Wpisy w kategorii „Opinie”

Dominik Zdort: Pedofilia – grzech nie tylko Kościoła

21 marca 2010

Jeśli papież pisze list, w którym ostro potępia duchownych za poważne błędy i grzechy, to zawsze jest ważne wydarzenie. Benedykt XVI zdaje sobie sprawę, że instytucję, na czele której stoi, tworzą ludzie, a więc istoty mające skłonność do grzechu. Jednak ich win nie zamierza bagatelizować

Równocześnie pamięta, że ważnym zadaniem Kościoła, prowadzącego swoich wiernych do zbawienia, jest wskazywanie drogi, a więc także przekazywanie moralnych nauk. We współczesnym świecie, aby czynić to skutecznie, nie wystarczy mieć rację – trzeba także udowodnić, że bezkompromisowo walczy się z nieprawością we własnych szeregach.

Pedofilia jest przestępstwem – a w kategoriach religijnych: grzechem – bardzo silnie oddziałującym na wyobraźnię. Oto młodzi i często bezbronni ludzie są wykorzystywani przez dorosłych. Skutkiem jest pozostająca często na całe życie psychiczna rana. Szczególnie bolesna, jeśli krzywdę czyni osoba darzona wcześniej szacunkiem – na przykład członek rodziny albo duchowny.

Zwykłym kłamstwem jest jednak lansowana czasem przez media teza, że pedofilia to przestępstwo, za które odpowiada Kościół lub które jest charakterystyczne dla duchownych. Teorię, że ma ono jakiś związek z praktyką celibatu, specjaliści nazywają absurdalną i zwracają uwagę, że wśród sprawców pedofilii księża stanowią nikły odsetek. Przeważająca większość przypadków tego przestępstwa dotyczy środowiska domowego.

Tym bardziej ważna jest zdecydowana reakcja Benedykta XVI. Choć trudno się oprzeć wrażeniu, że problem pedofilii w Kościele został nieprzypadkowo tak wyolbrzymiony.

Mirosław Żukowski: Dajcie nam głowę zdrajcy

21 marca 2010

Wszyscy tkwimy w dopingu po uszy. Bo kto z kibiców z ręką na sercu może powiedzieć: podziwiam tych, co przegrali, bo byli uczciwi?

Sport byłby czysty jak łza, igrzyska w Vancouver białe jak śnieg, gdyby nie Kornelia Marek i ten, kto podał jej EPO. Szefowie naszego sportu to sami mądrzy moraliści, trenerzy kadry i prezesi związków nic nie wiedzą o dopingu, całe zło to jedna, do niedawna anonimowa, biegaczka i ten zdrajca, którego teraz trzeba powiesić na krakowskim Rynku.

Taki obraz tej afery sugerowany jest mediom przez hipokrytów przez lata grzejących się przy sportowym ognisku, ludzi znakomicie wiedzących, że ten interes napędzają pieniądze i farmakologia. Słychać nawoływania, że trzeba uzdrowić chory sport, ale niestety jest za późno na kurację. Innej rywalizacji o medale, niż mamy dziś – bez moralnych autorytetów, z fair play jako frazesem, ze zwycięstwem przeliczanym na coraz większe pieniądze – już nie będzie. Taki sport zafundowaliśmy sobie sami i dostajemy go coraz więcej z dostawą do domu.

Przeczytaj cały artykuł

Paweł Czuryło: Kolejny test dla polityków

19 marca 2010

W czasie piątkowej “lekko” opóźnionej debaty o dwóch latach działalności rządu premier Donald Tusk powoływał się na najnowszy artykuł w tygodniku “The Economist”

Tusk posłużył się artykułem, wskazując, że zachodnia prasa docenia antykryzysowe działania rządu.

Faktycznie, dzięki temu, że Polska jako jeden z niewielu krajów odnotowała w ubiegłym roku wzrost gospodarczy, pozytywnie wyróżniamy się na gospodarczej mapie Europy. Jednak może temu towarzyszyć uzasadniona obawa, że przez to dobre samopoczucie niejako w ukryciu pozostaną prawdziwe problemy do rozwiązania. Trudno bowiem cieszyć się z tego, że nasz dług publiczny tylko ledwo ledwo nie przekroczył pierwszego progu ostrożnościowego z ustawy o finansach publicznych. I to dzięki księgowym zabiegom. Albo uznać, że biurokratyczne procedury przestaną nagle opóźniać inwestycje.

W piątek premier zaproponował opozycji, by przedstawione niedawno przez ministra finansów prezydentowi propozycje zmian w finansach państwa wyłączyć spod politycznej debaty. Chciałby, by nie stały się elementem kampanii wyborczych. To że opozycja może działać z rządem w sprawach gospodarczych, było widać już m.in. przy okazji ostatniej obniżki podatków. Rządził PiS, a zmiany poparła PO. Zresztą pieniądze, które pozostały w kieszeniach podatników, pomogły podtrzymać koniunkturę nad Wisłą.

Jednak tym razem nie chodzi już o obniżkę podatków, a o cięcie wydatków i nieuniknione narażenie się wyborcom. Może to być nie do zaakceptowania nie tylko dla obecnej opozycji, ale ostatecznie z pożądanymi zmianami ociągała się będzie koalicja rządowa. Jeśli tak się stanie, zapłacimy za to potem wszyscy. Podwyżką podatków.

Polską wersję artykuł z tygodniku “The Economist” można znaleźć w weekendowym wydaniu naszej gazety.

Tomasz Pietryga: Prof. Widacki na prezesa IPN

19 marca 2010

Autorski przegląd prasy

Ustawa o IPN zmieniona – taką informację przedstawiają dziś wszystkie dzienniki. Sejm uchwalił wczoraj nowelizację posłów PO.

Zamiast dzisiejszego politycznie wyłanianego kolegium IPN będzie apolityczna Rada, której członków wskażą placówki naukowe Krajowa Rada Sądownictwa i Krajowa Rada Prokuratorów – z satysfakcja donosi “Gazeta Wyborcza”. Wymieniając przykłady upolitycznienia dzisiejszego instytutu, i niekompetencje członków IPN (są w nim dziś socjolog wsi czy specjalista od średniowiecznej Bośni – pisze GW).

 Zupełnie inaczej zmiany w Instytucie przedstawia na pierwszej stronie “Rzeczpospolita”. Zwraca uwagę, że również wybory na szefa IPN odbędą się według nowych zasad.

 Prezesa wyłoni Sejm, ale nie będzie konieczne uzyskanie porozumienia PO i PiS, jak było to w przypadku obecnego szefa IPN. Do powołania – a także odwołania – prezesa wystarczy zwykła większość sejmowa-  pisze dziennik.

 Dotychczas potrzebna była większość trzech piątych głosów. W praktyce oznacza to, że koalicja rządowa będzie mogła w każdej chwili zmienić prezesa Instytutu – zauważa dziennik.

 W komentarzu na drugiej stronie Piotr Semka twierdzi, że w ten sposób pozycja następcy Janusza Kurtyki wobec partii rządzącej będzie bardzo słaba. W każdej chwili będzie on mógł zostać usunięty ze stanowiska, jeśli podejmie decyzję która rozzłości Donalda Tuska – pisze publicysta.

 - Trudno też liczyć, że prezydent skutecznie zawetuje ustawę – donosi z kolei “Dziennik Gazeta Prawna”. Weto nie będzie skuteczne, bo PO, PSL i SLD ( które popierały zmiany) mają większość pozwalającą na jego odrzucenie – pisze DGP.

 Tego rodzaju zmiany to nie najlepszy znak na przyszłość, zważając na to, że Polska cały czas ma problemy z rozliczeniem się z przeszłością. Nowela niewątpliwie mocno uzależnia działania Instytutu od rządzącej opcji politycznej. Łatwo sobie wyobrazić, co się stanie, gdy w przyszłości do władzy dojdzie lewica. Znając poglądy prof. Widackiego i jego kolegów może to oznaczać, że historia najnowsza zacznie być pisana od nowa.

Paweł Czuryło: Ryzykowna gra samorządów

18 marca 2010

Kryzys gospodarczy, który w ubiegłym roku przyczynił się do mniejszych dochodów budżetu państwa, odcisnął też swoje piętno na finansach polskich samorządów. Wiele z nich co chwilę skreślało z list inwestycji kolejne pozycje. Większość jednak zaciągała długi.

Oficjalnie chodziło o to, aby nie stracić funduszy z Unii Europejskiej – bo Bruksela dopłaca tylko tym, którzy sami sfinansują część inwestycji. Dzięki kredytom mogą więc powstawać nowe drogi, boiska, baseny. Unijne dotacje nie zostaną stracone.

Ale jest też druga strona medalu. Jesienią zdecydowana większość z kilkudziesięciotysięcznej armii samorządowców będzie się starała o reelekcję. Trudno więc nie dojść do wniosku, że za hasłami rozwoju miast kryje się interes wyborczy. Tym bardziej że są miejscowości, w których już teraz ustalono, że rozpoczęte inwestycje muszą się zakończyć przed wyborczą niedzielą.

Samorządowcy liczą zapewne, że wszystko skończy się dobrze – oni zostaną ponownie wybrani, a poprawa sytuacji gospodarczej przyniesie większe wpływy do lokalnych budżetów i pozwoli na spłacenie należności. Jeśli tak się jednak nie stanie, problem radnych, burmistrzów, wójtów i prezydentów miast stanie się naszym wspólnym problemem. Bo samorządowe kredyty trzeba będzie doliczyć do długu polskiego państwa.

Zdzisław Krasnodębski: Niemieckie mity i uprzedzenia

18 marca 2010

Jakże różne są europejskie standardy, jeśli chodzi o mniejszości narodowe. W Polsce przedstawiciele mniejszości niemieckiej zasiadają w Sejmie, a na Opolszczyźnie wprowadza się dwujęzyczne nazwy miejscowości. Na Białorusi Polacy są zatrzymywani i szykanowani, ale przynajmniej uznawani za mniejszość, w Niemczech nikt Polaków nie prześladuje ? pomijając nieprzyjemne incydenty ? ale też nikt nie uznaje ich istnienia.

Dlaczego w zasadzie Niemiecka Republika Federalna, kraj praworządny, demokratyczny, liberalny i “zachodni”, ma takie problemy z uznaniem istnienia polskiej mniejszości? Sprawa wydaje się przecież oczywista. W każdym większym mieście niemieckim mieszkają tysiące Polaków. Istnienie polskiej mniejszości w Niemczech jest faktem socjologicznym, choć można spierać się o liczby i choć wiele osób jest z pogranicza kulturowego, a niemało Polaków przyjechało po to, by wypisać się z polskości i zostać Niemcami, do czego mają prawo. Ale są też tacy, którzy mając niemieckie obywatelstwo, czują się Polakami i zachowują polską tożsamość nawet wtedy, gdy ktoś z rodziny ma niemieckie pochodzenie.

W dodatku Polacy stanowią od dawna część ludności Niemiec ? od końca XVIII wieku, od czasu rozbiorów, Polacy mieszkali w Prusach, mieszkali też w Saksonii, a po 1871 r. w Rzeszy, w tym także w regionach zachodnich ? w Zagłębiu Ruhry i w innych ośrodkach przemysłowych. Nie ma też żadnych powodów do obaw przed polską mniejszością. Większość Polaków mieszkających w Niemczech to ludzie dobrze zintegrowani społecznie i lojalni wobec kraju zamieszkania. Zależy im na jak najlepszych stosunkach między Polską i Niemcami. Nie ma także zasadniczych różnic kulturowych czy religijnych w stosunku do Niemców, które mogłyby być źródłem konfliktów.

Wydaje się, że demokratyczna, praworządna, “zachodnia” Republika Federalna, odżegnująca się od wszelkiego nacjonalizmu, bez kłopotu powinna uznać fakt istnienia mniejszości polskiej. Strona niemiecka wysuwa jednak dwa zastrzeżenia. Powołuje się na fakt przerwania ciągłości oraz to, że chodzi głównie o imigrantów. Strona polska zgadzała się z nimi z niepojętą skwapliwością. Jak wiadomo, III RP w ramach wspólnoty interesów starannie unikała podnoszenia jakichkolwiek spornych tematów.

Nadgorliwość, z jaką polscy politycy, dyplomaci i eksperci przyjmowali te argumenty niemieckiej strony, można wytłumaczyć tylko postkomunistyczną traumą i nawykiem posłuszeństwa wobec protektora. Jak pokazało niedawne spotkanie w Berlinie w tej sprawie, przedstawiciele polskiego rządu nadal nie są w stanie wykrztusić słowa “mniejszość”, którego zaczęła używać strona niemiecka.

Przeczytaj cały tekst

Łukasz Wilkowicz: Wiemy, że jesteśmy klientami?

18 marca 2010

Jedną z najbardziej rozpowszechnionych opinii na temat Polaków i usług finansowych jest to, że korzystamy z nich rzadko

Z prowadzonych w ostatnich latach badań ankietowych i “twardych” informacji, np. o liczbie rachunków bankowych, wynika, że jest z tym coraz lepiej – liczba kont systematycznie się zwiększa. Trudno jednak ukryć, że w porównaniu z krajami starej Unii, a nawet niektórymi państwami naszego regionu, jesteśmy w tyle.

Warto jednak zdawać sobie sprawę z tego, że faktycznie korzystamy z usług finansowych częściej, niż nam się wydaje. Większość pracujących dorosłych ma rachunek w otwartym funduszu emerytalnym. W każdym gospodarstwie domowym co miesiąc są do opłacenia rachunki. Poczta to również instytucja finansowa. Jeśli rachunki płacimy w kasie sklepowej, to także jesteśmy klientami takiej instytucji.

Uświadomienie Polakom, że nawet jeśli – niesłusznie – nie mają zaufania do naszych banków, to i tak w jakiś sposób z nich korzystają, powinno być pierwszym krokiem. Kolejnym wskazaniem że posiadanie rachunku bankowego i załatwianie za jego pośrednictwem cyklicznych płatności to nie tylko ułatwienie, ale że może to być również oszczędność pieniędzy i czasu.

Za takimi deklaracjami muszą jednak pójść fakty. Niewykluczone, że duża część potencjalnych klientów instytucji finansowych nie uważa wcale ich oferty za korzystną. To oznacza, że na naszym rynku wciąż jest miejsce dla nowych graczy. Chyba że ci, którzy już na nim są, zdecydowaliby się na obniżki cen. Podwyżki, z którymi mieliśmy do czynienia w ubiegłym roku, są zrozumiałe z punktu widzenia  starań o wyższe zyski w krótkim terminie. W dłuższej perspektywie nie muszą jednak okazać się aż tak korzystne.