Wstydzą się, że są Rosjanami

10 sty 2013

W restauracji w Nicei do stolika obok nas (odległość około 30 cm, jak to we francuskich knajpach) podchodzi para Rosjan, w wieku na oko między 30 a 40 lat.

-Podać kartę po rosyjsku? pyta kelner.
-In English, pada odpowiedź pani (z kamienną twarzą, Rosjanie się nigdy nie uśmiechają w kontaktach z obsługą).

Między sobą państwo rozmawiają oczywiście w języku Puszkina. Ale przestudiowawszy uważnie kartę, składają zamówienie ledwo dukając po angielsku.

Wstydzą się? Oni dumny naród, przywódca świata, imperium? Pomyślałam o tej scenie, bo właśnie Tygodnik Paris Match zamieszcza reportaż o agencjach rekrutujących opiekunki, nauczycieli i wychowawców rosyjskich miliarderów.
Luksusowe niańki, z paszportem francuskim lub angielskim, nienagannymi manierami, dobrze wykształcone są pilnie poszukiwane przez miliarderów arabskich i rosyjskich. Ich marzeniem jest nabyć europejskie wykształcenie, tradycję, kulturę. Zatrudnienie brytyjskiej „nanny” jest najlepszym środkiem do tego celu. Cel ostateczny: posłać potomka do jednej z najlepszych angielskich szkół i zdobyć obywatelstwo brytyjskie.

24-letnia Angielka Claire Anne Haines, absolwentka językoznawstwa pracuje w Moskwie przez sześć dni w tygodniu, od 15 do 21. Jej podopieczni to dwójka dzieci w wieku 9 i 5 lat. Rodzina zatrudnia jeszcze dwie inne pomoce – Francuzkę i Rosjankę. Zadaniem Claire Anne jest nauczyć dzieci języka i angielskich manier. Chlebodawcy Haines mają wspaniałą rezydencję w centrum Moskwy i pięć domów poza miastem (basen, sauna, fitness, marmurowe schody, lustra w złoconych ramach). Bonie przydzielono mniejsze mieszkaniu obok głównej kwatery. Dwie pozostałe nianie mieszkają na Rublowce.

Poza ustalonymi godzinami pracy niania powinna być zawsze dyspozycyjna. Trzeba zawsze być przygotowaną na polecenia w rodzaju „Jutro jedziemy z dziećmi na daczę, na jak długo, nie wiadomo. Gdy tam przyjeżdżają, opiekunka siedzi sama w pokoju, bo jej podopieczni są na kursach jazdy konnej, tenisa lub golfa. 9 letnia Olga ma iMaca, iPada, dwa iPhony, chodzi na obcasach, nosi ubrania Gucci Louis Vuitton. Dzieci nie wychodzą same na ulicę, poruszają się w jeepach z przyciemnianymi szybami, telewizją, DVD i lodówką. Jeśli mogą wyjść, to tylko z ochroniarzem.

Claire Anne z Olgą, i jej matką pojechały do Anglii zapoznać się ze szkołą z internatem, do której dziewczynka miała zostać zapisana. Matka, na widok sypialni ogólnej spytała ” no dobrze, ale gdzie są pokoje prywatne?”. Nie mogła zrozumieć, że ich nie ma.

Opiekunka poza pensją dostaje wspaniałe prezenty : sweter z wełny antylop shahtoosh (co jest nielegalne, podobnie jak wyroby z kości słoniowej, bo antylopa z Tybetu jest na liście gatunków zagrożonych wyginięciem), szal z kaszmiru.
Inny przypadek to trzydziestoletni Anglik Tom Oldfield, którego marzeniem było zostać nauczycielem angielskiego w Rosji. Studiował rusycystykę w Anglii, był także nauczycielem angielskiego. Jest zadowolony ze swojej pracy, która jego zainteresowania łączy z zarabianiem pieniędzy.

Czym zajmują się jego moskiewscy chlebodawcy, nie mówi. Zarabia u nich 1000 funtów tygodniowo. Pracuje 10 godzin dziennie przez sześć dni. Ma mówić z dziećmi cały czas po angielsku, oprowadzać je po muzeach, uczyć angielskich manier. Ma do dyspozycji kawalerkę, samochód z szoferem, podróżuje z rosyjską rodziną prywatnym odrzutowcem; na wakacjach na Malediwach i Bahamach też udziela lekcji angielskiego. W kurorcie alpejskim Courchevel ma własny szalet z osobistym kucharzem. „Celem moich pracodawców jest, żeby ich dziecko zdobyło brytyjski paszport”, mówi Oldfield.
Historie o rosyjskich miliarderach zawsze są pikantne. Tak nieprawdopodobne, że aż zabawne. Te jachty, odrzutowce, rezydencje w stylu Disneylandu… Ale ciekawe, że ci nowo ruscy, którzy obłowili się na transformacji i na podejrzanych prywatyzacjach narodowego majątku tak bardzo teraz wstydzą się swojej rosyjskości. Gdzież ich duma wszech imperium?

Bogaci Rosjanie zawsze snobowali się na Zachód. W swoich wspomnieniach „Pamięci przemów” Władimir Nabokow opisuje dom rodzinny w Petersburgu i daczę na wsi. Nabokowowie byli wysoką arystokracją, nie tylko zamożną, ale także wykształconą, światłą, postępową. Stryj pisarza był ministrem sprawiedliwości za czasów ostatniego cara.

Ale chociaż w ich domach wszystko począwszy od mydła skończywszy na rowerach, wannach i samochodach było angielskie lub francuskie, nikomu nie przyszłoby do głowy starać się o brytyjski paszport. Owszem – Rosjanie spędzali wakacje na francuskiej Riwierze i budowali tam wille, biegle posługiwali się francuskim i angielskim, bo także zatrudniali cudzoziemskie bony, ale mówili po rosyjsku, byli z tego dumni i nie udawali Francuzów.

A dzisiaj? Czy aż tak bardzo spadło im poczucie własnej wartości? A może traktują „zachodniość” merkantylnie, bo jak się ma paszport unijny, łatwiej robić interesy? Ciekawe, bo gdzież zrobiliby lepsze interesy niż w ojczyźnie?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Decybelami zabić stres. Albo wywołać

27 lis 2012

Mieszkam daleko od areny koncertowej, Starego Miasta, stadionu dziesięciolecia.

W ogóle daleko od miejsc, gdzie odbywają głośne imprezy. Przyznaję, że jestem umiarkowanie zainteresowana tego rodzaju rozrywką. Za to jestem żywo zainteresowana poszanowaniem spokoju, zwłaszcza w nocy, co podobno gwarantuje mi ustawa o ciszy nocnej.

Jakiś czas temu w okolicach jedenastej wieczór dobiegły mnie charakterystyczne rytmiczne basy, świadczące o tym, że w okolicy odbywa się głośna zabawa. Wyszłam, obeszłam okolicę, żadnej zabawy nie wykryłam. Za to wykryłam kierunek, z którego dochodziła muzyka. Jak się potem okazało, na terenie wyścigów na Służewcu, odległych ode mnie ze cztery kilometry trwał koncert Stinga. Lubię Stinga, ale tylko wtedy, kiedy sama mogę wyregulować głośność.

Co musieli słyszeć mieszkańcy okolicy? Zapewne o wiele więcej, a koncert znacznie przekroczył granicę ciszy nocnej. Zapewne miał zgodę miasta – ale w imię czego właściwie parę tysięcy fanów muzyki ma prawo zatruć życie paru tysiącom chcącym zasnąć mieszkańców?

Jesienią moi znajomi, mieszkańcy Ursynowa wynieśli się do teściów na dwa dni trwania Juwenaliów studentów SGGW. Nie dało się wytrzymać. Drżały szyby, wrzaski do rana. Ani dzielnica, ani gmina, na skargi nie reagowała. Zezwolenie impreza miała, zresztą po raz kolejny.

Wiosną i w lecie w weekendy w Królikarni, o rzut beretem ode mnie, odbywają się korporacyjne zabawy, skutkiem których cała okolica do późnej nocy rozbrzmiewa biesiadnymi przebojami. Też mają zezwolenie.

Śledziłam uważnie awanturę, jaka ze dwa miesiące temu rozpętała się między mieszkańcami Powiśla a okolicznym tzw. szlakiem melanżowym. Nocne wrzaski, tłuczenie butelek, itd. nie dawały spać mieszkańcom. Właściciel klubów w licznych wywiadach twierdził, że cisza nocna jest przeżytkiem PRLu i najlepiej, żeby mieszkańcy, ci starsi, bo im to przeszkadza najbardziej, wynieśli się za miasto, gdzie będą mogli słuchać śpiewu ptaków. Pracownik korporacji, mówił ów człowiek, jak z niej wróci, musi odreagować stres. Kiedy ma to zrobić, jak nie późnym wieczorem? Przecież do szóstej siedzi w biurowcu. A stres, jak wiadomo, najlepiej potraktować dużą liczbą decybeli.

Czytam właśnie w „Rz”, że w Londynie, w czasie koncertu Rolling Stonesów przybyła straż miejska i kazała zapłacić 200 tysięcy funtów kary za zakłócanie ciszy nocnej. Rzecznik Greenwich Council mandat w końcu umorzył, ale pan Jagger i koledzy najedli się strachu, chociaż 200 tysięcy przy ich dochodach to oczywiście nic, ale zawsze.

Jestem daleka od idealizowana Anglików, bo wiem, że przyjąwszy pewną ilość promili są zdolni do wielu rzeczy, zwłaszcza w Krakowie. Może dlatego, że w Anglii poszanowanie cudzego spokoju nie jest tylko pustą literą prawa. Tam się prawo egzekwuje. Mój kuzyn, mieszkaniec jednego z wielu osiedli wiktoriańskich domów w południowym Londynie, opowiadał mi, że mieli bardzo głośnych sąsiadów. Imprezy, muzyka, wrzaski. Po kilku interwencjach policji musieli się uciszyć, w końcu wynieśli się harcować gdzie indziej.

Jak widać są miejsca, gdzie można takie problemy rozwiązać. Szkoda, że nie u nas.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dlaczego Bond nosi garnitur?

19 lis 2012

Bo jest Bondem.

This is the end, jak śpiewa Adele. Początkiem Bonda jest właściwie scena końcowa. Kto w takich sytuacjach ma głowę obserwować garderobę głównego bohatera, tym bardziej, że garnitur jest tu bardziej kostiumem kąpielowym niż garniturem? Właściwie nie wiadomo dlaczego w tych wszystkich dramatycznych sytuacjach James Bond nosi garnitur. Nosi, bo jest Bondem, to chyba jedyny powód. I wystarczający.

Jako zapaleniec, czy nawet zboczeniec ubraniowy wytężałam wzrok na ubrania Daniela Craiga. Dostrzegłam, że garnitur ze sceny początkowej jest szary. Dopiero z wypowiedzi autorki kostiumów Jany Temime dla Associated Press dowiedziałam się, że to materiał tzw pick and pick, drobniutko tkany z dwóch nitek – czarnej i białej, które w połączeniu dają złudzenie koloru antracytowego. Marynarka zapinana na trzy guziki, (tyle samo, co przy rękawach), długości tyle tylko, że zakrywa pupę, ramiona proste, nie poszerzane. Z tyłu jedno rozcięcie. Craig nosi marynarkę na ogół rozpiętą. Spodnie bez zaszewek z przodu, z wąską nogawką. Nogawki dość krótkie, ale wystarczające, gdy nosi się je do wysokich butów. Koszula z kołnierzykiem z wydłużonymi wyłogami, krawat raczej wąski, w kieszonce biała, równo złożona chusteczka. Podobnie dopasowany jest ciemnogranatowy smoking, z wyłogami z jedwabiu, jedwabną czarną muszką oraz szelkami do kompletu. Jedyne odstępstwo od tradycji, to rozcięcie marynarki z tyłu. Buty Bonda to Crockett & Jones Alex. Jeden taki smoking (szyty na miarę, rozmiar 48) został sprzedany w październiku w domu aukcyjnym Christie’s za 46 tysięcy funtów. Aukcja była z okazji pięćdziesięciolecia Bonda.

Osobiście uważam, że garnitury agenta 007 są zbyt obcisłe, szczególnie zważywszy, że jest on człowiekiem w wieku raczej średnim. Ale taka jest moda ostatnich kilku lat, ponadto Daniel Craig ma się tu czym pochwalić. Nad ciałem pracuje podobno dwie godziny dziennie; fragment tej pracy – i rezulat- oglądamy w filmie. Ale dzisiaj ludzie ubierają się nie tyle zgodnie z wiekiem, co z sylwetką. Jany Timeme uważa, że garnitur Bonda ma być „cool”, bo tylko taki przyciągnie młodych do kina. (Czy trzeba przyciągać? I tak przyjdą).

Producentem ubrań do „Skyfall” jest Tom Ford, wpływowy amerykański kreator mody, wieloletni dyrektor artystycznym domu Gucci. Wylali go stamtąd za niebotyczne wymagania finansowe, którym towarzyszył spadek zainteresowania marką. Założył wtedy własną firmę i nie skarży się na brak klientów. Jednak fakt oddania pola przez włoską firmę Brioni, długotrwałego krawca agenta 007 jest znamienny. Wprawdzie produkcja filmu jest amerykańska, ale jednak Amerykanie w sprawach garderobianych palmę pierwszeństwa zawsze oddawali Włochom. Tym razem globalizacja zwyciężyła.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ratunku, smartfon, jak to działa?

15 lis 2012

Po dwóch tygodniach wyłączenia, kiedy przebywałam na innej półkuli, moja komórka zdechła. Poczułam, że zbliża się ten trudny moment, kiedy zamiast mieć poczciwy aparacik z klawiszami, trzeba będzie przesiąść się na smartfona. Już dawno się na to zanosiło – w doprzodowym środowisku, w którym obracam się zawodowo, byłam jedyną osobą z telefonem z klawiszami. Trochę tak, jakbym jeździła polonezem. Teraz smartfon, od którego uciekłam dwa lata temu, atakował mnie już z bliska, bo oswojona stara nokia okazała się nienaprawialna.

-Wyszukiwanie kontaktu jest beznadziejne, powiedziała mi zachęcająco przyjaciółka, użytkowniczka I-phone’a 4S, właścicielka oczu o 20 lat ode mnie młodszych. -Szukam litery H i ląduję na S, bo ekran tak szybko się przesuwa, a litery są za małe, żeby je zobaczyć. Pisanie smsów też w zwykłym jest łatwiejsze. Ale w ogóle jest fajny. Będziesz musiała się przyzwyczaić. Po tygodniu będzie już ok.

Mamo, nie możesz się cofać w rozwoju, powiedział syn, gdy słabo zasugerowałam, że wezmę może telefon starej generacji. (Wiadomo, że dzieci są dzisiaj konsultantami w tych sprawach) – Musisz mieć smartfona. I udostępnił mi swoją nieużywaną, Xperię na czas, kiedy dotrwam do końca umowy. Na staż.
No i zaczęło się. Nic nie umiem, wściekam się, szukam pomocy. Palce biegają po ekranie i i nie znajdują kontaktu. Przelatuje C, L, S, a szukam B i nie ma. Zapisać numer przysłany sms em – nie umiem. Wysłać wizytówkę? Koszmar, nie da się. Zapisać nowy kontakt, nie wiem.

Albo wiadomość. Piszę porsche, telefon pisze porachunki. On wie lepiej, co ja chcę napisać? Ach, miałam kiedyś taką Nokię 3510, przyjemną, prostą w obsłudze, z dużymi klawiszami, co pisała smsy dużymi literami i łapała zasięg w środku lasu..

Władam komputerem i ipadem. Z biegłością poniżej średniej, ale na moje potrzeby wystarczającą. Jednak w ipadzie ekran jest większy i nie ma tak, że co chwila palce najeżdżają na coś, na co nie chcą najechać. W komputerze klika się i już.

Czy tylko ja jestem idiotą technologicznym? Myślę, że między 14 latkiem, który rodzi się z genetyczną umiejętnością obsługi urządzeń IT, a staruszką, która nie ogarnia nic poza telefonem dla seniorów, jest duża przestrzeń. Ludzie, którym nie zależy na szpanowaniu modnym sprzętem, tylko chcą mieć telefon prosty w obsłudze, do którego będą mieli czas się przyzwyczaić. Chcą zadzwonić, znaleźć numer, napisać smsa. Nie chcą słuchać piosenek, klikać lików na fejsie i czatować.

Kiedy byłam w biurze swojej sieci (nazwy nie mogę podać), na stołkach siedzieli starsi państwo i każdemu obsługa tłumaczyła – ten klawisz – wiadomości, tamten -odebrać połączenie, tamten – zakończyć.

W ten wyścig człowiek jest wciągnięty, nawet jeśli nie chce. Bo przecież nie można mieć komórki cegły sprzed 20 lat. Ale gonić za nowościami też nie rozwiązuje sprawy. Jakbyś nie pędził, i tak nie dogonisz. Więc po co się w ogóle ścigać? Z komórką, jak z samochodem i komputerem – w momencie kiedy kupujesz nowy, już jest przestarzały.

Po odbyciu stażu na Xperii przesiadłam się na Iphona. Uczę się, nadrabiam zaległości. Jak się nauczę, iPhone będzie już wykopaliskiem archeologicznym. Ale nie będę o tym teraz myśleć.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kulbin sposobem na kryzys

19 paź 2012

Mają Państwo kłopoty z płatnościami? Dotknął was kryzys? Jedyne pocieszenie, to to, że nie tylko my jesteśmy w opałach. Cierpi Europa, a my, jako Europejczycy pełną gębą solidarnie cierpimy razem z nią. Co na obiad? Na to pytanie trzeba odpowiedzieć co dziennie. Z pomocą spieszy Gazeta Wyborcza podając kryzysowe menu, które przytacza za dziennikami Le Monde, La Stampa, El Pais.

Nie jakąś tam byle kaszę ze skwarami, kluchy, czy pyry, o nie. To menu polecają szefowie najlepszych europejskich kuchni. Mamy wreszcie sposób, aby nie tylko zaspokoić głód, ale w ciężkich czasach ocalić honor i elegancję, na której tak nam zależy.

Oto kulbin z porami, masłem jałowcowym i skórką cytrynową w papilotach. Danie proste, a tanie, (2,60 euro na osobę), polecane przez Anne- Sophie Pic, Francuzkę uhonorowana trzema gwiazdkami Michelin, właścicielkę restauracji la Valence na południu Francji. Wystarczy udać się do osiedlowego spożywczaka, ewentualnie Biedronki czy Żabki, a tam czeka już nas pełny wybór kulbina, ryby atlantyckiej w wyfiletowanych kawałkach. Potem tylko szybciutko zrobić papiloty i piec z masłem jałowcowym. Nasi goście, jeśli oczywiście wciąż stać nas, aby ich zaprosić, będą zachwyceni.
A może coś jarskiego? Na przykład rizotto z ryżu vialone nano, 30 miesięcznego parmezanu z rasy krów bianca modenese, trochę (uwaga, żeby nie był przypadkiem 25 miesięczny!), szczypta pieprzu seczuańskiego, szczypta pieprzu sawarak i gotowe! To nieskomplikowane danie włoskiej kuchni, naszej ulubionej, poleca same Massimo Bottura, szef restauracji Osteria Francescana w Modenie. Składniki Jego zaletą jest jeszcze to, że w razie gdyby zostało nam trochę parmezanu, możemy go zużytkować robiąc chipsy, które potem zjemy z truflami. Koszt niewielki, najwyżej pięć euro na osobę.

Smacznego!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mini miss, maksi sukces

23 wrz 2012

Trend ten jeszcze nie dotarł jeszcze do nas, ale przewiduję, że wkrótce nadrobimy opóźnienie. To tylko kwestia czasu. Amerykańskie reality show staja się wszak naszymi rodzimymi sukcesami telewizyjnymi- wszystkie mam talent, wybacz mi, idole, itp.

Chodzi o dziecinne gwiazdy. Słyszeliśmy już o małych misskach, które aberracyjne mamuśki wysyłają na konkursy piękności, marząc, że w ten sposób otworzą im drogę do sławy. Ostatnie odkrycie made in USA ma sześć lat i zawładnęło już własnym programem telewizyjnym. Alana Thompson, także odprysk jednego z konkursów jest tłustawą dziewczynką niezbyt porywającej urody z miasteczka McIntyre, w stanie Georgia. Ale w odpowiednim makijażu, efektownej odzieży, z ufarbowanymi i ufryzowanymi włosami dziecina przekształca się w temperamentną kobietkę o przydomku Honey Boo.

Jej program „ Here comes Honey Boo” w każdą środę w telewizji TLC gromadzi trzy miliony widzów. Oryginalność dziewczątka oraz całej jego familii polega na tym, że są antywzorcem, uosobieniem tego, co najpospolitsze, najbardziej ordynarne, najwulgarniejsze. Honey mieszka w zapadłej dziurze razem z otyłą matką, bezzębnym, nigdzie nie pracującym ojcem i trzema siostrami, z których jedna zaszła w ciążę w wieku 17 lat. Mamuśka zbiera kupony do dyskontów, żeby wysłać córeczkę na kolejny konkurs. Cała malownicza rodzinka przeklina, pluje, sama małolatka także klnie już jak szewc, pochłania tony tłustych fast foodów popijając je litrami energy drinków, które mamuśka ochoczo serwuje. Honey także uwielbia konkursy piękności, chamskie dowcipy i pieniądze. Ulubione powiedzenie: A dollar makes me wanna holler – na widok dolara mam ochotę krzyczeć.

Krytycy nie zostawiają na Honey Boo suchej nitki, ale trzy miliony widzów robią oglądalność. Małoletnia showmenka wyrolowała nawet z pierwszego miejsca w słupkach inną „kiepską” bohaterkę – Snooki. Trwają spekulacje, ile rodzinka zarabia na programie. Dwa tysiące dolarów? Cztery? Wydaje się, że to niewiele w porównaniu z innymi gwiazdami reality, ale może trzeba wytrzymać upokorzenie i zrobić pierwszy krok do sławy i kolejnych dolarów?

Nie wątpię, że któryś z naszych producentów podejmie ten szampański pomysł i zrobi polską wersję. Ile można się śmiać z Joli Rutowicz, Natalii Siwiec i Dżoany? Po bezpowrotnej (miejmy nadzieję) utracie Michała Figurskiego grozi nam nuda. Pora odmłodzić widownię i aktorów.

Matki, zagrzewajcie córeczki do boju!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kura ostatnią szansą cywilizacji

19 sie 2012

Kura znana nam jest głównie z rysunku na opakowaniu jajek. Żeby ją obejrzeć na żywo należy udać się do ZOO, gdzie w celach edukacyjnych powołano do życia dział zwierząt domowych. Dla miastowych dzieci, niech zobaczą, że dostawca skrzydełek z grilla występuje także w postaci ożywionej. Na wsi już także trudno usłyszeć swojskie kukuryku, gdyż, jak wiem od sąsiadów na Mazurach, „nie opłaca się”.

A na targu, nawet wiejskim, „od baby” kupuje się jajka ze stemplem, dla zmyłki obmazane czymś na ksztłt łajna.
Ale jak przeczytałam w tygodniku Paris Match, miłość do drobiu odradza się w narodach. Chicken fashion ogarnia świat. Kto żyw i ma kawalątek ogródka, zamiast labradora funduje sobie parę pierzastych. Nie żeby od razu megakurnik, ot po prostu parę ptaków. Dla nawiązania zerwanej łączności z przyrodą i oczywiście, dla pozyskania paru smacznych jajeczek. Wcale nie codziennie, gdyż kura znosi ich od 130 do 150 rocznie.

We Francji producenci ekologicznych minikurników dla potrzeb domowych musieli gwałtownie zwiększyć produkcję, wzrósł kilkakrotnie popyt na poidła, karmę, a podręczniki hodowli drobiu idą jak świeże bułki. Okazuje się, że kurka to zwierzę niekłopotliwe i pożyteczne. Żyje 12, 13 lat, łatwo przystosowuje się do nowego właściciela, jest wesoła, niekłopotliwa, zjada biologiczne odpady domowe, zmniejszając przy okazji objętość śmieci, jest więc ekologiczna. Musi mieć tylko towarzystwo, zatem należy mieć co najmniej dwie kury. Na dodatek okazało się też, że zwierzę to niegłupie. A myśleliśmy dotąd, że (wbrew przysłowiu) tylko gęsi są mądre. Uczeni brytyjscy zbadali, że potrafi wyłączyć łapką przycisk regulatora temperatury, jeśli w klatce zrobi się za gorąco, jest w stanie rozpoznać 80 swoich bliźnich. Cierpi, jeśli pisklakom dzieje się krzywda.

Kurzy fenomen jest globalny. Gdakanie słychać w Nowym Jorku na Brooklynie, w Seattle, Chicago, Los Angeles. Joseph Nye, profesor Harvardu, właściciel małej hodowli entuzjazmuje się: „ Kiedy wołasz je po imieniu, przychodzą, jak pies”. W Quebeku kolektyw prokurzy domaga się zniesienia praw zakazującego hodowli w obszarach miejskich. Książę Karol, znany ze swoich ekologicznych pasji patronuje organizacji chroniącej ginące rasy oraz ich hodowcom. Napisał nawet przedmowę do książki „ Kury. Jak je poznać, wybrać, hodować”. Tym samym kontynuuje tradycję monarchii, gdyż ze słabości do pierzastych słynęła królowa Wictoria oraz babka, Królowa Matka.

Przyznam, że ja także, jako typowy mieszczuch i niespełniona rolniczka od dłuższego czasu snuję rojenia o małym kurniczku. Rodzina uważa oczywiście, że zwariowałam, ale planuję ( w czasie nieokreślonym) przystąpić do realizacji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zapomniana sztuka (mięsa)

16 sie 2012

Gotowana wołowina w akompaniamencie sosu chrzanowego lub po prostu z chrzanem. Miękka, soczysta, niezbyt tłusta. Długo gotowana z włoszczyzną, przesycona jej smakiem. W procesie gotowania otrzymujemy także złocisty rosół, ozdobę niedzielnego obiadu. To jedna z rzeczy, które jadało się u mnie w domu i sądzę, że nie tylko. Sztuka mięsa była klasyką każdego polskiego domu przez lata. Byli wybrzydzalscy (mój brat), którzy tym daniem pogardzali, bo najmniejsza żyłka wywoływała w nich odruch obrzydzenie, a tu bez żyłek tu się nie da.

Nastały nowe czasy i kuchnia się nam zmieniła. W menu mamy spaghetti, lasagnę, rukolę i sushi. W odstawkę poszły kluski, knedle, a mięso weszło na listę prohibitów. Podwyższa cholesterol, generuje gaz cieplarniany, jest niemodne i drogie. Kilo polędwicy wołowej kosztuje już prawie sto złotych.

Prustowski smak dzieciństwa przypomniałam sobie w wiedeńskiej restauracji Plachutta, szacownej, typowo lokalnej, w doskonały sposób kultywującej to wspaniałe cesarsko-królewskie danie, które przecież właśnie stamtąd do nas przyszło (razem ze sznyclem wiedeńskim). Plachutta wzięciem cieszy się zarówno u „lokalsów”, jak licznych tu turystów. Na liście gości są Al Gore, Gorbaczow, George Clooney.

Sztuka mięsa podawana jest tu w miedzianych garnuszkach, zatopiona w esencjonalnym rosole, pokrojona na cieniutkie plasterki, w towarzystwie sosu jabłkowo chrzanowego, szpinaku w śmietanie podsmażanych, drobno posiekanych kartofli, oraz jarzyn, z którymi się gotowała. Można sobie wybrać kawałek z narysowanego na menu wołu podzielonego na części. „Weisses Scherzel” – część udźca, „kruspelspitz” – część karkowa, „tafelspitz” – wołowina zrazowa i najdroższe, „hüferschwanzl” – ligawa.

Jako produkt systemu, w ktorym wół dzielił się na mięso z kością i bez kości, nie zrozumiem reguł podziału tego zwierzęcia. Wiem, że na polędwicę zawsze można liczyć, a mama mówiła, że befsztyk z pierwszej krzyżowej jest równie dobry. Podobno u nas wołowinę tnie się w dalszym ciągu byle jak. Wiem tylko, że kiedy z kawałka zwanego pręgą zrobiłam rosół według przepisu Plachutty, wyszło mi nie całkiem to samo, co tam jadłam. Czy ten nasz wół jakiś nie taki (może na mleko on hodowany), czy trzeba gotować od razu 400 kg mięsa, jak w Wiedniu. W Polsce dobrą sztukę mięsa podają u Gesslera. Nie powinno się popierać jego interesu, ale gotować to facet naprawdę potrafi. Ale Plachutta lepiej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Śmierć mamusi prezentuję

25 lip 2012

Sophie Calle (rok urodzenia 1953) to francuska performerka, fotografka i artystka konceptualna. Wystawiała swoje prace w wielu światowych galeriach, wykładała na uczelniach w Szwajcarii i Stanach Zjednoczonych. W swoich pracach, jak podaje Wikipedia, „zbiera obserwacje o nieznajomych i na ich podstawie próbuje ustalić ich tożsamość”.

Na przyjęciu w Paryżu spotkała mężczyznę. Postanowiła go śledzić i podążyła za nim aż do Wenecji, gdzie w przebraniu robiła mu zdjęcia. Opublikowała je następnie w pracy nazwanej Suita Wenecka.

Innym razem na ulicy znalazła notes. Odszukała zapisane w nim osoby i przeprowadziła z nimi wywiady. Całość opublikowała w dzienniku Liberation w serii 28 artykułów pod wspólnym tytułem: Address Book. Właściciel notesu, Pierre Baudry, po odkryciu całej sprawy był oburzony naruszeniem prywatności.

W 1980 roku zaprosiła do domu 24 osoby, aby przez osiem dni bez przerwy korzystały z jej łóżka. Niektórzy byli jej znajomymi, inni całkiem obcy. Przez te osiem dni artystka robiła zdjęcia i dawała jedzenie lokatorom swojego łóżka.

Rok później, za pośrednictwem matki, wynajęła prywatnego detektywa, aby ją śledził. – Chcę zaprezentować oczywistość mojej egzystencji, oznajmiła wystawiając swój projekt pod nazwą „Cień” w Muzeum Guggenheim w Nowym Jorku.

W 2007 roku na Biennale w Wenecji zaprezentowała maila zrywającego z kochankiem wraz z komentarzami i interpretacjami 107 osób, które go przeczytały. Praca nosiła tytuł „Take care of yourself”.

Najnowszy pomysł Sophie Calle prezentuje na festiwalu w Awinionie. Teraz w ofercie konceptualnej artystki jest jedenastominutowy film o śmierci matki.

- Moja matka miała poczucie humoru, lubiła być otoczona ludźmi i zawsze chciała znajdować się w centrum uwagi. Była nieuleczanie chora. Lekarze nie dawali jej więcej niż trzy miesiące życia – mówi Calle.

Artystka zainstalowała zatem kamerę u stóp łóżka matki. Codziennie urządzała tam imprezy, zapraszała znajomych. „Piliśmy Campari, a ona brała udział we wszystkim. Do samego końca. Sprawdzaliśmy puls i nie wiedzieliśmy, czy jeszcze żyje. A gdy umarła, puściłam Mozarta, bo ona zawsze umierając chciała słuchać Mozarta”.

Dziennik intymny, który matka zapisała jej w testamencie, Sophie Calle ma zamiar odczytać na festiwalu w Avinionie.

Czy dzieła Sophie Calle są drogie? – W stosunku do kosztów życia tak, odpowiada artystka, ale w porównaniu z dziełami innych artystów, nie.

Cena najnowszych dzieł nie została jeszcze ustalona, zdjęcia niektórych poprzednich prac wyceniono na 20 tys euro.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Redaktor Lis, to fajny Polak

10 lip 2012

Jak to miło patrzeć na ludzi zadowolonych. Tryska z nich optymizm, który oby był zaraźliwy dla innych. To by się naprawdę przydało w narodzie smutasów, którzy nic tylko obchodzić rocznice i budować pomniki.
Weźmy redaktora Tomasza Lisa, redaktora naczelnego Newsweeka.
Młody, przystojny, inteligentny. Ma program w telewizji, kolorowy tygodnik do dyspozycji, piękną, młodą żonę, też w telewizji, dziatki w amerykańskich szkołach, zarobki powyżej średniej krajowej, garnitury Ermenegildo Zegna…
Czy można chcieć więcej? Optymizm tryska także z okładki magazynu redagowanego pod okiem Redaktora. Razem z nim i dzięki niemu jesteśmy wszyscy tacy fajni. „To jest czas fajno-Polaków”.
Na przykład dwie szczęśliwe panie w związku wychowujące radosnego chłopczyka, które spoglądają na nas z okładki ostatniego numeru. Wszyscy powinniśmy brać z nich przykład!
Pełnię zadowolenia zakłóca tylko to społeczeństwo, które jeszcze nie dorosło do poziomu Redaktora. Nie rozumie, że to on wytycza sendero luminoso, świetlisty szlak dla narodu, który dotąd pozostaje ciemny, głupi i ponury. Tłuszcza, która nie rozumie finezyjnego humoru Wojewódzkiego i Figurskiego (dzięki nim ludzie zaczęli się uśmiechać, pisze Redaktor), stawia wszędzie paskudne pomniki katastrofy smoleńskiej i nie wiadomo po co chodzi do kościoła, żeby tam oddawać hołd „naprutym winem i napalonym ziołami” bożkom, jako rzecze wesoła dziewczyna Doda.
Ci starzy ze wsi, którzy nie wiedzieć dlaczego nie kształcą dzieci w amerykańskich szkołach. Dlatego mają taki ciasny horyzont. No ale niestety nic się z nimi nie da zrobić, oni są, po to tylko żeby szczęście zamącać.
Dziękujemy Redaktorze! Dzięki Tobie znamy już drogi, którymi powinniśmy podążać i słowo, w które
się wsłuchiwać. Nareszcie po zaborach, okupacji, komunie i stanie wojennym nastał czas radości. Alleluja i do przodu!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop