Karol Stopa: Na właściwej ścieżce

Nasza legenda związana z turniejami Masters to był dotychczas tylko finał w Houston w roku 1976 – heroiczny bój Wojciecha Fibaka z Hiszpanem Manuelem Orantesem i obowiązkowo przypominana telewizyjna wypowiedź amerykańskiego aktora Kirka Douglasa, decydująca zapewne dla losów czwartego, a potem piątego seta.

Ale to jest historia sprzed ponad 30 lat i kiedy w niedzielę w Londynie w korytarzu prowadzącym na kort pojawili się dwaj uśmiechnięci polscy debliści, przemknęło mi przez głowę, że może to dobra wróżba.

Po półtorej godziny nie mogłem uwierzyć, że aż tak dobra. Zresztą nawet Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski sprawiali na korcie wrażenie tęgo zaskoczonych. Pokonali parę nr 1 na świecie w prestiżowej imprezie i zrobili to w wielkim stylu, wytrzymując do końca presję, nie dając rywalom choćby jednej szansy na przełamanie serwisu. Fyrstenberg i Matkowski to znakomity debel, przecierający turniejowe szlaki od kilku sezonów i już po raz trzeci korzystający z szansy sprawdzenia się wśród najlepszych. Bilety do Londynu wyrwali z kasy ATP tuż przed jej zamknięciem, więc ogranie na wstępie głównych faworytów zdumiewa w dwójnasób.

Jeszcze bardziej zaskakuje styl, w jakim dołączył w tym sezonie do swoich kolegów, a chyba nawet ich po drodze wyprzedził, Łukasz Kubot. Najlepszy dziś polski tenisista, od tygodnia gracz pierwszej setki rankingu singlowego, jest w deblowej elicie jedyną postacią z wyraźnie zaakcentowanymi ambicjami także w grze pojedynczej. Kiedy rozmawialiśmy podczas szczecińskiego challengera, Kubot najbardziej się martwił, czy fizycznie da radę upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Wyniki uzyskane z Oliverem Marachem sugerowały, by dać spokój popisom indywidualnym. Z kolei instynkt podpowiadał, że teraz właśnie może być w singlu tak dobrze jak nigdy dotąd. Czas pokazał, że Kubot znalazł właściwą ścieżkę i połączył specjalności coraz rzadziej przez innych łączone.

Deblowe turnieje mistrzów, kiedyś dziecko niechciane, wróciły na łono tenisowej familii. Debliści grają dziś w tym samym miejscu i czasie co gwiazdorzy singla, i jesteśmy na tej scenie widoczni. „Houston, nie mamy problemu!”. Czas na nową polską legendę. Może być ta z Londynu.

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

(3) Komentarzy do “Karol Stopa: Na właściwej ścieżce”

    -
  1. Koja pisze:

    Skoro nie mamy żadnych widoków na przyszłość w singlu,
    to … na bezrybiu i rak rybą.
    Gdyby na korcie zamiast deblistów występowały… sekstety
    to mielibysmy największe szanse (jak w siatkówce).

    Cięszę się,że redaktor Stopa,po 30..latach oczekiwania, ma
    nareszcie choć trochę radochy.Należała się !

    Dobre 0

  2. pwl pisze:

    Turniej singlowy poki co stoi na marnym poziomie. Wszyscy zmęczeni sezonem bez formy. Potwierdza sie to że wlasciwy sezon konczy sie na USO.

    Dobre 0

  3. zXC pisze:

    Szkoda tylko, że Pana macierzysta telewizja przez cały sezon lekceważy grę podwójną.

    Dobre 0

Dodaj komentarz

Dodanie komentarza oznacza akceptację REGULAMINU blog.rp.pl. Komentarze nie spełniające zasad zawartych w regulaminie - nie będą publikowane. Więcej informacji można znaleźć na modblogu modblogu.