Karol Stopa: Ekspres pędzi

Kobiecy tenis tonie we łzach. W Tokio podczas pożegnania 34-letniej Ai Sugiyamy płakała główna bohaterka uroczystości i jej trzy koleżanki, a zwłaszcza deblowa partnerka, Słowaczka Daniela Hantuchova.

W Seulu widzieliśmy łzy szczęścia innej Japonki, Kimiko Date-Krumm. Nie dość, że wróciła na korty dziesięć lat po zakończeniu kariery, to jeszcze dzień przed 39. urodzinami wygrała turniej WTA Tour. Dwa tygodnie temu w Nowym Jorku szkliły się oczy młodej mamie, 26-letniej Kim Clijsters. Decyzja o powrocie kolejnej Belgijki, starszej o rok Justine Henin, niechybnie doprowadzi do łez kilka zbyt wcześnie wykreowanych młodych gwiazd. Postęp w tenisie związany jest dziś przede wszystkim ze sprawnością fizyczną i większą siłą uderzeń. Jeśli chodzi o taktykę i technikę odbić, jest coraz gorzej i dlatego lekceważone „mamy z rakietami” mogą młodym gniewnym sprawić tęgie lanie.

Ważne są jednak okoliczności powrotu. U zawodniczek, którym przytrafiły się poważne i wymagające dłuższego leczenia kontuzje, najwięcej zależy od tego, w jakim momencie kariery musiały odłożyć rakietę i z jakiego powodu. Są urazy znikające po powrocie bez śladu, ale są i takie, przy których nawet kilka operacji niewiele daje. Typowa jest tu historia Marii Szarapowej. Rosjanka w ciągu czterech miesięcy ani razu nie zbliżyła się do swej dawnej gry. Inna grupa to panie, które zdecydowały się na macierzyństwo. Porównanie dwóch tenisowych mam, Lindsay Davenport i Kim Clijsters, wyjaśnia wszystko. Amerykanka pojawiła się na chwilę, a potem znów porwała ją rodzina. Belgijka po fenomenalnym starcie nowojorskim zagości pewnie w cyklu WTA na dłużej, choć i ona zastrzega, że teraz liczą się dla niej najpierw córeczka, mąż i dom.

Największe szanse na udany powrót mają te, które odeszły młodo, czasem z przyczyn o charakterze osobistym, czasem w związku z chorobą albo kontuzją. Idealnie pasuje tu przykład fenomenalnego dziecka – Jennifer Capriati. Została nr 1 i wygrała trzy turnieje Wielkiego Szlema, ale już jako osoba dorosła i po narkotykowym odwyku. Z kolei Martina Hingis swoich dawnych wyników po powrocie nie powtórzyła, za to teraz, po odbyciu kary zawieszenia za narkotykowy doping, szykuje ponoć jeszcze jeden come back. Mieści się też w tej przegródce przypadek Justine Henin. „Tylko nie nazywajcie tego powrotem. Po prostu otwieram w swoim życiu nowy rozdział” – podkreśla Belgijka i nie jest to kokieteria.

Rozgrywki są niczym pędzący ekspres. Wysiądziesz na chwilę, będzie problem z powrotem do tego samego przedziału. Powiodło się to kilku zaledwie osobom. By taki pociąg dogonić, trzeba być geniuszem tenisa.

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

(3) Komentarzy do “Karol Stopa: Ekspres pędzi”

    -
  1. pismack pisze:

    Tenis kobiecy to zaden express to ciuchcia waskotorowa … szkoda, ze pan tego jako wytrawny znawca tenisa i sportu jeszcze nie zauwazyl… opisywane powroty sa tego dowodem …czym slabsza konkurencja tym wiecej powrotow..

    Dobre 0

  2. Koja pisze:

    Dobrze,że Pan tenisa kobiecego nie nazwał… sportem !

    Dobre 0

  3. Tosepogadal pisze:

    Cos mi tu smierdzi. Mam wrazenie, ze autorowi nie tyle zalezy na opisaniu rzeczywistosci w damskim tenisie, co na propagowaniu ideologii programowej rzepy. Zawod tak, ale jesli rodzicie dzieci. Bezdzietne tenisistki be, mamy hurra!
    W sumie nic w tym zlego, bo na pewno trudniej jest osiagnac sukces sportowy bedac zona i matka, ale pisanina perfidna…

    Dobre 0

Dodaj komentarz

Dodanie komentarza oznacza akceptację REGULAMINU blog.rp.pl. Komentarze nie spełniające zasad zawartych w regulaminie - nie będą publikowane. Więcej informacji można znaleźć na modblogu modblogu.