Karol Stopa: Francuz krzepi

8 lutego 2010 autor rp

Gdy przeczytałem, że w ostatnim tygodniu do finału turnieju ATP w Johannesburgu dostał się Stephane Robert, pomyślałem, że to pomyłka.  Sprawdziłem i mina mi zrzedła.

Rzeczywiście, deblowy partner Adama Chadaja sprzed lat, tenisista znany na wielu polskich kortach, ktoś krążący między zawodami typu futures i challenger, nagle dorósł do sukcesu w dużym turnieju.

Robert zapisał mi się w pamięci jako ktoś regularny i cierpliwy, lecz bez ikry. Nad Sekwaną ani znany, ani ceniony. Przez dziesięć lat orbitował między drugą a piątą setką rankingu. Zaistniał teraz, kilka miesięcy przed 30. urodzinami. Z innym podejściem do treningu, z nowymi ludźmi w sztabie. Na początku sezonu w hinduskim Chennai Francuz walczył o ćwierćfinał, w Melbourne pokonał Włocha Starace i prowadził 2:0 w setach z Hiszpanem Montanesem, w RPA zagrał turniej życia i pogromcę znalazł dopiero w finale, w osobie Feliciano Lopeza. Wyczyny zdumiewające jak na kogoś, kto przez dekadę wygrał jeden mecz w turnieju głównym ATP.

Podobnie jak Łukasz Kubot, tak i Stephane dopiero teraz wkroczył do pierwszej setki ATP. Zrobił to bez pomocy francuskiej federacji i bez wsparcia znanych teamów. Kubot w maju kończy 28 lat, Michał Przysiężny za tydzień lat 26. Dla obu Polaków informacje o wyczynach Francuza są krzepiące. Przy odpowiednim nastawieniu sukcesy mogą przyjść także pod koniec kariery.

Tak się składa, że nasi czołowi gracze są teraz na fali. W przypadku przeziębionego Kubota przeskok z Australii do Chile i wygranie na ziemnych kortach debla oraz gra o ćwierćfinał w singlu graniczą z cudem. Przysiężny w wielkim stylu wygrał w Rosji swojego trzeciego w karierze challengera i zbliża się do pierwszej setki. Z tej pary, wzmocnionej deblem, może powstać ekipa, która niebawem zapuka do Grupy Światowej Pucharu Davisa.

Naszym paniom walka o elitę Grupy Światowej Pucharu Federacji jeszcze się nie udała. Mecz z Belgijkami w bydgoskiej hali Łuczniczka, mimo porażki, warto jednak zapamiętać. Ze względu na to, co obok kortu – oprawę widowiska, promocję. Widać było, czym się różni tradycyjne odrabianie pańszczyzny od takiego układania spraw, by się wszystkim podobało. To zupełnie jak z francuskim finalistą z RPA – czasem wystarczy jedna, dwie nowe osoby albo inne spojrzenie. I od razu się dzieje.

Piotr Gursztyn: Linia obrony – donos

8 lutego 2010 autor rp

Po zeznaniach Sobiesiaka trudno mówić, że nie było przecieku z akcji CBA.

” W czasie spotkania w sierpniu 2009 r. Marcin Rosół, z tego, co mówiła córka, zasugerował jej, że ponieważ są donosy na “twojego tatusia”, to lepiej, żeby nie startowała. (…) Córka powiedziała, że poinformował ją, iż są donosy na mnie” – zeznał w prokuraturze Ryszard Sobiesiak, opisując historię starań o ulokowanie córki w zarządzie Totalizatora Sportowego.

I choć w czasie przesłuchania się zarzekał, że o akcji CBA dowiedział się z mediów, łańcuszek poszlak w sprawie przecieku zaczyna się coraz wyraźniej układać. Prawdopodobnie owe donosy będą linią obrony przed zarzutem przecieku.

Sprawa zaczęła się, gdy w maju 2009 r. Mirosław Drzewiecki zlecił Rosołowi, szefowi swojego gabinetu, znalezienie posady dla córki dolnośląskiego biznesmena. 26 czerwca Rosół wysłał e-mail z CV Magdaleny Sobiesiak do wiceministra skarbu Adama Leszkiewicza z adnotacją: “Adamie, podsyłam ci CV dziewczyny, o której rozmawialiśmy”.

14 lipca do Kancelarii Premiera list wysłał Marek Przybyłowicz, prezes Wyścigów Konnych z warszawskiego Służewca. Ostrzegał w nim premiera o lobbystycznych manipulacjach wokół ustawy hazardowej i TS.

14-16 sierpnia do Rosoła zaczął wydzwaniać Sobiesiak z pytaniem, czy córka ma składać papiery w konkursie o stanowisko w zarządzie TS. Rosół przyznał potem prasie, że powiedział, by składała. 18 sierpnia Donald Tusk zażądał od Drzewieckiego, by ten następnego dnia złożył mu relację o zaangażowaniu Ministerstwa Sportu w prace nad ustawą hazardową.

19 sierpnia od rana w resorcie Drzewieckiego trwała praca nad zebraniem dokumentów. Po południu Drzewiecki pojechał na spotkanie z Tuskiem. Uczestniczył w nim Grzegorz Schetyna. Tam minister sportu mógł dowiedzieć się o akcji CBA. Prawdopodobnie spędził sporo czasu z premierem. Jak sugerował w czasie przesłuchania Tuska Bartosz Arłukowicz, panowie wieczorem mieli obejrzeć mecz Real Madryt-Borussia Dortmund.

Następnego dnia Rosół zaczął akcję odwoływania kandydatury Sobiesiakówny. Trwało to długo, bo Leszkiewicz był na urlopie.

Resztę pamiętamy-spotkanie Rosoła z córką Sobiesiaka w Pędzącym Króliku i dzień później skargi samego Sobiesiaka, że jest podsłuchiwany.

O tym, że rzekome donosy będą argumentem obrony, może świadczyć wcześniejsza wypowiedź Rosoła dla “Rz”:  – Powiedziałem jej, by się wycofała. Że zostaniemy doklejeni do jakiejś mafii hazardowej, że jeśli wystartuje, to ten Marek Przybyłowicz zrobi z tego aferę. I ona się wycofała.

Rzecz w tym, że w piśmie Przybyłowicza nie pada nazwisko Magdaleny Sobiesiak ani nie ma wyraźnego wskazania, że akurat wtedy był szykowany skok na intratne stanowisko w Totalizatorze. O “nepotyzmie” i “upolitycznianiu” władz TS Przybyłowicz pisał do Tuska już w styczniu 2008 r.

“Donosową” linię obrony łatwo będzie zakwestionować. Co się stało po 16 sierpnia, że donosy nagle zaczęły mieć znaczenie, jakiego wcześniej nie miały? Skąd Rosół wiedział o piśmie Przybyłowicza? Nie wiedział o nim np. Jacek Cichocki, co zeznał przed komisją. Magdalena Sobiesiak usłyszała od Rosoła, że ma się wycofać ze starań o posadę w TS na spotkaniu 24 sierpnia. Dlaczego więc, bez jej wiedzy, chciał – co przyznał mediom – wycofać jej kandydaturę już 20 sierpnia? Wszystko przemawia za tym, że do spotkania w Pędzącym Króliku żyła w świadomości, iż jednak stanie do konkursu.

Być może jest tak, że Sobiesiak, mówiąc w prokuraturze o donosach, realizował uzgodnioną wcześniej wspólną linię obrony. Wszyscy zainteresowani mieli na to kilka miesięcy. Może nie skorzystali z tej sposobności? A może tak.

Jest też możliwe, że ta – przyznajmy – rozpaczliwa linia obrony oznacza, iż Marcin Rosół weźmie winę za przeciek na siebie. Z nadzieją, że następny prezydent – ktokolwiek nim będzie – potraktuje go jak Aleksander Kwaśniewski Zbigniewa Sobotkę, który miał podobny zarzut. Kwaśniewski ułaskawił go, kierując się “względami humanitarnymi, dotychczasowym życiem, przejawianą postawą i zasługami proszącego o łaskę”.

Waldemar Kuczyński: Dzieła “wnuków Stalina”

8 lutego 2010 autor rp

Obejrzałem film “Towarzysz Generał”. We mnie ten film nie wywołał żadnego zastanowienia nad życiorysem generała Jaruzelskiego ani nad czasami, które przedstawiał. Wywołał złość na autorów, na tego głównego narratora (nie wiedziałem, że to były wysoki oficer polityczny PRL) i niektórych historyków.

Jestem pewien, że u wielkiej liczby widzów obudził nie tylko złość na nich, ale i wściekłość. I nie ulega też wątpliwości, że u innej części widzów pobudził to samo uczucie, ale wobec Jaruzelskiego i tych, którzy sądzą o nim co innego niż autorzy i komentatorzy filmu. Oczywiście także bez namysłu, bo złość i jej gorsza siostra myślenie zabijają.

Jest to więc dzieło, którego główną cechą, czy tego twórcy chcieli, czy nie ? nie wykluczam, że chcieli ? jest wywoływanie wściekłości, złych emocji u odbiorców. To cecha negatywna, dzieląca ludzi, przeciwstawiająca jednych drugim. I ten efekt widać w reakcjach, które nie mają nic wspólnego z debatą, tylko z łomotem, po którym każdy zostanie przy swoim, bardziej tylko nie cierpiąc tego drugiego.

Przeczytaj cały tekst

Piotr Kościński: Od Ukrainy odwrócić się nie można

8 lutego 2010 autor rp

Zwycięstwo Wiktora Janukowycza w ukraińskich wyborach – na jego wygraną wskazywały w nocy wszystkie wstępne badania, tzw. exit polls – nie może nas cieszyć. Ale i wygrana jego konkurentki, premier Julii Tymoszenko, nie byłaby dla nas szczególnie korzystna. To jednak nie oznacza, że powinniśmy się odwrócić od Ukrainy. Przeciwnie. Musimy być wobec naszych ukraińskich sąsiadów  bardziej aktywni niż kiedykolwiek wcześniej.

Pięć lat temu, podczas pomarańczowej rewolucji, byliśmy ogromnie aktywni. Wsparliśmy pomarańczowych nie tylko dlatego, że byli proeuropejscy. Pomarańczowa rewolucja była przede wszystkim buntem przeciwko fałszowaniu wyborów, przeciwko ograniczaniu wolności i demokracji. I temu buntowi udzieliliśmy wsparcia. Nie można było postąpić inaczej.

Wkrótce po zwycięstwie pomarańczowi się podzielili i zaczęli  kłócić. Nie ma się jednak co obrażać na ukraińskich polityków, bo my też mieliśmy naszą “wojnę na górze”. Ale Polacy mają szczęście, bo co do spraw zasadniczych właściwie wszyscy politycy z liczących się ugrupowań byli zgodni. Mieliśmy wejść do NATO, do UE i przeprowadzić głębokie reformy rynkowe. Tymczasem na Ukrainie nie było i nadal nie ma zgodności co do zasadniczego kierunku, w jakim powinien podążać kraj. Z Unią Europejską, która Ukrainy nie bardzo chce, czy z Rosją?

Do NATO, które dla wielu starszych wiekiem Ukraińców wciąż jest symbolem zła?…

Wiktor Janukowycz nazywany jest politykiem prorosyjskim, ale przyświeca mu przede wszystkim  pragmatyzm. Jego wybór jeszcze niczego ostatecznie nie rozstrzyga. Można się raczej spodziewać dalszych sporów, starć i waśni o sprawy najważniejsze.

Tym bardziej musimy przekonywać Ukraińców, że korzystniejszy jest dla nich kierunek europejski. Że Polska wciąż pozostaje adwokatem ich spraw w Unii Europejskiej  i NATO. Że  bez względu na to, kto w Kijowie jest u władzy, my chcemy z nim współpracować. Na obustronnie korzystnych warunkach.

Pięć lat temu w sprawach ukraińskich stanęliśmy po właściwej stronie. Nie po to, by teraz się wycofywać.

Piotr Gursztyn: Czy adwokat Sobiesiaka zagra na nosie komisji

7 lutego 2010 autor rp

Najważniejsze w tym tygodniu będzie przesłuchanie króla hazardu. Śledczy ostatecznie zweryfikują też hipotezę, czy także PiS ma swoją aferę hazardową

Teza propagowana przez PO nie została potwierdzona przez piątkowe zeznania Jarosława Kaczyńskiego. Ale szefowie rządów mogą nie mieć pełnej wiedzy na temat działalności swoich podwładnych. Jak to określił poseł Lewicy Bartosz Arłukowicz, mogą być otoczeni “kokonem niewiedzy”.

Jeśli tak było z Kaczyńskim - czemu on sam stanowczo zaprzecza - to ostatnią chyba szansą PO na potwierdzenie są przesłuchania z tego tygodnia. W piątek zeznawać będzie wicepremier w rządzie PiS Przemysław Gosiewski. PO podejrzewa go o roztoczenie politycznej ochrony nad pisanym przez Totalizator Sportowy projektem ustawy hazardowej. To on miał zamknąć usta sprzeciwiającym się pracownikom Ministerstwa Finansów.

We wtorek zeznawać mają dwie osoby, które śledczy z PO widzą jako współpracowników Gosiewskiego: młody prawnik piszący tę ustawę Grzegorz Maj i Tomasz Malarz, pracownik ABW oddelegowany do pracy w resorcie sportu. - Są pytania do Maja o zakres kontaktów z Gosiewskim, dlaczego chciał uprzywilejować wideoloterie. W przypadku Malarza dwuznaczna jest jego rola jako pracownika ABW i urzędnika - mówi Sławomir Neumann (PO).

- Sprawa Malarza jest dęta. ABW może delegować pracowników. To nie jest tak, że ludzie służb piszą ustawę. A Maj, jeśli pokaże, że jest prawnikiem dobrej klasy, to przesłuchanie zamieni się w parodię - ripostuje Zbigniew Wassermann (PiS).

Ale każde, nawet najważniejsze przesłuchanie w tej komisji łatwo zamienić w parodię. Czy stanie się tak też z czwartkowymi zeznaniami Ryszarda Sobiesiaka? Wiadomo już, że ustanowił pełnomocnika prawnego, który ma mu towarzyszyć. Prawdopodobnie będzie to Ryszard Bedryj, który towarzyszył mu w czasie przesłuchania w prokuraturze.  - Pełnomocnik ma pilnować, by świadek nie powiedział zbyt wiele – mówi z przekąsem Neumann. - Dobry adwokat będzie mógł zagrać na nosie szefowi komisji. Albo rozegrać problem wyłączenia z komisji któregoś z jej członków - dodaje Wassermann.

Sobiesiak to świadek kluczowy. Może odpowiedzieć na wszystkie pytania: od tych o kontakty z politykami PO, przez te o lobbing w sprawie ustawy hazardowej, po kwestię przecieku z akcji CBA. Był już przesłuchany przez prokuraturę 6 stycznia. Jak ustaliła “Rz”, przynajmniej w dwóch kwestiach mówił co innego niż zeznający przed komisją politycy. Jego zeznania obciążyły Marcina Rosoła (asystenta Mirosława Drzewieckiego) w kwestii przecieku. Można się spodziewać, że jego przesłuchanie – choćby z racji obecności pełnomocnika - będzie bardzo trudne. Tego samego dnia ma zeznawać Jan Kosek, wiceszef organizacji branży hazardowej.

Dwugłos: Szansa na przełom?

7 lutego 2010 autor rp

Władimir Putin zaprosił premiera Donalda Tuska do Katynia.

Andrzej Nowak: Ostrożnie z rosyjską grą

Dzielenie polskiej sceny politycznej przez rosyjskie władze jest rzeczą najbardziej niebezpieczną.

Zaproszenie na wspólne obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej, które Władimir Putin skierował do Donalda Tuska, nie jest aktem bez znaczenia. Jednak poznamy je ostatecznie dopiero w trakcie uroczystości. Teraz dysponujemy tylko kilkoma przesłankami.

Pierwszą z nich jest osoba nadawcy zaproszenia. O ile nie ma sensu w każdym przypadku przypominać instytucjonalnej przeszłości obecnego premiera Rosji, o tyle nad grobami katyńskimi fakt jego kariery w KGB ma znaczenie i powinien być przypomniany. Do prawdziwego przełomu doszłoby wtedy, gdyby premier o takim życiorysie zdecydował się jednoznacznie potępić aparat przemocy, z którego się wywodzi i któremu przez kilkanaście lat służył.

Warto przypomnieć (zostało to nagrane w siedzibie KGB na Łubiance i można to zobaczyć w filmie dokumentalnym ?Towariszcz priezidient”), że Władimir Putin z chwilą wyboru na prezydenta Federacji Rosyjskiej wygłosił ważki komunikat: ?Towarzysze oficerowie, zadanie wykonane”. Pod zdjęciem Dzierżyńskiego i Andropowa te słowa, skierowane do kadry dowódczej KGB, brzmią upiornie i rzucają się cieniem na wszystkie następne lata jego kariery. Nigdy tych słów nie odwołał.

przeczytaj cały tekst

 

Andrzej de Lazari: Nie żądajmy przeprosin

Dobrze, że Władimir Putin dostrzegł potrzebę uporządkowania stosunków z Polską ? pisze historyk idei z UŁ

Bywa, że tak bardzo jesteśmy uprzedzeni do sąsiada, że gdy uśmiechnie się i powie nam “dzień dobry!”, tracimy język w gębie i nerwowo myślimy, co się za tym kryje. Tak zareagowała część z nas na wiadomość o telefonie premiera Rosji i zaproszeniu Donalda Tuska do Katynia.

A o tym, że Putin skłoni głowę w Katyniu na obchodach 70. rocznicy wymordowania polskich oficerów, wspominano już od września ubiegłego roku. Teraz, skoro już wiemy, że tak się stanie, warto złożyć gratulacje naszym dyplomatom, przede wszystkim profesorowi Adamowi Rotfeldowi, współprzewodniczącemu Polsko-Rosyjskiej Komisji ds. Trudnych. Wreszcie wychodzimy z romantycznego zaścianka do świata twórczej polityki międzynarodowej. Byleby ktoś nie wyskoczył z żądaniem zniesienia wiz do Rosji…

przeczytaj cały tekst

Jak bronić generała? Erystyka III RP

7 lutego 2010 autor rp

Mój Kolega z łamów, Rafał Ziemkiewicz, poświęcił już wiele miejsca argumentom obrońców tow. generała Jaruzelskiego. Ja chciałbym zająć się ich metodą.

To w niej streszcza się skrajna hipokryzja ideologów III RP, którzy nigdy nie byliby w stanie wygrać siłą argumentów. Wygrywali argumentacją siły. Nie dopuszczali do głosu swoich oponentów i nie przedstawiali uczciwie ich argumentów. Możliwe było to dzięki dominacji medialnej. Nic dziwnego więc, że krótkie epizody, w których w TVP nie rządził establishment III RP wywoływały taką furię pośród jego funkcjonariuszy. Telewizje prywatne są przecież w ich rękach. Nie chcę przez to powiedzieć, że wszystkie programy i wszyscy dziennikarze tam pracujący są jednakowi. Ciekawe byłoby prześledzenie napięcia pomiędzy wymogami komercji, która każe reagować na fakty i niczego nie ukrywać, a sympatiami ideologiczno-politycznymi właścicieli. To temat na pracę, która długo jeszcze nie zostanie w Polsce napisana.

Ja natomiast chciałbym zająć się erystyką rzeczników III RP. Przyjmijmy – dla uproszczenia – że erystyka, to sztuka nieuczciwego prowadzenia sporów. Przy braku argumentów podstawową metodą rzeczników III RP jest delegitymizacja, odebranie prawa głosu swoim przeciwnikom. W tym celu ci, którzy oburzają się na “grzebanie w życiorysach” i są wrogami lustracji potrafią wytykać dowolne fakty z przeszłości swoich oponentów, aby odebrać im prawo uczestnictwa w dyskusji. Przeciwnicy lustracji piętnowali Rzecznika Interesu Publicznego – Bogusława Nizieńskiego i jego zastępcę – Krzysztofa Kaubę za sam fakt bycia sędziami w PRL-u pomimo, że nic konkretnego nie można im było zarzucić. Robili to ci sami, którzy relatywizują PRL i kwestionują nasze prawo do oceny jego najbardziej gorliwych funkcjonariuszy. Takich przykładów mamy wiele. Ta klasyczna erystyczna sztuczka: argument ad personam, która polega na atakowaniu osoby, gdy nie sposób przeciwstawić się jej argumentom, jest fundamentem metody funkcjonariuszy III RP.

Oto dyskusja w TVP po filmie “Towarzysz generał” Roberta Kaczmarka i Grzegorza Brauna. Wojciech Mazowiecki zaczyna od stwierdzenia, że to pisowski film w pisowskiej telewizji. Nie chcę się wdawać w analizę groteskowej wizji świata prezentowanej w tej wypowiedzi, w której “pisowskość” urasta do rangi metafizycznego zła. Mówi to człowiek, który jednocześnie kwestionuje prawo do jednoznacznych moralnych ocen. Najważniejsze jednak, że przy pomocy tej absurdalnej kategorii Mazowiecki załatwia jakąkolwiek dyskusję.

Towarzyszący mu Jacek Żakowski zaczyna od ataku na ekspertów występujących w filmie. Autor biografii Jaruzelskiego dr Lech Kowalski – był pułkownikiem w PRL-u, a prof. Paweł Wieczorkiewicz ? członkiem PZPR. To ma kwestionować jakość zarówno ich argumentów i całego filmu. Trudno wyobrazić sobie czystszy przykład argumentów ad personam. I mniej ważny jest w tym wypadku absurd rozumowania, które odbiera prawo do osądzania nadzorcy PRL-u tym, którzy wówczas byli członkami partii władzy czy oficerami w wojsku. Równocześnie Żakowski zajmie się drugim reżyserem filmu, Grzegorzem Braunem, którego piętnuje za “paszkwil na Wałęsę”. To tego filmowca jako “naznaczonego” prezentują funkcjonariusze III RP jako twórcę filmu, pomijając pierwszego reżysera, Roberta Kaczmarka, któremu dopiero trzeba urobić gębę. Trzeba zakwestionować prawo twórców do robienia filmu, a ekspertów do wypowiadania się, a wtedy nie trzeba będzie borykać się z argumentami.

Jednak Mazowiecki – któremu jakoś nie przeszkadza, że jego towarzysz Żakowski dostał w pisowskiej telewizji program, który siłą rzeczy musi być przecież pisowski – podejmuje również merytoryczną dyskusję. Oto jej próbka. Dezawuuje on film za to, że czystka w wojsku, którą Jaruzelski przeprowadził w latach 1967-68, nazywana jest w nim “antysemicką”. Przecież była to czystka “antyrewizjonistyczna” – twierdzi Mazowiecki, a jedynie pretekstem do niej był antysemityzm.

Gdyby nie powaga sprawy można by wybuchnąć śmiechem. Zgodnie ze swoim rozumowaniem Wojciech Mazowiecki powinien radykalnie przeciwstawić się interpretacjom o “antysemickiej kampanii” w 1968 roku. Przecież antysemityzm był wówczas pretekstem do załatwienia politycznych przeciwników. Gdybyśmy prześledzili historię antysemityzmu, okazałoby się, że większość takich kampanii miała w rzeczywistości inne cele. Jakąż niesprawiedliwością jest więc oskarżanie ich organizatorów o antysemityzm. Załatwiali Żydów z zupełnie innych powodów. Są tak jak Jaruzelski usprawiedliwieni.

Nie warto przytaczać dalszych “argumentów” wyżej wymienionych, tak jak ich sojuszników, którzy w prasie oburzają się “prawicową mantrą”, “jednoznacznością” i “topornością” “Towarzysza generała”. Jakoś nie przypominam sobie ich oburzenia permanentnym festiwalem duszy rozdartej Jaruzelskiego, który towarzyszył nam w TVP przez blisko 20 lat i którego egzemplarzem był film Teresy Torańskiej i Marii Zmarz-Koczanowicz “Noc z generałem”. Nie oburzali się brakiem porządnego dokumentu, który obrazowałby biografię tej kluczowej dla PRL-u postaci. Fakt, że teraz obóz III RP, w którym nie sposób odróżnić legionu dziennikarzy (głównie “Wyborczej”, ale nie tylko) od polityków SLD piętnuje film, który wreszcie biografię tę pokazuje i domaga się rozliczenia odpowiedzialnych za jego emisję, dużo mówi nam o kraju w jakim żyjemy.

Profesor Marcin Kula napisał, że w dyskusji po tym “komunistycznym filmie redaktorzy Żakowski i Mazowiecki oczywiście nie przebili się przez głosy jego zwolenników”. “Zwolennicy”, Łukasz Warzecha I Piotr Zaremba, mówili znacznie krócej niż napastnicy. Profesorowi chodzi więc o to, aby nie mówili w ogóle. Taki jest cel “zniuansowanego” podejścia do historii.

P.S: Koalicja PiS-SLD w TVP ma jednak swoje pozytywne strony. Wprawdzie jej czerwona odnoga domaga się popędzenia kota, tym, którzy film wyemitowali, ale bez niej nie zobaczylibyśmy go.