cichych, nieabsorbujących czynności – zetrzeć kurze, poszukać czegoś w szufladzie (czego nie można od dawna znaleźć), uczesać się, wyjąć naczynia ze zmywarki ( trochę szczęka), wstawić pranie do pralki. Przy bardziej gadatliwych rozmówcach przeglądać internet, uprzednio wyciszywszy dźwięk.

Ale wygląda na to, że wkrótce nie będzie sobie można nawet tych paru niewinnych rzeczy zrobić gadając z przyjaciółką. Na ostatnich Targach Elektroniki Konsumpcyjnej w Las Vegas ogłoszono, że wideotelefon stanie się niedługo powszechną techniką. Wiadomość tę przyjmuję z niepokojem. Czy oznacza ona, że każdy bez mojej wiedzy i zgody włączając opcję: video zobaczy, to co po drugiej stronie drutu, czyli mnie?

I wtedy będę musiała sztywno zasiadać przed ekranem, uśmiechnięta, uczesana, zamiast leżeć na kanapie, bez makijażu, przykryta czterema kocami, w starym swetrze, w którym prawy rękaw jest rozdarty i zjedzony przez mole? To niesprawiedliwe. A jeśli ktoś mnie przyłapie w kąpieli? Czy zobaczy, jak półnaga pędzę do telefonu, zostawiając za sobą jezioro, bo wydaje mi się, że dzwoni właśnie ten ktoś, kto zmieni moje życie? Telefon bez obrazu daje człowiekowi minimum prywatności. Na wizji nie będzie można już zrobić miny, że rozmówca przynudza (odsunięcie słuchawki od ucha, znaczący grymasik oraz błagalny gest do któregoś z domowników, żeby zawołał w pilnej sprawie). Trzeba będzie się pilnować.

Jeszcze nie tak dawno telefon miał sznurek i nikomu nie przyszłoby do głowy w czasie rozmowy pętać się po domu, albo zmywać. Siedział człowiek przy aparacie, (albo stał, bo rozmowy drogie) szczęśliwy, że w ogóle miał telefon, a ten na ogół znajdował się w centralnym miejscu mieszkania, na przykład w przedpokoju, tak, żeby wszyscy mieli łatwy dostęp. Mowy nie było, żeby taki nastolatek na przykład zabarykadował się ze słuchawką we własnym pokoju oddając rozmowom z narzeczoną- (nym) godzinami. Mamusia byla zawsze na nasłuchu.

Pani Sherry Turkle, profesor socjologii na MIT powiedziała tygodnikowi Time, że według jej badań ludzie dziś w ogóle nie chcą już więcej gadać przez telefon, ani z wizją ani bez. Wolą pisać maile, bo wtedy za ekranem komputera nikt ich nie kontroluje. Mail nie wymaga zaangażowania, piszesz kiedy chcesz, a rozmawiając, musisz być dla rozmówcy dostępny, co ogranicza wolność. Więc lepiej gadać do maszyny, niż do człowieka, albo w ogóle nie gadać.

Na naszym Beverly Hills

20 stycznia 2010 autor bojanczyk

W mojej okolicy, na niezabudowanych działkach porolnych, gdzie baraczki dla zatrudnionych na czarno Ukraińców sąsiadują z budkami zbieraczy złomu, porzuconymi wrakami samochodów i starymi materacami, powstaje imponujących rozmiarów budowla. Okoliczna ludność, która chodzi tam z psami, przez pewien czas myślała, że będzie to kościół, który proboszcz ksiądz Józef Maj ma podobno zamiar zbudować gdzieś tutaj. Potem, sądząc po rozmiarach rezydencji oraz stojącym tam dźwigu, podejrzewano apartamentowiec. Ale na tablicy informacyjnej stało: dom jednorodzinny. Nazwiska inwestora brak, jest tylko nazwa firmy.

Stugębna plotka osiedlowa głosi, że inwestorem jest najbogatszy Polak, Leszek Czarnecki. Nie weryfikowałam, chociaż pozory świadczą o tym, że inwestor jest wyjątkowo zamożnym człowiekiem. Na oko rozmiar domu – gdzieś tak koło 2 tys metrów, może więcej. Obok budynek obsługi (czytaj służby) rozmiarów niewielkiego domku jednorodzinnego. Działka duża i droga, bo to niezagospodarowane dotąd miejsce w centrum Mokotowa jest jedynym chyba w Warszawie, gdzie zostały tak duże tereny. Ich właściciele dawno popodpisywali wstępne umowy z deweloperami, w których zaznaczono, że im wyżej będzie można budować, tym wyższa cena za działke. Plan uchwalono w zeszłym roku. Dopuszcza tylko zabudowę do 11 metrów.

Mieszkam tu od 10 lat i obserwuję okolicę. To ciekawe studium obyczajowe, które daje obraz przemian ostatnich lat. W latach 80 zbudowano tu osiedle dla prominentów PRLu , dygnitarzy i artystów. Mieszkali tu Krystyna Janda, Zbigniew Zapasiewicz, reżyser Jan Łomnicki, mieszka jeszcze pisarka Monika Warneńska. Na owe czasy małe segmenty z ogródkami były luksusami. Teraz po dawnych właścicielach (zwano ich czerwonymi pająkami) zostały niedobitki – ludzie starsi, na dzisiejsze warunki niezamożni, którzy dygnitarzami dawno nie są. Kilka kulturalnych starszych pań. Znamy się przez psy i są to ludzkie relacje na osiedlu, gdzie zna się sąsiadów i czasem zamieni z nimi parę słów.

Ale to się kończy. Wiele domków zmieniło wlaścicieli. Przyszedł duży biznes – showbiznes, banki, prywatyzacje. Domki zmieniły się w wille rozepchnięte na cały ogródek. Właścicieli się już nie zna, bo nigdy nie przemieszczają się piechotą. Obok wybudowano także, nie całkiem legalnie, jak się mówi, pod samą skarpą, dwa apartamentowce. Potem rozsiadł się następny, zwany „bunker hotel palace”. Jajowata nowoczesność obłożona glazurą, niepasująca do tej trochę wiejskiej jednorodzinnej okolicy piętrzy się nad nią wyniośle. Z apartamentowców bezszelestnie wyjeżdżają duże i nowe samochody (rodzinny zestaw obwiązkowy – porsche, volvo terenowe i subaru). Nikt nikogo nie zna. Nieliczni, którzy mają psy, wyprowadzają je, często za pomocą personelu. (Notabene, zaobserwowałam, że łatwo poznać, kiedy psa wyprowadza nie właściciel -widać brak związku emocjonalnego).

Zostało także, już bardzo niewiele, przedwojennych chałupek, gdzie hoduje się drób, gdzie jako relikt starego wegetuje jeszcze jakiś na wpół opuszczony zakładzik rzemieślniczy Ale ostatnio pojawił się deweloper, ktory masowo ruderki wykupuje. Coż, prawo rynku. Kury znikają, zastępują je przeszklone wille rozpierające się od płota do płota (pisałam o tym w odcinku willa dla bulionera). W zeszłym roku znikł też ostatni folklor naszej okolicy – pijaczek odbywający swój codzienny rejs do sklepu i wracający z niego z reklamówką, już w stanie lekkiego rozchwiania. Umarł ostatni, nieszkodliwy menel. Trwa jeszcze na swym posterunku jego matka, która w chustce i niebieskim stylonowym fartuszku robi codzienny milczący obchód okolicy. Obok niej przemykają terenowe porsche cayenne z blondynkami rozmawiającymi przez komórkę.

Paszporty Polityki – parada niechlujstwa

13 stycznia 2010 autor bojanczyk

Obejrzałam zdjęcia z rozdania paszportów Polityki i przygnębiłam się. Laureaci przyszli, jak stali. Niektórzy wyglądają, jakby wpadli tu ze spaceru z psem, albo przed chwilą odśnieżali chodnik przed domem.
Barbara Wysocka ( muzyka poważna) w dresie i sportowych butach, Piotr Paziński (literatura) w wyrzuconej na wierzch koszuli w kartę i ciężkich butach sportowych, Karol Radziszewski – sweterek , choć trzeba przyznać laureatowi, że zrobił wysiłek wkładając koszulę w grochy i muszkę. Złoty kostium Pawła Althamera tłumaczę jego ostatnią akcją artystyczną. Jest to jakieś uzasadnienie. Teraz goście: Janusz Głowacki -Tshirt, niedbała marynarka i dżinsy. Ale chyba wszyscy dawno stracili nadzieję, że pan Głowacki kiedykolwiek przestanie epatować swoim decollete. Kazik Staszewski, – koszula na wierzch, też nie zaskoczenie.
Okazja jest uroczysta, a nagroda poważna. Pora wieczorowa. Smoking to byłoby za dużo, ale czy tak wiele kosztuje, włożyć białą koszulę i marynarkę? Nawet intelektualistów, którzy na codzień nie chodzą w garniturach i mogą mieć w organizmie przeciwciała garniturowe. Ta manifestacja „niezależności” wygląda żałośnie i prowincjonalnie. Po nowopolsku. W dążeniu do modernizacji, do pozbycia się konwenansów, przegoniliśmy największych ultrasów. Zasada „nośta co chceta, gdzie chceta ” rządzi polskim środowiskiem artystycznym. Co tam okazja, ubiorę się, jak mi wygodnie. Ale to także popis arogancji i złego wychowania.
Nie oczekuję od Polityki przesadnego wyrafinowania, bo choć jest poważnym tygodnikiem, dla estetyki nigdy nie wykazywała zrozumienia. Ale podejrzewam, że ta parada niechlujstwa przerosła samych organizatorów, którzy jednak na tę okazję ubrali się elegancko. To nauka jest dla żuka: gdy zaprasza się intelektualistów i artystów, na zaproszeniu trzeba dodać: strój wieczorowy.
Spokojnie. I tak nikt nie przyjdzie w smokingu, ale może uda się uniknąć zmasowanego ataku dresów.

Kompleksowa pielęgnacja dla mężczyzn

26 grudnia 2009 autor bojanczyk

Nazajutrz po Wigilii zastałam męża przy stole w salonie pogrążonego w lekturze. Przedmiotem studiów okazała się ulotka załączona do zestawu kosmetyków męskich Vichy Kompleksowa pielęgnacja dla mężczyzn, które święty Mikołaj zostawił mu pod choinką. Ulotka, to właściwie za mało, raczej książeczka. „Skuteczność już po pierwszym zastosowaniu – skóra jest widocznie wygładzona”, przeczytał mąż pocierając się niepewnie po policzkach, które do tej pory zaznały jedynie kremu do golenia o nazwie Lider (dostępny w kioskach Ruchu), jedynego kosmetyku, jakiego dotąd używał. „Po 1 miesiącu stosowania skóra widocznie odmłodzona i pozbawiona oznak zmęczenia, obiecywał producent kremu lifeactiv pod oczy, „wypełniającego zmarszczki i redukującego opuchnięcia wokół oczu”. Dercos, „szampon aktywnie zagęszczający włosy (czy można zagęszczać pasywnie?) obiecuje zwiększyć objętość włosów i poprawić ich elastyczność.
Oczyma duszy zobaczyliśmy na głowie pana Bojańczyka, zamiast rzednących i siwiejących resztek dawnej świetności, burzę włosów, które jednak „pozostaną pod kontrolą przez cały dzień bez konieczności stylizacji”. O ile wiem, to dotąd mąż obywał się bez stylizacji, ale może od dziś powinien zastanowić się, czy nie rozpoczynać dnia od spotkania ze stylistą, który zająłby się profesjonalnie jego fryzurą.
Ale obawiam się, że tutaj nic nie da się zrobić. Mój mąż jest jednostką cywilizacyjnie zapóźnioną. Odmawia (aktywnie) zagęszczenia sobie włosów, nie chce przywrócić aktywności komórkowej swojej skórze pod oczami i zapiera się kopytami przed wygładzeniem powierzchni skóry. Jest przedstawicielem ginącej (na szczęście) frakcji, która nic nie da zarobić koncernom kosmetycznym, bo wszelkie ich produkty uważa za obrzydliwe. Jest, powiedzmy to otwarcie, hamulcowym nowych technologii oraz idących za nimi zmian społecznych.
W naszej wspólnej łazience moja część (prawa) półki wypełniona jest szczelnie pomadami obiecującymi wieczną młodość. Jego, lewa, jest prawie pusta. Rzeczony Lider, dezodorant, perfumy (przyznaję, tu mamy do czynienia z markami nieco lepszymi niż lider) szczotka do zębów, maszynka do golenia. Koniec. Nie wiem, czy sto słoików po mojej stronie naprawdę działa. Jak wiele kobiet, jestem rozdarta między nieufnością do producentów zachwalających
nanocoś tam, czy inne osiągnięcia kosmeotechniki, nadzieją, że jednak one trochę działają oraz radością, jaką daje mi każdy nowy słoiczek. Nikt nie wie na pewno, czy działa tu bardziej genetyka, czy technika. Kto wie, czy krem La Prairie nie jest przypadkiem równie skuteczny jak krem Ziai. Przy tajemnicach firm kosmetycznych sekret enigmy wydaje się dziecinną zabawką.
Przyznaję, że zaparłam się we wstecznym przekonaniu, że facet, który używa kremów jest podejrzany. Nie, żebym uważała, że koński pot jest jedynie słusznym zapachem mężczyzny. Czysty ma być, może pachnieć Ralphem Laurenem. Ale wszystko ponadto trąci mi już metroseksualnym. I tu staję się nieufna.

Narty, zbiorowe szaleństwo

13 grudnia 2009 autor bojanczyk

Zbliża się sezon narciarski i należałoby coś zaplanować. Ale im bardziej trzeba coś wybrać, zarezerwować, z kimś się umówić, tym mniejszą mam ochotę po raz kolejny wziąć udział w tym dorocznym, nie tyle białym, co zbiorowym szaleństwie, jakim w ciągu kilkunastu ostatnich lat stało się narciarstwo.
Kiedyś człowiekowi wystarczał wyciąg wyrwirączka na Głodówce i rosół u gaździny. Można było trochę pomarznąć stojąc w kolejce przy górniczym wyciągu, po to, żeby 50 razy zjechać z tej samej, dość niskiej górki. Ale awansowaliśmy, i od kilkunastu lat jeździmy w Alpy.
Pierwsze lata to był entuzjazm, że wyrwaliśmy się z naszych Tatr do Europy, że góry są wielkie, brak kolejek, cudowny śnieg. Tylko że co roku liczba wyjeżdżających rosła kilkakrotnie.
Teraz w Alpach czuję się jak na koncercie rockowym, albo w centrum handlowym przed świętami. Koniec kontaktu człowiek- przyroda. Wszystko ucywilizowane, zmechanizowane, przygotowane, umasowione. Narty stały się pop-rozrywką dla mas.
Na początek trzeba spedzić dwa dni w samochodzie, albo jeden w kombinacji -lotnisko-samochód- autokar. Potem dotarcie do kurortu z zylionem podobnych. Parking na tysiąc samochodów. Tłum czekający na wjazd na górę. Tłum w kolejce, tłum na wyciągu, tłum na stoku,
w knajpie. Narciarz jako składnik sprawnie procesowany w przemyśle zimowej rozrywki.
I tylko w międzyczasie zdarzaja się te krótkie momenty radości, jaką daje zjazd ( niektorzy dadzą za nie wszystko). Poczucie wolności i przestrzeń wysokich gór rzeczywiście z mało z czym dają się porównać. Okoliczności czasem to psują. Oblodzony lub obstawiony szkółkami stok, wrzask niemieckich piosenek z głośników.
Gdybym była dobrą narciarką, być może to wszystko nie byłoby w stanie zmniejszyć mego entuzajazmu do Alp. Ale nie jestem, a w dodatku popadłam w obsesyjny strach przed zerwaniem ściągna w kolanie.
Bo zauważyłam, że w okolicach lutego, marca, w rozmowach znajomych głównym tematem stają się ortopedzi.
W tej sytuacji zaczynam się zastanawiać, czy wyjazd na biegówki gdzieś w zamarzniętą i zaśnieżoną głuszę nie jest rozwiązaniem. Rano pobiegać po lesie, potem rozłożyć się z książką i kieliszkiem koniaczku. Tylko proszę, żeby zmiany klimatyczne zechciały się chwilę wstrzymać i przyznały naszej szerokości geograficznej jeszcze parę prawdziwych śnieżnych zim.

Słuchowisko

4 grudnia 2009 autor bojanczyk

Jechałam w Paryżu taksówką. Kierowca słuchał koncertu Brahmsa. Spytałam, czy to przypadek, że słucha klasyki, bo akurat to jest w radiu. Powiedział, że niczego innego nie słucha.

W Warszawie nie jeżdżę za często taksówkami, chociaż zdarza mi się.

Ale nigdy jeszcze nie trafiłam na kierowcę, który lubiłby coś innego niż radio RMF. No, może starsi słuchaja Jedynki, Dwójki nie spotkałam u nikogo. Zazwyczaj staram się wytrzymać tych 20 minut, rzadko proszę o wyłączenie. Taksówkarze także nie pytają, czy mam ochotę na rapera Fisza.

Oczywiście jest możliwe, że paryski casus był przypadkiem jednym na sto tysięcy, cuda się zdarzają. Ale ogólnie biorąc kultura dźwiękowa „u nich” jest jednak nieporównywalna do naszej. W dobrej knajpie we Włoszech, we Francji, w Anglii jest zawsze cicho. To ich odróżnia od Mac Donalda.

Jestem równie niestrudzoną, co nieefektywną bojowniczką o ciszę w przestrzeni publicznej. W centrum handlowym jestem bez szans, staram się tylko opuścić jak najszybciej tę jaskinię barbarzyństwa. Po wejściu do restauracji, a u nas nawet najdroższe mają w tle jakiś łomot, pierwszą rzeczą jaką robię, jest prośba o ściszenie. (Rodzina wstydzi się mnie).

O wyłączenie prosić już nie śmiem, bo wiem, że nawet gdyby załoga knajpy chciała przychylić się do mojej prośby, kierownik i tak nie zgodzi się. „Jak nie gra, klienci nie przyjdą” usłyszałam w restauracji Sense, na szczęście zamkniętej po paru miesiącach. Widocznie granie było jednak za ciche.

U mojej ulubionej fryzjerki też cały czas łomocze. Raz na miesiąc muszę to znieść. -Nie przeszkadza to pani, jak jest tu pani cały dzień? spytałam kiedyś panią Lidkę, do której chodzę od lat. Zdziwiła się.

-Wie pani, ja tego w ogóle nie słyszę.

I tu właśnie jest pies pogrzebany. Bo tej muzyki, jeśli w ogóle łomot radia Zet zasługuje na tę nazwę, ludzie po prostu nie słyszą. Ona jest wszędzie, więc jakby jej nie było. I dlatego każdą chwilę wolną od dźwięku muszą zatkać słuchawką empetrójki. Zawsze zastanawia mnie, dlaczego biegacze w parku nie posłuchają ptaków, tylko podłączają się do łumpa łumpa w maszynce przypiętej do pasa. Widocznie cisza jest dla nich nie do zniesienia.

Paweł Huelle napisał kiedyś słuchowisko o człowieku, który walczy z wszechpotężnym i nieusuwalnym hałasem pseudomuzyki w knajpach, w sklepach, na stoku narciarskim. Wszędzie mają go za wariata. Słuchowisko smutno się kończy.

Czuję, że moje, nomen omen, słuchowisko chyba też może się źle skończyć.