Remuszko: Kciuk

19 sie 2014

Pierwsze dziecko urodziło nam się w początkach 1979 roku, gdy zwykłym ludziom w Polsce o pampersach się nie śniło.

Pieluszki z tetry po upraniu w wirnikowej pralce – Frania – (wpisz w gugle), następnie po wygotowaniu w wielkim garze, potem po trzykrotnym wypłukaniu i po starannym wysuszeniu (najlepiej w ultrafiolecie, na słońcu!) – jeszcze na wszelki wypadek dwustronnie prasowaliśmy rozpalonym żelazkiem. Wszystko w jednym celu: by ocalić od groźnych bakterii naszą ukochaną noworodkową córeczkę.

Dziesięć kilometrów za Serockiem leży nad Bugiem przysiółek Bindugi, tuż za którym wynajmowaliśmy czasami psią budkę (tego nawet w guglach nie ma, więc młodzieży wyjaśniam, że w czasach PRL tak nazywano typową daczę dla ubogich: czteroosobowy ciasny domek ze światłem, lecz bez wody i kanalizacji).

Otóż dróżka do naszej daczy prowadziła obok nędznej chłopskiej zagrody, i któregoś razu, przechodząc mimo, ujrzeliśmy tam półnagie dziecko, może trochę starsze od naszej sześciomiesięcznej Ani, które taplało się na czworakach w wielkiej kałuży błota równo wymieszanego z gnojowicą. Dziecko to, płci nieokreślonej, wyglądało od góry jak okaz zdrowia: buzia rumiana, skóra gładka, oczka błękitne, ciałko nabite, i tylko reszta była dramatycznie umorusana, zwłaszcza małe rączki i nóżki. Chociaż nie, zaraz, stój! Właśnie! Kciuk prawej dłoni tego malucha jaśniał świeżą różową czystością – odnawialną, jak szybko i naocznie się przekonaliśmy, wskutek nieustannego ssania i oblizywania?

Po powrocie do Warszawy żelazko do pieluch poszło w kąt, a ja całą tę autentyczną historię sprzed ponad trzydziestu lat opowiadam Państwu a propos ohydnej brudnej przemysłowej soli do posypywania chodników, którą dwa lata temu ze zgrozą zajmowały się media. Tę truciznę spożywaliśmy na okrągło my wszyscy, jak Polska długa i szeroka, i to ponoć od końca ubiegłego wieku. Gazety, telewizje i portale szukały winnych, rozpisywały się o finansowych kokosach, które sprytni oszuści zarobili na słonej aferze ? ale nikt jakoś nie zająknął się na temat skutków zdrowotnych konsumowania tej ?drogowej przyprawy? przez całą polską populację.

Tymczasem był to fenomen na skalę międzynarodową. Lekarze-klinicyści cieszą się, gdy jakimś wielkim badaniem uda im się objąć parę tysięcy osób przez parę lat, a my oto mieliśmy do czynienia z eksperymentem największym w światowej historii medycyny: trzydzieści milionów ludzi przez dziesięć lat dzień w dzień jadło niejadalne!!! Z jakim skutkiem dla narodowego zdrowia? Z żadnym. Dowód (niezbity, gdyż czysto formalny): brak wzrostu zatruć w znanych ex post statystykach epidemiologicznych oraz wydłużenie się w tym samym czasie o ponad 5 lat przeciętnej długości życia Polki i Polaka. Jak to możliwe? Ano dokładnie tak, jak z tym czystym różowym kciukiem niemowlaka z Bindug?

Ludzi rozumnych i dobrych pozdrawiam serdecznie i z respektem : -)

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kozicka-Kołaczkowska: Harcerstwo a słodkie focie

13 sie 2014

Kupić dziecku turystyczny plecak, trekkingowe buty, kompas i wybrać się wspólnie na azymut, szkołę życia.

„No proszę cię! Idź prosto. Nic się nie bój. Pa!” – rzucił optymistycznie chłopak w rozjarzonej sieni klubu. Rozłożył parasol i ruszył w swoją stronę, w noc Kazimierza. Stanęliśmy jak wryci. Coś takiego wciąż nie mieści się w głowach naszego pokolenia. Przed półgodzinką oboje oni sączyli wino przy sąsiednim stoliku. W naszej generacji nie było ani w stolicy, ani w skromnej gminie takiego gbura, który nie odprowadziłby koleżanki w tej sytuacji. Bez jej prośby.

Po chwili dziewczyna samotnie przebijała się przed nami przez kłujący deszczyk. Tajemniczy, krakowski Kazimierz wprawdzie buzuje w knajpkach całodobowo, ma jednak także swoje czeluście i zakamary. Szliśmy za jej ciemną figurką do samego centrum. Mieliśmy ogromny, angielski parasol, a ja lubię nocne spacery.

Ale, co to będzie, jeżeli Żyrinowski nie żartuje ze ścieraniem Polski z powierzchni Ziemi? Co zrobi taki chłopak i jemu podobni? Kto obroni Polaków? Dziewczyny, kobiety, domy, ojczyznę.

„Tato, dość tej harcerki! Dzisiaj mamy internet!” – celuje prosto w dzieci reklama telefonii. Gdybyśmy byli obywatelami, gdybyśmy mieli narodową strategię, gdybyśmy mieli rzecznika praw dziecka, gdybyśmy mieli państwo prawa…

Gdybyśmy byli obywatelami, nie zbiorem samobójczych lemingów, reagowalibyśmy na ogłupianie ludzi, zwłaszcza łatwowiernych młodych. Zerwalibyśmy kontrakt z obcą, prywatną firmą, deprawującą dzieci, z których ma wyrosnąć nasz naród.

Gdybyśmy mieli narodową strategię, to w kraju premiera nie wykluczającego wojny w krótkiej perspektywie (wrzesień 2014), nie pozwolilibyśmy dla obcych, prywatnych interesów wprowadzać w błąd dzieci, które mogą za życia naprawdę zmierzyć się ze skrajnie groźną sytuacją egzystencjalną. Myślenie na ten temat można zacząć od przeegzaminowania dowolnie wybranego nastolatka z Kielc, Warszawy, lub Białegostoku, gdzie leży, powiedzmy, miasto Gorzów, lub Kłodzko. Od zapytania dziecka z Zielonej Góry, jak trafić do Radomia, czy Krosna. Przy okazji, wyjdzie z tego poziom polskiej szkoły, który wszak nie tylko dukaniem tabliczki mnożenia i słowa pisanego się mierzy.

Gdybyśmy mieli rzecznika praw dziecka, wtedy on zamiast główkować, komu by tu się przymilić nadając Order Uśmiechu, zdenerwowałby się przygotowywaniem młodych w reklamie tej sieci do roli ogłupiałego, bezradnego celu eksterminacji i wszcząłby interwencję ku wycofaniu tego zgubnego spotu. Dzieci Afryki, Ukrainy, Iraku mają z pewnością realistyczny pogląd na temat możliwości gadżetów podczas wojny i oparcia na nich swojego poczucia bezpieczeństwa.

Gdybyśmy mieli państwo prawa, indywidualne zaskarżenie zagranicznego dostawcy usług nie byłoby równoznaczne z zadarciem z polskimi sądami i automatycznym postawieniem się samemu w roli oskarżonego. Być może, także nawet jakieś gremium oficjalne odważyłoby się wówczas zaskarżyć tę firmę, jako nieetyczną.

Ośmieszanie harcerstwa i jego tradycji w oczach młodzieży to nie jedyna bezczelność owego kolonizatora naszego rynku. W dwóch, krótkich zdankach młodzieńca z reklamy kryją się i inne, niszczące treści. W roli kocmołucha, który zawsze pierze w gorszym proszku i nieśmiertelnej mamusi osłupiałej na widok nowego cudu techniki zarazem oglądamy w tym spocie tatę ? harcerza kombatanta, którego mentorami są małoletnie dzieci. Mama także uważa tatę za Jasia Fasolę. I ona leje ten miód na serce wyrostków. Gra aktorska taty podkreśla głęboki idiotyzm jego nostalgii do harcerskich czasów. Któż by roztrząsał, że to on wykłada pieniądze na super telefony dla dzieci, i że to właśnie ten idiota jest zapewne nabywcą pakietu abonamentowego. Myślenie nie jest mocną stroną fascynatów zagranicznych marktów, czyli idiotów właściwych. W przedstawionej rodzince mama ze swoją pasją do słodkiego selfie jest w drużynie z mądrymi dziećmi. Mąż nudzi i brnie na azymut zamiast fascynować się cud – telefonem. Nie ma lepszego sposobu na zniszczenie dzieci, niż obrócenie w gruzy autorytetu rodziców, a demoralizacja udaje się telewizji jeszcze lepiej, niż szkole.

Tymczasem, wystarczy znaleźć się podczas burzy w Kasince Małej, lub Zakopanem i zobaczyć, jak działają cuda techniki, gdy nie ma prądu, a macherzy od sytuacji kryzysowych zamienili się w fantomy. Telefony nie działają bowiem już przed burzą i nikt jeszcze długo po niej nie panuje nad całością. Nie ma internetu, nawigacji, radia, telewizji, ani telefonów stacjonarnych. Nie ma nawet dróg i mostów, bo państwo wszędzie kompletnie zaniechało melioracji i można tylko błagać Bozię, żeby deszczu nie było w przyrodzie w ogóle. Jeszcze niedawno melioracje prowadzone były okrągły rok. Teraz już nie. Budowa byle jakiej infrastruktury polega na przeputaniu europejskich funduszy.

W realu, gdy zdarzy się klęska, nie ma na ulicy jednego policjanta, ni miejskiego strażnika. Żadnego z tych zuchów strzelających ofiarnie podczas pościgu za piratem drogowym w czasie spokoju. Od czasu do czasu przemyka jedynie straż w swoich hermetycznych wozach.

Myślę, że podczas wycieczki zagranicznych czołgów w nasze strony byłoby z tym wszystkim jeszcze gorzej. Chyba, że istnieją jakieś ambitniejsze plany chwackich, troskliwych służb, gotowych dziś siłą odebrać dziecko ojcu, który w ramach szkoły życia przenocował z nim w kupie liści, jak zdarzyło się w stolicy. Warto byłoby już teraz poznać te przemyślne, a kosztowne strategie.

Reklama Orange nie jest zwyczajnym, prostackim traktowaniem naszego języka na kształt popularnych zachwytów nabywczyni odplamiacza, której dzieci latem bawią się ?na dworzu”. Nie jest bezczelnością oferty towaru ?od” jakieś firmy, przyuczającej Polaków do germańskiej kalki językowej. Nie jest normalnym, żenującym oszczędzaniem na polskim ekspercie języka i brakiem szacunku dla mowy kraju ekspansji.

Jest haniebnym wyuczaniem bezbronności. Jakie szanse miałoby bowiem, przypuśćmy, dziecko warszawskiego słoika, gdyby Władimir W. zechciał dotrzymać obietnicy złożonej Polakom przez swojego trefnisia? Jakim sposobem miałoby ono samodzielnie uciec do babci pod Radom, czy Kamienną Górę wyposażone jedynie w głuchy telefon, zamiast w wiedzę i sprawności? Wyedukowane przez reklamę dla idiotów, czy miałoby szansę ratunku? Porównajmy je z samodzielnym, wyszkolonym, zaradnym harcerzykiem z Powstania. W zawierusze dziejów rodzicom zdarza się zniknąć na wiele sposobów, niekoniecznie na urwisku do robienia słodkich foci.

Komuś potrzebna jest bezradność tych młodych, rozwałka rodzinnych więzi. Tym pilniej należałoby wyłączyć telewizję. Kupić dziecku turystyczny plecak, trekkingowe buty, kompas i wybrać się wspólnie na azymut, szkołę życia, choćby do Kasinki Małej. W drodze zasięgać języka, jak to bywa naprawdę z telefonami, internetem, prądem i służbami dla ludności. Nocować najlepiej w kupie siana lub liści. Harcerstwo może oznaczać życie.

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Remuszko: Polatom

Tak czy nie?

Jeśli mierzyć wartość felietonu (komentarza) liczbą liter, znaków interpunkcyjnych oraz odstępów między wyrazami, to dzisiejszy mój blogowy wpis jest niewiele wart.

Jeśli jednak tę wartość mierzyć merytoryczną rangą poruszonej kwestii, to, być może, jest to najważniejszy z moich dotychczasowych wpisów.

Oto on: Czy na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej znajduje się broń jądrowa? Choć jeden atomowy ładunek? Bomba, mina, pocisk, rakieta?

Nie proszę o ewentualną liczbę ani lokalizację, tylko o odpowiedź generalną: „tak” – „nie”.

Uważam, że jako obywatel mam prawo to wiedzieć. To powinna być, moim zdaniem, informacja publiczna (art. 61 Konstytucji RP).

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Remuszko: Bezradność ? c. d.

7 sie 2014

O czym był poprzedni felieton?
Tymczasowe aresztowanie, ze względu na swój izolacyjny charakter jest dużo bardziej dotkliwe niż pobyt w więzieniu. Aresztowani nie mają, w przeciwieństwie do skazanych, prawa do rozmów telefonicznych i przepustek. Ich korespondencja jest cenzurowana przez organ śledczy, co powoduje niejednokrotnie wielotygodniowe opóźnienia poczty. Widzenia z najbliższymi uzależnione są od zgody prokuratora. W niektórych krajach (Norwegia, Szwecja) z tych powodów, po zapadnięciu wyroku sądowego, zalicza się okres tymczasowego aresztowania do ogólnego wymiaru kary pozbawienia wolności w proporcji 1:1,5 lub 1:2″ (z Wikipedii).

Właśnie mijają dwa lata od wsadzenia do aresztu domniemanego sprawcy afery AmberGold, czyli pana Marcina Plichty. Ten areszt nazywa się TYMCZASOWY, lecz z paru względów od dawna przypomina doszczętnie skompromitowany w czasach PRL klasyczny areszt WYDOBYWCZY (wpisz w google).

Skandalem jest nie to, że Marcin Plichta został fizycznie pozbawiony wolności (po życiu i zdrowiu bodaj najcenniejsze dobro człowieka), lecz to, że ni w ząb nie wiadomo, dlaczego nadal siedzi. Przypomnę, że ów więzień nie jest podejrzany o gwałt, wymuszenia rozbójnicze, mord, terroryzm, zbrodnie wojenne czy ludobójstwo, tylko o OSZUSTWO. Przypomnę też, że ów więzień od dawna nie ma żadnej, ale to absolutnie żadnej możliwości mataczenia w sprawie, ponieważ we wrześniu 2012 funkcjonariusze ABW skrupulatnie skonfiskowali wszystkie materiały i przedmioty, które mogłyby mieć jakąkolwiek wartość dowodową, a potem prokuratura miała ponad dwadzieścia miesięcy, by niezamataczonych przez Plichtę świadków bez pośpiechu starannie przesłuchać.

W pismach złożonych za pokwitowaniem w kancelariach Prokuratora Generalnego, Ministra Sprawiedliwości i Rzecznika Praw Obywatelskich, a także dwóch słynnych organizacji pozarządowych broniących praw człowieka i obywatela (Komitet Helsiński i Fundacja Panoptykon) napisałem wprost:

„Jako dziennikarz, w ciągu dwóch lat poświęciłem osławionej aferze Amber Gold dziesięć felietonów. Od początku podkreślałem, że jeśli podejrzany jest winny, powinien zostać ukarany przez sąd z całą surowością prawa. Jednak, jako człowiek i jako obywatel, wyrażam pogląd, iż obecnie dalsze przetrzymywanie Marcina Plichty i jego żony Katarzyny w areszcie jest nie tylko niepraworządne, lecz również ma wszystkie cechy pozbawienia człowieka wolności ze szczególnym udręczeniem. Podejrzani są na razie ludźmi niewinnymi, których polskie państwo, wbrew Konstytucji (art. 42), traktuje okrutnie”.

Areszt WYDOBYWCZY polega na tym, że podejrzanemu sukcesywnie przedłuża się areszt tymczasowy w celu WYDOBYCIA zeń właściwych zeznań. Gdy ta prosta metoda zawodzi, trzeba wywrzeć na podejrzanym delikatną presję. Na przykład pół roku po aresztowaniu – doaresztować mu żonę. Mało? To po jedenastu miesiącach od aresztowania trzeba podsunąć mu pod nos profetyczny czołówkowy artykuł w niezależnej i miarodajnej Gazecie Głównej, z którego jasno wynika, panie Plichta, że pański proces nie zacznie się wcześniej niż za dwa lata i potrwa przynajmniej następne trzy; potem będziesz pan mógł wreszcie przenieść się z tymczasowego (czytaj: pięcioletniego) aresztu do porządnego kicia, w którym spędzisz następne lat piętnaście. Co, nagle masz pan ochotę śpiewać?

Zgodnie z Kodeksem Postępowania Karnego (art. 249 i następne), konstytucyjnie niewinny człowiek i obywatel może siedzieć w areszcie wydobywczym w zasadzie rok, w zasadzie dwa lata, w zasadzie tyle ile trzeba (art. 263 ust. 4).

Może Szanowni Czytelnicy niniejszego wyobraziliby sobie, że nie mogą wyjść z małego pokoiku z kiblem w kącie, i tak ma być przez cały tydzień? Brrr… A podejrzany Marcin Plichta w takich warunkach przebywa już dwa lata!

Otóż prawo stanowi, iż „tymczasowego aresztowania nie stosuje się, jeżeli wystarczający jest inny środek zapobiegawczy”. Wyobrażam sobie zatem, że w sierpniu 2014 demokratyczne europejskie polskie państwo zakłada panu AmberGoldowi oraz jego małżonce elektroniczną obrożę i, jeśli wysuną oni on nos za próg swojego domu, w krótkich abcugach trafią na powrót do aresztu. Czy trzej Konstytucyjni Adresaci mojej pisaniny, a także łódzcy prokuratorzy oraz trójmiejscy sędziowie okręgowi i apelacyjni (nazwiska wymieniłem w innym felietonie) mają coś przeciwko?

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Trynkiewicz czyli blamaż

7 lut 2014

Każda sprawa jest dobra, by zaatakować przeciwników politycznych, zawłaszcza, że wybory tuż tuż. Najnowszą pałką którą politycy okładają się od wczoraj jest możliwe wyjście na wolność Mariusza Trynkiewicza.

Seryjnego mordercy sprzed 25 lat w przyszłym tygodniu zakończy odbywanie kary. Tabloidy popadły w histerię. Nie możemy do tego dopuścić ? grzmi Fakt. Prawnicy nie wyglądają na zaskoczonych, bo byli pewni, że jeżeli sąd ma trzymać się procedur, to taki będzie finał tej sprawy.

A politycy nawzajem obciążają się odpowiedzialnością. Już w czwartek na Twitterze doszło do ostrej wymiany zdań między byłym ministrem sprawiedliwości Jarosławem Gowinem, a byłym rzecznikiem rządu Pawłem Grasiem. Gowin napisał, że wyjście Trynkiewicza na wolność to blamaż państwa polskiego. Na to odezwał się Graś stwierdzając: ?Gdybyś jako minister więcej czasu poświecił tej sprawie zamiast związkom partnerskim i in vitro nie byłoby ?blamażu”.

Na ripostę Gowina nie trzeba było długo czekać: ?Kpisz? Byłem czwartym ministrem sprawiedliwości w rządach Donalda Tuska i pierwszym, który zaczął coś robić w tej sprawie. Na początku 2013 dostaliście ustawę. 3 XII podpis prezydenta Bronisława Komorowskiego. W KPRM potrzebowaliście 25 dni na publikację. Tak byłeś zajęty przeprowadzką, że drukarki nie działały?

Adwersarzy pogodził były minister sprawiedliwości w rządzie PiS Zbigniew Ziobro, lider Solidarnej Polski który w porannej rozmowie w TVN 24 uznał, że politycznie odpowiedzialni za wyjście Trynkiewicza na wolność są jednakowo Gowin i Tusk.

Tymczasem prawdziwym blamażem może się okazać ustawa przyjęta przez Sejm, na podstawie której zamierza się zatrzymać w izolacji Trynkiewicza. Bo jej zgodność z konstytucją jest mocno wątpliwa.

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mariusz Cieślik: Wściekłe ptaszki straciły niewinność

29 sty 2014

Informacja, że Amerykanie szpiegują nawet Angry Birds, przeszła u nas niemal niezauważona, co zaskakuje tym bardziej, że mówimy o ulubionej grze komputerowej polskich parlamentarzystów.

Z drugiej strony ludzie swoje wiedzą i to, że u nas żadna tajemnica nie uchowa się dłużej niż parę godzin, jest dla wszystkich oczywiste. Bo jak posłowie nie powiedzą dziennikarzom, to minister Sikorski napisze na Twitterze albo jakiś kolejny Macierewicz umieści sekretne dane w raporcie tak tajnym, że wszyscy mogą sobie go ściągnąć z sieci.

Mówiąc zaś najzupełniej serio, bo sprawa jest poważna, uzyskujemy kolejny dowód, że w Internecie nie ma niewinności. Że najbardziej błaha aktywność w globalnej sieci ma swoje znaczenie. Że wszystko, co mamy w swoich tabletach i komputerach, może służyć inwigilacji. Że służby specjalne gromadzą dane od wielkich informatycznych korporacji. Że można być śledzonym, jeśli gra się w ?Word of Warcraft” i używa popularnych map Google’a. I dobrze, dodam od siebie. Bo niektórzy terroryści, zboczeńcy i psychopaci też pewnie lubią Wściekłe Ptaszki (bo tak by chyba należało nazwę Angry Birds przetłumaczyć).

Śmieszy mnie moralne wzmożenie w obronie prywatności użytkowników sieci. Moim zdaniem wynika ono głównie z niechęci (by nie powiedzieć ostrzej) do USA. W mniejszym zaś stopniu z pięknoduchostwa lub braku refleksji. Antyamerykańskimi obsesjonatami nie ma sensu się zajmować, bo u nas jest ich niewielu, a ludziom opętanym i tak się do rozumu nie przemówi. Pozostali powinni jednak rozważyć kilka argumentów. Taki np., że mówienie o prywatności w globalnej sieci, gdzie miliardy ludzi publikują w serwisach społecznościowych wszystkie dane na swój temat, włącznie z tym, z kim uprawiają seks i gdzie jedzą obiad, jest komiczne. Poza tym osobiście uważam, że jak ktoś nie ma nic do ukrycia (czytaj: nic złego nie robi), to mu nie przeszkadza, że służby specjalne mogą mieć jakieś dane na jego temat. Zawsze można postępować jak Jack Reacher, bohater kryminałów Lee Childa, który nie ma komórki, posługuje się wyłącznie gotówką, a podróżuje autobusami, żeby nikt nie mógł go namierzyć. No i jest wreszcie argument dla mnie kluczowy: wybierając między prywatnością i bezpieczeństwem, stawiam na to drugie. Uważam, że nic złego się nie stanie, jeśli kilkaset osób zostanie bez potrzeby przesłuchanych, a pomoże to zapobiec zamachowi czy krzywdzie dziecka.

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dekomunizacja potrzebna, ale spóźniona

22 sty 2014

W ćwierć wieku od końca PRL Solidarna Polska chce przeforsować ustawę dekomunizacyjną, która pozbawiłaby możliwości pełnienia funkcji publicznych wysokich rangą funkcjonariuszy PZPR.

W praktyce oznaczałoby to wyeliminowanie z życia publicznego takich polityków jak Leszek Miller. A on już jako premier III RP zarówno realizował reformy rynkowe, jak i wykazał się lojalnością wobec amerykańskiego sojusznika.

Z pewnością mamy tu do czynienia z ważną inicjatywą w sferze symbolicznej. A od symboli polityka abstrahować nie może. Każde państwo opiera się bowiem na określonych wartościach. Dogmat okrągłostołowej zgody jednak sprawił, że w III RP komunizm został potępiony wyłącznie jako ideologia nieuczestnicząca w realnych wydarzeniach. Dzięki temu mogą umywać od niej ręce ci, którzy wcześniej ją sławili. I tak mamy do czynienia jedynie z enigmatycznym konstytucyjnym zakazem ?praktyk totalitarnych”. Wielu ludziom dawnego reżimu udało się zaś zachować przywileje, które uzyskali dzięki udziałowi w aparacie władzy PRL.

Ale jednocześnie nie można oprzeć się wrażeniu, że pomysł Solidarnej Polski jest tyle słuszny, co bardzo spóźniony. To dobry sposób na to, żeby o partii Zbigniewa Ziobry głośno było w mediach. Odgrzewa ona jednak anachroniczny podział, a ważna sprawa może się stać tematem zastępczym. Dziś bowiem zasadnicze spory dotyczą nie oceny PRL, lecz stosunku do przemian, które zaszły w ciągu 25 lat niekomunistycznej Polski.

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop