Paweł Zyzak swoją książką o Lechu Wałęsie wyrządza niedźwiedzią przysługę zwolennikom wolności badań naukowych. Po jej lekturze znajdą się chętni, aby triumfalnie pokazywać, że nie o prawdę historyczną chodzi, tylko o dokopanie Wałęsie
Już we wstępnych rozważaniach metodologicznych autor nowej książki o Lechu Wałęsie złożył ważką deklarację: „w toczonym od kilkudziesięciu lat sporze między zwolennikami i przeciwnikami tak zwanej oral history [historii mówionej] stanąłem po stronie tych pierwszych” (s. 7 – 8). Nie jestem zwolennikiem żadnego ze wspomnianych poglądów. Za kluczową sprawę uważam bowiem nie charakter dostępnego źródła (dokument archiwalny czy relacja), tylko jego wiarygodność.
O tym, czy wykorzystać dany przekaz, czy nie, winna decydować jego krytyczna analiza. W szczególności dotyczy to relacji o osobach publicznych składanych po kilkudziesięciu latach. Przypadek ten dotyczy i Lecha Wałęsy.
Moja zawodowa ostrożność i dystans wobec relacji zostały zwiększone podczas jednego z niedawnych spotkań publicznych, które z okazji prezentacji książki „SB a Lech Wałęsa” odbyło się w Gdańsku. Była tam i osoba, która krzyczała na sali, że były przywódca ?Solidarności? jest bez wątpienia wieloletnim agentem NKWD.
Oczywiście historię tę mogę opowiadać jako swoiste kuriozum, ale nigdy nie przeniósłbym jej do żadnej książki o naukowych aspiracjach. I chyba w tym miejscu jest najważniejsza różnica pomiędzy historiografią Pawła Zyzaka a klasycznymi pojęciami na temat metod badania opisywanego przedmiotu. Wspomniany autor w deklaracjach wydaje się ostrożny: „starałem się podchodzić do zagadnienia ustnego przekazu nadzwyczaj ostrożnie” (s. 8).
Jednak jego słowa nie przystają do treści napisanej przez niego książki. Tu bezkrytycznie cytuje lub przywołuje ustne przekazy bez względu na okoliczności, w jakich powstały, i to, kim jest osoba relacjonująca. Wiele ważnych dla Wałęsy informacji pada z ust jego politycznych przeciwników: Andrzeja Gwiazdy, Krzysztofa Wyszkowskiego i Anny Walentynowicz.
Jestem oczywiście daleki od tego, by, jak to czyniono do niedawna, całą trójkę wykluczać z historycznej narracji. Ale rygory warsztatu zobowiązują. Nie wolno zapominać, że ich relacje mogą być nacechowane emocjami i raczej nie wolno przyjmować ich a priori jako zobiektywizowany obraz historii.
Problem relacji ma w książce Zyzaka ciężar dużo poważniejszy. Wiele zawartych w niej informacji, w szczególności tych bardzo negatywnych dla obrazu późniejszego przywódcy ?Solidarności?, zostało zaczerpniętych ze źródeł nieznanych. Z anonimowych relacji czasem pojedynczych osób, a czasem kilku wsi chyba zwoływanych przez niego na wiecach (cytuję: „relacja mieszkańców Popowa, Sobowa i Chalina” – s. 64).
Dosyć istotne wywody na temat rzekomego nieślubnego dziecka Wałęsy padają na podstawie relacji m.in. „Pani Zenobii, Pana Adama i Pana Leszka” (s. 50). Zyzak twierdzi, że wspomniane osoby ukryły swoje dane personalne i on jako naukowiec musiał to uszanować. No dobrze, ale czy próbował treść tych relacji w rzeczowy sposób weryfikować? Po urodzonym dziecku pozostaje kilka śladów archiwalnych czy to w księgach parafialnych, czy to w urzędzie stanu cywilnego, czy też innej ewidencji ludności.
Niestety, z książki Zyzaka wynika, że podobnej weryfikacji w ogóle nie przeprowadził. Generalnie wydaje się, że autor od pracy w archiwach, chociażby w warszawskim IPN, trochę stronił. Zasłonił się przy tym nieprawdziwymi tłumaczeniami (s. 8 – 9). Generalnie za symbol jego pracy będę zmuszony uznawać sprawę innej relacji uzyskanej przez Zyzaka, według której Lech Wałęsa miał być w latach młodości stojącym pod sklepem i pijącym piwo – państwo wybaczą – „obszczymurkiem” (s. 49). Czy Zyzak widział na oczy autora wspomnianej relacji? Nie. Usłyszał całą historię od Krzysztofa Wyszkowskiego.
Równie wątpliwą wartość ma wiele podanych przez Zyzaka informacji na temat młodzieńczych lat późniejszego przywódcy „Solidarności”, dotyczących jego kradzieży, udziału w rozróbach, pobicia nauczyciela czy rzekomego nasikania przez młodego Wałęsę w kościele do kropielnicy (s. 41).
Miała być biografia polityczna przywódcy „Solidarności”, a są nadmierne urologiczne pasje Pawła Zyzaka.








Andrzej Fąfara
Andrzej Pisalnik
Andrzej Talaga
Beata Chomątowska
Bronisław Wildstein
Ewa Usowicz
Hubert Salik
Igor Janke
Jacek Lutomski
Jacek Przybylski
Jerzy Haszczyński
Joanna Bojańczyk
Karol Stopa
Krzysztof Feusette
Krzysztof Kowalski
Kuba Kurasz
Maciej Rybiński
Małgorzata Subotić
Marek Dusza
Marek Magierowski
Michał Szułdrzyński
Monika Małkowska
Paweł Bravo
Paweł Czuryło
Paweł Jabłoński
Paweł Lisicki
Piotr Gabryel
Piotr Gociek
Piotr Gursztyn
Piotr Kościelniak
Piotr Kościński
Piotr Semka
Piotr Skwieciński
Piotr Zaremba
Piotr Zychowicz
Rafał A. Ziemkiewicz
Robert Mazurek
Stefan Szczepłek
Tomasz Pietryga
Tomasz Wróblewski
Wojciech Romański
no dobrze, lecz jeśli pan prezydent poczuł się obrażony oszczerstwami moze wytoczyc proces panu Zyzakowi. Tak by było nad Sekwaną. W Polsce natomiast robi się panstwowa histerię i głosowanie telewidzów czy zlikwidowac IPN. Wróciły zagrania rodem z PRLu. Prowokacje i wskazywanie winnych wsród patriotów i ich instytucji.
Wiele lat temu byłem kilka tygodni w Monachium. W niedzielę wybraliśmy się z rodziną do kościoła, w którym była polska msza.
Pod kościołem kwitło (jeśli można bardzo na wyrost użyć tego słów) życie polonijne. Utkwił mi w pamięci jeden szczegół. Rozdawano ulotki z paszkwilami na jakiegoś polonijnego działacza. Był rok 1989. Wokół walił się znany nam świat. A tu nabrzmiewał problem: Zenek nie lubi Zdzicha i odwrotnie. To było żałosne i niestosowne. Gombrowiczowska pupa i gęba. Antycypując Ziemkiewicza: Polactwo w postaci czystej.
Czemu ten naród – zdolny do takich poświęceń i wzniosłych czynów jest w swej codzienności tak godzien pogardy?
Ja nie jestem historykiem. Ale ośmielę się poddać krytyce nie tylko swoistą metodologię Zyzaka, ale również postawę pana Gontarczyka, czy też niedawno zmarłego prof. Wieczorkiewicza.
Historię tworzą ludzie. Dokumentowane są czyny. Dzięki temu można odtworzyć przebieg zdarzeń. Ale te zdarzenia mają konsekwencje wpływające na postawy ich sprawców. Bez uchwycenia tej dynamiki można pisać hagiografie lub paszkwile, a nie prawdziwą historię.
Podam trywialny przykład, który akurat przyszedł mi do głowy. Oto przed jednym z meczów na Mundialu’74 jeden z kluczowych zawodników pochodzi do trenera Górskiego i zgłasza kontuzję, twierdząc, że nie może grać. Górski się wkurzył i odpowiada: a gówno mnie to obchodzi. Zawodnik ten zagrał wspaniały mecz, a drużyna wraz z trenerem przeszła do historii. Po latach tenże trener snuje refleksje: a gdyby on rzeczywiście nie mógł grać….?
Co to ma wspólnego z Wałęsą? Ten człowiek także szedł przez życie, kierując się emocjami. Prosty robotnik doszedł do zaszczytów i sławy. I dopiero z tej perspektywy można patrzeć wstecz.
Panie Piotrze
Kiedy po wydaniu panskiej ksiazki padl Pan ofiara atakow Walesowcow do zludzenia przypominajacych panska ” krytyke warsztatu ” Pawla Zyzaka bez namyslu dalaczylem swoj skromny glos do obrony panskiej osoby i panskiego prawa do wyrazania pogladow. Zrobie to znow jesli zajdzie taka potrzeba. Dziasiaj z niezrozumialych dla mnie powodow czyni Pan dokladnie to przed czym musial sie Pan tak niedawno bronic.
Ma Pan swiete prawo wyrazac swoja krytyke wobec warsztatu naukowego P. Zyzaka zwlaszcza bedac w tym temacie fachowcem. Sposob w jaki Pan to czyni i argumenty, ktore Pan uzywa kaza mi watpic w prawdziwosc Panskich intencji.
Wlasciwie to nalezalo by przejsc kolejno poprzez kazdy paragraf panskiego tekstu bo niemal wszedzie widac wyraznie nieszczerosc panskiego glownego zalozenia. Nie sposob tego dokonac w kilku zdaniach. Skupie sie wiec na mojej glownej mysli zatrzymujac sie tylko przy kilku bardziej istotnych panskich stwierdzeniach.
Juz na wstepie pisze Pan, ze :
” o tym czy wykorzystac dany przekaz czy nie, winna decydowac jego krytyczna analiza. W szcegolnosci dotyczy to relacji o osobach publicznych skladanych po kilkudziesieciu latach. ”
– Po pierwsze : co to znaczy wykorzystac…?
Autor nie wykorzystuje tylko przkazuje informacje do takiego odbiorcy jak chocby ja sam i jest sprawa mojej inteligencji ich interpretowanie. Przy calym szacunku dla panskiej wiedzy ja nie potrzebuje ani Pana ani nikogo innego by mi mowil co mam o tym myslec.
– Po drugie : kto ma dokonac sugerowanej krytycznej analizy ?
Jezeli autor to skad mysl, ze jej nie dokonal. Czy i tu ma byc Pan wyrocznia ?
– I wreszcie to co mnie rusza najbardziej : dlaczego panskim zdaniem osoby publiczne maja podlegac innym warunkom rozmowy o nich ?
Czy to znaczy, ze walczylismy o wolnosc slowa , ktora pozwala wypowiadac swobodne opinie o szarym Kowalskim, a juz w przypadku Walesy obowiazuja inne zasady ?
Tak sie akurat sklada, ze broni Pan rzczywistosci w ktorej wlasnie Walesa jako osoba publiczna ma nieograniczony dostep do srodkow masowego przekazu i moze polemizowac z kazdym pogladem wypowiedzianym na jego temat. Nie maja tego przywileju ci, ktorych on od lat atakuje nie przestrzegajac zadnych , nawet najprostrzych zasad.
Przyznam, ze za brzydki chwyt ( zreszta w walesowym stylu uwazam panska uwage na temat Gwiazdow, Wyszkowskiego czy p.Walentynowicz. Ujal Pan to bardzo ciekawie stwierdzajac, ze sa wrogami Walesy. Oczywiscie to nie Walesa jest wrogiem ich jak i prawdy ,ktora glasza. To jednak szczegol. Najwazniejsze, ze sa oni przede wszystkim swiadkami historii i fakt, ze tak jak dzis polowa Polakow uwazaja Walese za lobuza nie zmienia w niczym prawdziwosci ich historycznych zeznan. Gwoli scislosci, to fakt, ze sa przeciwnikami Walesy bierze sie wlasnie z faktow, ktorym ci ludzie daja dzis swiadectwo, a nie z wody ktora pija.
Zakladajac, ze co najmniej polowa obywateli tego kraju ma negatywne zdanie o Walesie trzeba by w mysl panskiej teorii wykreslic swiadetwo co drugiego swiadka.
Jednym z glownych panskich zarzutow w stosunku do autora jest powolywanie sie na anonimowych swiadkow. W normalnym swiecie przyznalbym nawet Panu racje. Zapomnial Pan jednak, ze zyjemy w realiach w ktorych Walesa biega jak razony piorunem od jednego sadu do drugiego , ciagajac tam wszystkich, ktorzy zapomnieli mu sie poklonic.” Uczciwosc ” wyrokow tych sadow jest powszechnie znana totez wybor anonimowosci przez swiadkow jest zupelnie zrozumiala. Niezrozumiale jest za to panskie zalozenie, ze w mysl jakis bardzo naukowych zasad ja jako potencjalny czytelnik nie moge tych zeznan poznac.
Pyta Pan w pewnym momencie czy Zyzak probowal tresc tych relacji w rzeczowy sposob weryfikowac ?
Mnie to akurat zupelnie nie obchodzi. Autor nie ukrywa, a wrecz przeciwnie podaje wyraznie, ze informacje te pochodza od osob anonimowych. Tak wiec jest moja sprawa jak ja to potraktuje.
Czepia sie Pan zle dobranych przymiotnikow i domaga wazenia slow.To juz graniczy z obledem. Autor podobnie jak kazdy z nas ma prawo wypowiadac swoj poglad nie zwazajac czy jego forma przypadnie do gustu panu Gontarczykowi czy Walesie.
Oczywiscie Pan ma prawo sie czepiac. To jednak nie prezentuje Pana w najlepszym swietle.
Nie zabraklo tez w panskim tekscie typowych trikow uzywanych przez walesowych klakierow. Otoz piszac o sprawie rodzaju obozu w jakim przebywal ojciec Walesy przypisuje Pan naszemu „bohaterowi” glupote i brak mozliwosci zrozumienia tejze roznicy. Tymczasem kiedy jakis wstretny Gwiazda przypomni Walesie , ze nie przeczytal w zyciu jednej kjsiazki to natychmiast staje sie oszolomem bo przeciez mowi o nie kwestionowanym medrcu Europy. Ta wybiorczosc ocen jest bardzo ostatnio popularna.
Mozna by tak przejsc zadanie po zdaniu panskiego tekstu. Mysle jednak, ze moja mysl jest juz wystarczajaco zrozumiala.
Przejde wiec od razu do panskiego koncowego wniosku, ktory w moim przkonaniu jest najbardziej niepokojacy.
Pisze Pan : ” Ja sie na taka nauke, jaka zaprezentowal Zyzak zwyczajnie po ludzku nie zgadzam. ”
I ma Pan do tego swiete prawo. Kto jednak powiedzial, ze to miala byc nauka , a tym bardziej pod panskie oczekiwania ?
Konczy Pan slowami : „Lech Walesa to postac skomplikowana i ciekawa. Jakkolwiek by oceniano jego polityczna biografie, to trzeba zachowac rygorynaukowe i niezbedna doze obiektywizmu. Przywodca Solidarnosci, polski noblista i prezydent, a przede wszystkim czlowiek i cokolwiek bysmy o nim sadzili to na traktowanie a la Zyzak po prostu nie zasluguje.”
Otoz tu sie Pam myli calkowicie. Wraca to bezsensowne przkonanie, ze tego czlowieka nalezy z jakiegos powodu traktowac przy pomocy innych kryteriow.
Pan moze nawet nosic Walese w lektyce do konca panskich dni jesli Pan sobie tego zyczy. Ja nie ulegam absurdalnej politycznej poprawnosci i dla mnie Walesa nie jest postacia skomplikowana czy nawet szczegolnie ciekawa. Jest za to lobuzem, prymitywnym lotrem i zdrajca. I w moim odczuciu jest to ocena jak najbardziej obiektywna. Oczywiscie nie jest to obiektywizm wyroczni czyli pana Gontarczyka, ale kto jest w tym wypadku sedzia najwyzszym by stwierdzic czyj obiektywizm jest naprawde obiektywny ?
Nikt rowniez nie powiedzial, ze ksiazka Pawla Zyzaka jest biografia polityczna. Dla mnie jest po prostu zwykla nieatoryzowana biografia L. Walesy. Troche sie Pan z tym pedem do wszystkiego naukowego zwyczajnie zagalopowal.
Na koniec odnosnie ostatniego zdania panskiej wypowiedzi.
Otoz jakim byl przywodca Solidarnosci to wielu z nas dobrze jeszcze pamieta. Nie podniecam sie rowniez niezdrowo faktem, ze jakas politycznie umotywowana grupa przyznala mu nobla czy jakakolwiek inna nagrode. Zwlaszcza jesli pamietamy, ze w gronie tychze nagrodzonych byl tworca sowieckiej bomby wodorowej, najgorszy prezydent w historii Stanow Zjednoczonych czy w koncu najwiekszy terrorysta naszych czasow. Oczywiscie jesli dla Pana ta nagroda jest wyrazem czyjejs wielkosci to przypominam, ze nawet wedlog slow odbierajacej ja zony Walesy zostala ona przyznana ruchowi Solidarnosc, a nie Lechowi, Bolkowi czy innemu zeslanemu z niebios wybawicielowi.
Jesli chodzi o Walese jako czlowieka to tu jest wlasnie pies pogrzebany. Panskie zalozenie, ze wystarczy byc czlowiekiem by zaslugiwac na szacunek nie pasuje do mojej zyciowej filozofii i prawdopodobnie do filozofii pana Zyzaka ( chociaz to tylko moj wniosek z jego ksiazki ). Otoz ja wcale nie uwazam, ze czlowiek moze byc lajdakiem byle tylko publicznym i juz nalezy mu sie specjalny obiektywizm wedlug Piotra Gontarczyka.
Pozdrawiam
Lech Zborowski
Wyglada mi to na towarzystwo wzajemnej adoracjii.
Niestety, ale wypowiedź Piotra Gontarczyka jest zbyt emocjonalna jak na historyka.
Nie wytrzymał psychicznie ataku na jego osobę za książkę o Wałęsie i teraz się sam rozsypał. Szkoda. Mam nadzieję, że wyciągnie z tego pouczające wnioski na przyszłość.
Książkę oczywiście zamówiłem. Piotra Gontarczyka nie rozumiem. Jest coś na rzeczy, że nagonka na ich książkę dotknęła głównie Cenckiewicza. Dezawuowanie opinii ludzi to coś niezrozumiałego. Dlaczego opinia świadków zdarzeń nie powinna być traktowana poważnie. Co to za określenie oral history. Po raz pierwszy spotykam się z takim określeniem. A o wieku autora 24 lata słyszę ze 100 razy na dzień. Że co, że za młody, by pojąć mądrość etapu ? Wzruszyłem się opinią Anny Walentynowicz. A odnośnie Lecha Wałęsy. Czy on jeszcze rozumie, co to jest prawda ? Całe życie kręcił.
Jan Nowak wrote
„Pan Gontarczyk, kompromituje się też – jako historyk- sformułowaniem ?na temat rzekomego nieślubnego dziecka Wałęsy?. Bo takie stwierdzenie oznacza, że żadnego takiego dziecka nie było. A na jakiej podstawie pan Gontarczyk tak twierdzi? Czy przeprowadził stosowne badania by tak twierdzić, czy jest to tylko jego gołosłowna wypowiedź?
Dodam, że o istnieniu nieślubnego dziecka Wałęsy w ?S? mówiono już w 1980 r. w środowisku opozycji przedsierpniowej.”
A jakby Zyzak napisał, że Wałęsa pasał owce i z nimi spółkował to też należałoby udowodnić, że tak nie było.
Panie Nowak, zlituj się Pan…
Zgadzam się z recenzją Piotra Gontarczyka, jednak szkoda, że historyk IPN-u nie pochwalił autora za zdemaskowanie kłamstwa Wałęsy, który w swej autobiograficznej książce stwierdził, że przyjechał do Gdańska pociągiem z miejscowości Dobrzyń nad Wisłą. Tymczasem w Dobrzyniu nigdy żadnych torów nie było…
GONTARCZYK ZACHOWAL SIE TAK, JAK POWINIEN ZACHOWAC SIE PRAWDZIWY HISTORYK. PRAWDA MUSI BYC WAZNIEJSZA OD WALKI POLITYCZNEJ. RADYKALOM Z LEWA I Z PRAWA NIGDY NIE WIERZE DO KONCA, BO ONI WALCZA O ZWYCIESTWO SWOICH RACJI, A NIE O ZWYCIESTWO PRAWDY JAKO TAKIEJ.
Sadzac z niektorych komentarzy, jakosc warsztatu, sprawnosc metodologiczna i ogolna wartosc pracy zaelzy od tego, w jakim stopniu jest zgodna z przekonaniami pana Wyszkowskiego.
Jeszcze jedno: Lech Zborowski pisze, ze autor ma prawo do wypowiadania swoich pogladow. Ale kryteria rzetelnosci naukowej mowia, ze tego nie nalezy robic w pracy naukowej. Tutaj obowiazuje bezstronnosc i obiektywnosc – „Wertfrei” – jak to ujal Maax Weber
eeee, tyle hałasu o czytadło ala „Kod da Vinci”.
Cieszę się że Gontarczyk się od tego odciął, i zarazem szkoda że Cenckiewicz niestety nie, żenujące było to spotkani w Gdyni, nie rozumiem Cenckiewicza no po co….
HanyszAmeryki
Mialby Pan racje co do wymagan pracy naukowej gdyby nie fakt, ze Piotr Gontarczyk nie jest promotorem tej pracy. Takiego Pawel Zyzak posiada i tamten wlasnie dokonal oceny ksiazki jako pracy naukowej. Mozna sie z nia zgadzac lub nie, ale produkt , ktory pan Gontarczyk postanowil skrytykowac jest zwykla pozycja ksiazkowa, ktora nie koniecznie musi podlegac tym samym ocenom.
Zreszta moja glowna mysla, ktora staralem sie jak najwyrazniej przekazac byla watpliwosc (w moim przekonaniu uzasadniona ) co do prawdziwych intencji autora.
Lech Zborowski
Jak na prace magisterską w dzisiejszych czasach to to jest rewelacja.
Jak na prawdziwą pracę naukową to to jest bubel.
Ja się tylko pytam, czemu chłopaczek poszedł do pracy do IPN? Czemu mu za tak wybitną pracę nie zaproponowali asystentury? No i teraz IPN trzeba będzie karnie rozwiązać. I o to chodziło od początku!
I sadzę że Gontarczyk już to wie, stąd jego recenzja.
Bierze się młodego, zdolnego i ambitnego i wpuszcza w temat. Potem sie go poleca do pracy. A potem IPN ma przerąbane.
A książka jest pisana stylem dla kucharek. I najważniejsze jest nieślubne dziecko i sikanie, no jeszcze piwo przed sklepem. I w ten sposób prawdziwe kulisy tej historii przestają mieć znaczenie, za to afera jest jak trzeba.
A młodemu nic nie będzie. Następną książkę napisze o kulisach pracy w IPN i dostanie doktorat od salonu.
Dziekuję Krzysztofowi Wyszkowskiemu za wpis, który w zasadzie wyjaśnia wszystko. Pozdrawiam bacę, którego znam od lat jako idealistę o niespożytej energii. Chyba, że ktoś jeszcze używa tego nicku…
Natomiast panu Gontarczykowi polecam poddanie, równie wnikliwej analizie ostatnią autobiografię LW. Jak powszechnie wiadomo LW publicznie wielokrotnie twierdził, że książki żadnej do końca nie było mu dane przeczytać… Podobno zaczął, ale nie skończył czytać pracę Le Bona – Psychologia Tłumu. Wiadomo, że pozycja ma przeszło 100 stron, więc był z tym problem. Tymczasem z Jego ostatniej autobiografii możemy się dowiedzieć, jak pisze sam Wałęsa (ironia: nie przeczytał żadnej, a napisał kilka), że w młodości dużo czytał, także po nocach. A nawet, na potańcówkach, o zgrozo dla opuszczonych sympatii LW, o których sam pisze, że z tego powodu się nie wytańczyły.
Książki autobiograficzne LW jak mniemam czytają jednak ludzie inteligentni. Czy nie jest krzywdzące więc dla ich inteligencji tak często stosowane przez LW zmiany w zyciorysie. Dodam, że przyczynek o czytaniu książek, nie jest jedyny, jaki się ostatnio zmienił w oficjalnej interpretacji życiorysu przez LW.
Wielkie gratulacje dla Pana Gontarczyka!
Udało się Panu swoją pseudorecenzją wywołać przepiękny „festiwal nienawieści” wobec autora książki a przede wszystkim IPN.
To dopiero ona była impulsem dla mediów i polityków do ataku na IPN.
Wcześniejsze publikacje, nawet te zamieszczone w Gazecie Wyborczej przeszły „niezauważone”, a Panu się udało…
Jest Pan Wielki….
Czytając Pana artykuł, nikt chyba nie ma wątpliwości, że przeczytał Pan tę książkę. Śmieszą mnie ci wszyscy, którzy nie czytali, ani książki Zyzaka, ani pańskiej, a zawzięcie dyskutują , oburzają się i piszą listy protestacyjne. Oczywiście z Lechem Walęsą na czele. Dyskutujmy, ale miejmy świadomość, o czym dyskutujemy. Osoby, które zajmują stanowisko w sprawie, której nie znają sami stawiają siebie w gronie tępaków i krzykaczy. Polacy zacznijcie myśleć samodzielnie. To nic nie boli. Bądźcie świadomymi ludźmi, a nie marionetkami. To już w naszej historii było, gdy obowiązywał jeden pogląd na daną sprawę. Dziś jeszcze za własne myśli i poglądy nie zamyka się ludzi.
KIEDY W KONCU HISTORIA BEDZIE WE POLSCE UWOLNIONA OD POLITYKI? KIEDY IPN SIE UWOLNI OD TEJZE POLITYKI? KIEDY W KONCU HISTORYCY ZROZUMIEJA, ZE NIE MA HISTORII WIDZIANEJ Z PRAWA CZY LEWA, JEST TYLKO HISTORIA OPARTA NA PRAWDZIE I ZMIERZAJACA DO PRAWDY JAKO TAKIEJ. W POLSCE TOCZY SIE WALKA O PRZYWROCENIE PIS-U DO WLADZY I IPN SRAWIA WRAZENIE, JAKBY SIE W TE WALKE ZAANGAZOWAL.
Panie Gontarczyk, jak rozumiem tym tekstem kupil Pan sobie przyszlosc. Oczywiscie pod warunkiem, ze laski dzielil bedzie Salon ale o to przeciez mozemy byc spokojni.
Zycze wspanialej kariery Historyka, co jak wiemy jeszcze wczoraj pozostawalo tylko w sferze marzen.
Lech Zborowski
Najwidoczniej sa rozne kryteria stosowane w ocenach prac naukowych. Sa te, ktore sformulowal Popper, i ktore opieraja sie na zasadzie falsyfikacji. Ale wyglda na to, ze promotor pana Zyzaka wolal metodologiczny pewnik Orwella: Dwa razy dway wynosi tyle, ile mowi partia.
Hanysz Ameryki
Ja nie oceniam poprawnosci lub nie, zasad oceny pracy przez promotora. Nie mam takich kwalifikacji. Ja tylko wyrazilem opinie, ze kiedy ksiazka ta opuscila mury uczelni i stala sie dostepna dla takich szarakow jak ja to jej ocena jako praca naukowa nie ma dla mnie zanaczenia. Pan Piotr jezeli chcial dyskutowac wartosc oceny promotorskiej powinien byl to uczynic bezposrednio z promotorem. Kiedy ostatni raz widzial Pan w glownych mediach ocene pracy magisterskiej jakiegos startujacego historyka albo wogole kogokolwiek ? Oczywiscie nie liczac prac na temat nietykalnego „slonca Baltyku”.
A tak filozofujac troszeczke na boku to przyjmujac panskie myslenie kto w takich przypadkach bedzie sedzia ostatecznym oceny wartosci oceny pracy naukowej ?
Zalozmy, ze pan Piotr nie lubi oceny dokonanej przez promotora. Jakis inny fachowiec w branzy nie lubi oceny oceny pana Piotra. Ktos nastepny nie zgadza sie z ta ocena oceny oceny…itd. itp.
Gdzie w koncu rysujemy koncowa linie ?
To tylko tak na marginesie, bawiac sie nieco rozmyslaniem.
Pozdrawiam
Lech Zborowski
Trudno mi ocenić zachowanie pana dr Gonatrczyka. Być może rzeczywiście, w jego ocenie książka P. Zyzaka nie spełnia kryteriów rzetelności. Niemniej jednak odnoszę wrażenie, że wykorzystał sytuację, aby „zmyć hańbę” po swojej ostatniej publikacji o L. Wałęsie. Wytykanie nierzetelności innym autorom książek, sprawia wrażenie, jakoby recenzujący w swojej pracy kierował się najwyższym standardem i profesjonalizmem. W rezultacie to już nie Gontarczyk i Cenckiewicz budują fałszywy obraz Polski i Wałęsy, a młody Zyzak. Dziwi mnie również różnica w ocenie książki Zyzaka przez p. Cenckiewicza, który jest niemal jej promotorem. Żywię nadzieję, że nie jest to różnica w poziomie niezłomności pomiędzy dwoma autorami ksiązki „SB a Lech Wałęsa”.
PS. Pan dr Gontarczyk stał wczoraj jeszcze w tym samym, atakowanym ze wszystkich stron miejscu co dzisiaj Pan Zyzak.
Pozdrawiam,
Rezultatem tej recencji może sytuacja, w której p. dr Gontarczyk, nie będzie ani Nasz ani Wasz.
Cyt.:
Sprawa nieślubnego dziecka Lecha Wałęsy, opisana przez Pawła Zyzaka w książce ?Lech Wałęsa. Idea i historia, oburzyła polityków. Poseł Arkadiusz Rybicki orzekł, że Wałęsę opisali zawistni wieśniacy. Czyżby w Cypriance i Łochocinie doszło do zbiorowej halucynacji? Pojechaliśmy to sprawdzić.
Materiał ukaże się w jutrzejszym, piątkowym wydaniu Gazety Pomorskiej. Link: http://www.youtube.com/watch?v=tCP38jbLgO0
najpierw dwoch histerykow wyplodzilo jedno dzielo,nie sprawdzajac faktow do konca (jak w przypadku tego -sb- ktory mial nie zyc a zyje i jak stwierdzil walesy nieigdy nie naklonil do wspolpracy) i tak zasiali ziarenka nienawisci i dzis wam podobne zygzaki czy jak mu tam rosna i szukaja r o z g l o s u,wam sie to udalo zna was polska i on tez chce byc znany,nie wazne z jakiej strony nie wazne co o nim i o was mysla ludzie wazne ze was z n a j a to wasza dewiza d a l e k a,,,od szukania jakiejs prawdy
Lech Zborowski:
Czlowieku! Przeciez ta ksiazka ukazala sie, jako praca naukowa. Wiec „szaraczki” sa przekonane, ze to musi byc swieta prawda. A kryteria jej wartosci i rzetelnosci sa stosunkowo proste: Po pierwsze, czy mozna te dane zweryfikowac. Po drugie, czy ta sama informacje potwierdzaja zrodla, ktore sa od siebie niezalezne. Po trzecie, czy tezy i hipotezy sa sformulowac tak, ze mozna udowodnic ich niprawdziwosc.
Jesli praca tych kryteriow nie spelnia, nie zasluguje na miano naukowej.
HanyszAmeryki
Okazuje sie, ze to jednak Ty nie jestes na biezaco bo wlasnie sie okazalo, ze ponad 700 stronicowa praca z 2000 przypisow spelnia te warunki, O ktorych piszesz ( wedlog opinii roznych fachowcow ).
A tak naprawde to zaczynasz rozmawiac z samym soba odnoszac sie bardziej do swoich wlasnych mysli niz do tego co wczesniej powiedzalem.
Pozdrawiam
Lech Zborowski
Lech Zborowski
Bede musial przeczytac ta prace. Z faktu, ze jest dluga i zawiera przypisy wynika niewiele – jesli, n.p. przypisy sa w stylu „jedna pani powiedziala”.
Pytanie podstawowe – czy praca magisterska, ktora opiera sie na ustnych wypowiedziach anomimowych osob nie popartych pozniej dokumentami spelnia wymogi pracy naukowej, czy nie spelnia? Piotr Gontarczyk pyta przeciez o to samo.
Najlepsze jest to, że Wyborcza, TVN i ogólnie wszystkie media powołują się na anonimowe źródła. Co więcej, często stanowi to podstawę działalności dziennikarskiej. Dzięki temu, opisanych zostało wiele afer. Ciekawe, co teraz będzie gdy nie podane zostaną dane informatorów. Każdy oskarżony będzie mógł powiedzieć, że takie oskarżenia są nic nie warte. Krytyka anonimowych źródeł przez media, to jak strzał w stopę.
Nie jestem osobą wartą napisania o mnie jakiejkolwiek pracy, ale przypomina mi się pewna historyjka z mojego krótkiego życia. W liceum do mojej klasy trafił kolega, który nie wiedząc kim jestem postanowił zrobić „wywiad” wśród swoich znajomych. Odpowiedzi jakie uzyskał wskazywały jasno, że jestem narkomanem jakich mało, co jednak kompletnie mijało się z prawdą. Jestem przekonany, że wiele osób, z tych co mnie wtedy znali, jest obecnie i będzie za „x” lat święcie przekonanych, że moja licealna młodość minęła głównie na podrażnianiu śluzówek, łykaniu tabletek, wdychaniu oparów i paleniu ziół. Z pewnością nie grozi mi jednak zostanie noblistą oraz prezydentem, więc nikt nie będzie wyciągał na światło dzienne tych pseudofaktów z mojej młodości.
Chciałbym przy tym zauważyć jak bardzo niemerytoryczna, agresywna i głupia jest krytyka pod adresem Pana Gontarczyka. „Kto nie jest z nami jest przeciw nam”, chciałoby się powiedzieć. Z przykrością obserwuję, jak wygląda obecnie scena, na której rozgrywają się walki o słuszność rozliczania najnowszej historii. Z jednej strony stoją zacietrzewieni zwolennicy rozliczania, którzy w swoich typowo ludzkich, jednak daleko nienaukowych emocjach przyklaskują każdemu, nawet najbardziej podłemu atakowi wobec swoich przeciwników. Z drugiej natomiast są ludzie, którzy kompletnie absurdalnie twierdzą, że historycy nie powinni pisać o historii, a nawet nie powinni mieć do tego prawa. Twierdzą oni również, że dokumenty SB są kompletnie bezwartościowe i nie powinno się ich czytać oraz brać pod uwagę. Jest przecież zasadnicza różnica pomiędzy czytaniem dokumentów SB, a ślepemu wierzeniu, że wszystko co jest zapisane, przez z reguły tępego funkcjonariusza, jest absolutnie prawdą. Kto by w dzisiejszych czasach, pisząc o Gestapo i o współpracy z Gestapo, nie powoływał się na niemieckie dokumenty i nie korzystał z nich?
Młody człowiek, a zresztą nie tylko on, całkowicie się w tym gubi. Większością przemawia czysto chrześcijańskie współczucie dla Pana Wałęsy. Ludzie jednak starają odwracać się od tej sprawy, co przecież nie może dziwić. Przecież zadaniem Was, ludzi wykształconych (a wielu takich tutaj komentuje), jest wytłumaczenie o co w tym wszystkim chodzi. Opluwanie Wałęsy oraz wynoszenie go na ołtarze do niczego nie prowadzi. Niektórzy zapominają chyba, że mowa jest o przywódcy Solidarności i nobliście oraz o latach 70-tych, a nie 80-tych.
Dzięki Bogu są jednak ludzie, którzy potrafią nie stawać po żadnej z tych fałszywych stron i działać oraz myśleć indywidualnie. Do takich ludzi należy Pan Gontarczyk, za co mu dziękuję.
Zastanawiam się nad jednym dość istotnym problemem:
Aby powstało źródło pisane, wcześniej ktoś musiał złożyć relację ustną. Czy to oznacza, że ta relacja jest prawdziwa i na ile była weryfikowana przez sporządzającego notatkę. Przecież nie wszystkie zapiski są sporządzane przez naocznych świadków i uczestników.
Co do przeszłości L.Wałęsy, to jestem przekonany, że Powoływanie się na przekazy ustne świadków mają nawet większe znaczenie, niż zapiski, bo pomijając fakt, że przecież nikt nie sporządzał notatko służbowej z sikania do kropielnicy nie oznacza, że taki fakt nie miał miejsca.
Badacz historii najnowszej jest w tej uprzywilejowanej sytuacji, że może skorzystać z możliwości przeprowadzenia wywiadu ze świadkiem zdarzeń, co wydatnie poszerza spektrum wiedzy. Jeżeli mieli byśmy się opierać tylko na źródłach pisanych, umknęło by wiele jakże ważnych, a i ulotnych faktów. Kto z obecnie badających życiorys Pontona, bo taką ksywkę miał w MKZ-cie nasz noblista, wie iż w/w dwa razy zobaczył na biurku mandaty członków prezydium KK. Za pierwszym razem poszedł ich przeprosić, bo bał się skandalu, za drugim, powiedział im, że zbliża się I Krajowy Zjazd Solidarności i następne prezydium sam sobie wybierze, co też nastąpiło.
Pan recenzent mocno się zapędził w krytykowaniu Pana Zyzaka. Radził bym zajrzeć na stronę lokalnej gazety, gdzie tamtejszy dziennikarz przeprowadził weryfikację materiału i w pełni ją potwierdził.
Czy według Pana, fakt, który nie zostawił pisemnego śladu nie miał miejsca?
Czy dezawuowanie relacji ustnych (popartych nota bene przynajmniej z dwóch niezależnych źródeł: śledztwo dziennikarskie i oświadczenie Pana Wyszykowskiego) nie jest obrazą dla ludzi, którzy takie ustne świadectwo dali?
Do pańskej wiadomości:
O tym, że L.W. Podpisał współpracę z bezpieką, usłyszałem od Andrzeja Gwiazdy w październiku 1980r na długim spacerze Traktem Konnym. Poszliśmy porozmawiać, bo nie mogłem zrozumieć niektórych zachowań L.W. Wtedy Andrzej bronił go i tłumaczył w jakich okolicznościach do tego doszło. Tłumaczył, że teraz boi się wyjścia na jaw tego faktu, i dla tego nieraz postępuje, tak a nie inaczej. Na moje pytanie, czemu tego nie ujawnił publicznie, przecież ludzie by go za to pokochali jeszcze bardziej, bo to takie ludzkie upaść, a potem się podnieść, a jakże bohaterskie, przyznać się do tego upadku, odpowiedział, że tę decyzję musi podjąć sam.
Pewnie to świadectwo też nie jest dla pana faktem, o nigdzie nie ma o tym wzmianki. A jednak taka rozmowa miała miejsce, jak wiele innych faktów, które dla mnie 23 letniego młodzieńca zaangażowanego w przemiany od 3 lat wywarły nieodwracalny wpływ.
Przy okazji pozdrawiam Pana Wyszykowskiego, z którym byliśmy w czasach MKZ na ty.
Z wyrazami szacunku
Andrzej Friedel
b.pracownik MKZ w Gdańsku.
Really interesting article! Honestly..