Krzyżak: Czerwona lampka dla PSL

20 maj 2013

Władysław Serafin wychodzi z cienia. Człowiek, który słynnymi taśmami odwołał Marka Sawickiego z fotela szefa resortu rolnictwa, znów jest na ustach rolników. I znów ma kłopoty. A wraz z nim całe Polskie Stronnictwo Ludowe.

Tym razem nie chodzi jednak o przekroczenie prędkości, jazdę bez dokumentów czy podawanie się za eurodeputowanego. Sprawa jest poważniejsza. Koledzy ze związku, któremu Serafin przewodzi, zarzucają mu, że bezprawnie zagarnął 3 miliony złotych. Kwota niemała.

Oczywiście Serafin twierdzi, że jest niewinny, że to tylko pomówienia, a on zawsze działał dla dobra rolników, itp. Raz, drugi można w to uwierzyć, ale kiedy historia powtarza się co kilka miesięcy, trzeźwo myślącemu człowiekowi powinna zapalić się w głowie czerwona lampka – coś jest nie tak. Ktoś tu mija się z prawdą.

Ale we władzach PSL lampka nikomu się nie zapala. Serafin robi, co chce. Z partii wyrzucić się nie daje – ostatnio nagany udzieliło mu koło, na którego czele sam stoi, więc sąd koleżeński nie mógł go ukarać drugi raz. Wygląda na to, że szef kółek rolniczych wodzi liderów partyjnych za nos.

Patrząc na ludowców z dystansu, chyba nikt nie ma wątpliwości, że gra idzie o większą stawkę. W tej partii niemal wszyscy ze sobą walczą. A to Piechociński z Pawlakiem, a to Kalemba z Sawickim (ostatnio coraz głośniej mówi się o jego powrocie do Ministerstwa Rolnictwa).

Jaką rolę odgrywa w tym Serafin? W co grają pozostali członkowie zarządu Kółek Rolniczych? Dlaczego Serafin mimo swoich wybryków wciąż tkwi w partii? Czyżby odgrywał rolę szarej eminencji, która ma na wszystkich haki? Kogo pociągnie za sobą, jeśli ludowcy zdecydują się wreszcie wyrzucić go ze swoich szeregów? Pytania można mnożyć.

Po wybuchu słynnej afery taśmowej były prezydent Lech Wałęsa komentował: „Polska się zmieniła. PSL nie. Dlatego dziś mamy sytuację kryminogenną”. Zdaje się, że ludowcy znów nie odrobili lekcji i mają kłopoty. Sęk w tym, że nie tylko z Serafinem.

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

To, co prawdziwie nieuchronne

19 maj 2013

Klonowanie człowieka, wpisanie związków osób tej samej płci do systemu prawnego, adopcja dzieci przez pary homoseksualne – to tematy, z którymi jestem na bieżąco. A jako człowiek, który wyraża niewystarczający zachwyt wobec tych przemian, jestem nieustannie pod ostrzałem ich zwolenników. „Musi się pan z tym oswoić. Postęp jest nieuchronny” – oznajmiają jedni. „Nie da się zatrzymać zmian, trzeba się z nimi oswoić” – uzupełniają lekko nostalgicznie inni. Ci najbardziej rewolucyjnie nastawieni dodają jeszcze, że nie mogę stawiać oporu temu, co nieuchronne, co się musi zdarzyć.

Wiara w postęp i determinizm historyczny, którego nie da się odwrócić, została wielokrotnie sfalsyfikowana. Zwyczajnie nic takiego nie istnieje. Owszem, byli (i nadal są) filozofowie, którzy tak twierdzili i w imię nieuchronnego postępu wielbili masowych morderców: Stalina, Hitlera czy Pol Pota. Szybko okazywało się jednak, że jak wszyscy inni także filozoficzne bożyszcza umierały, a stworzone przez nich systemy padały. Naukowo zaplanowany raj nie nadchodził.

Nie inaczej było z nauką. Ileż to wielkich projektów naukowych miało sprawić, że będziemy żyć (niemal) wiecznie. Lobotomia – był taki czas – miała być panaceum na choroby psychiczne, eugenika (zanim do szczętu się skompromitowała) miała pomóc w budowie postępowego społeczeństwa. I co? Nic po nich nie zostało.

Dokładnie tak samo będzie z wielkimi systemami współczesności. Liberalizm, związki partnerskie osób tej samej płci, zmiany społeczne przejdą do historii, tak jak przeszły do niej wielkie historyczne systemy XX wieku. Zanim tak się jednak stanie, będą ofiary: maluchy wychowywane przez pary gejowskie, dzieci poddane aborcji (obecnie jest ich już niemal dwa miliardy) czy chrześcijanie, których wyrzucono z pracy.

Ale w niczym nie zmieni to faktu, że liberalno-demokratyczna wiara w nieuchronny postęp padnie. Przetrwają normalna rodzina, miłość ojca i matki, która owocuje potomstwem i wiara religijna. Tylko ta ostatnia pomaga ludziom w oswojeniu się z jedyną prawdziwą nieuchronnością w naszym życiu, czyli ze śmiercią i cierpieniem najbliższych. Postęp, nauka, nawet klonowanie nie wyeliminują ich z naszego życia. Religia zaś może nam pomóc się z nimi uporać.

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zdort: Książka nieprzeczytana

17 maj 2013

Od paru dni chodzę po moim mieszkaniu jakby nieco ostrożniej niż zwykle, trochę na paluszkach.

Krążę nieśmiało wokół stolika, na którym położyłem książkę, mój imieninowy prezent. Wyjątkowo cenny, nie tylko dlatego, że dostałem go od ważnej dla mnie osoby. Także dlatego, że trzy lata czekałem na tę powieść. I w końcu teraz leży przede mną, a ja nie mam śmiałości, żeby zabrać się do lektury, przesuwam ją z miejsca na miejsce, przewracam pierwsze strony, ale wciąż nie zabieram się do czytania. Tom okazał się grubszy, niż sądziłem, więc przyjemnością jest zarówno poczuć jego ciężar w dłoni, jak i dreszcz emocji, wywołany przez coraz bardziej nerwowe wyczekiwanie na sporą porcję przyjemności, którą niebawem będę czerpać, obcując z przepysznie wystylizowaną literacką polszczyzną.

Właściwie mogłem tę książkę przeczytać już parę tygodni temu, gdy fragment publikowaliśmy w „Plusie Minusie” – całość dostaliśmy jako PDF. Ale wtedy zerknąłem tylko, bo uznałem, że czytanie tej właśnie powieści na ekranie tableta, telefonu czy komputera byłoby świętokradztwem. Że ostatni już chyba żyjący autor (nie lubi, gdy nazywa się go pisarzem) potrafiący tak wiele wycisnąć z polszczyzny, tyle urody języka, jego rytmu i potoczystości, zasługuje na to, żeby zapaść się z jego książką w fotelu, nie mając głowy zawróconej codziennymi kłopotami, żeby poczuć pod palcami delikatną fakturę zadrukowanego jego słowami papieru, żeby wetknąć nos między kartki i poczuć zapach powoli wymierającego świata.

Bo świat książek, jaki znamy, podobno umiera. I nie chodzi tylko o koniec papierowej książki, ale o nadchodzący powoli zmierzch literackiego języka polskiego, upraszczanego, trywializowanego, wulgaryzowanego, a wreszcie zalewanego przez toporny, choć funkcjonalny, business English. Tak przynajmniej twierdzi autor wspomnianej powyżej powieści.

Ujawnijmy to w końcu – chodzi o Eustachego Rylskiego, niedoścignionego stylistę, potrafiącego w zapierający dech sposób opisywać zarówno ludzkie dramaty czasów napoleońskich, jak i wynaturzenia pierwszych lat III Rzeczypospolitej. W niedawnej rozmowie z Jerzym Sosnowskim w radiowej Trójce autor „Obok Julii” deklarował, że jest w polszczyźnie zakorzeniony, że dla niego „bycie Polakiem jest rodzajem przyjemności”, a zarazem wieszczył koniec polskości i śmierć języka.

Bez histerii, raczej akceptując nieuchronność takiego losu, przewidywał, że za 50 lat przestaniemy mówić po polsku, że może jeszcze w publicznym radiu będzie taki obowiązek, ale goście, wychodząc po zakończeniu audycji na parking i wsiadając do samochodów, żegnać się będą  już po angielsku. – Naszymi ojczyznami będą raczej regiony niż Polska. Język polski stanie się językiem lokalnym, a generalnie będziemy posługiwać się językiem angielskim  – stwierdził i nieco cynicznie dorzucił: – To nie jest mój problem, ja mam 69 lat i nie dożyję czasów, gdy Europa się zunifikuje i zglajchszaltuje.

A ja nie wierzę w szczerość cynizmu Eustachego Rylskiego. Pod tą starannie przygotowaną maską kryje się bowiem znacznie większa porcja polskości, niż autor „Stankiewicza” kiedykolwiek gotów byłby przyznać. Gdyby za świadka wziąć jego prozę, to jest to polskość obsesyjna i wszechogarniająca, głęboko zanurzona w tragicznej historii kraju – bliższej i dalszej, w antyrosyjskich obsesjach i prorosyjskich sentymentach, w niespełnionych marzeniach o państwie szklanych domów. A demonstracyjny dystans autora wobec spraw polskich, deklarowany w medialnych wywiadach, to tylko wygodna poza ułatwiająca ucieczkę targających nim emocji.

Jeśli za 50 lat będziemy mówić wciąż po polsku, to także dzięki Rylskiemu. Dlatego tak bardzo staram się, aby nie spłoszyć delikatnej aury unoszącej się nad leżącą na moim stoliku książką. To – pomimo cynicznych deklaracji autora -  aura polskości.

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Memches: Żydzi nie muszą przepraszać

Opublikowany w poprzednim ?Plusie Minusie” tekst psychologa Ryszarda Praszkiera ma z pewnością charakter przełomowy.

Tak przynajmniej należy potraktować słowa: „Pragnę prosić o przebaczenie w imieniu Żydów, którzy wraz z innymi Polakami przyczynili się do umocnienia okupacji sowieckiej w Polsce. Nic mnie z nimi nie łączy prócz korzeni etnicznych, ale w końcu ktoś musi poprosić o przebaczenie!”.

Ryszard Praszkier w pewnym sensie naruszył tabu, jakie obowiązuje w III RP. Bo dotychczas przepraszać mieli właściwie wyłącznie Polacy za antysemityzm poprzednich pokoleń. Druga strona była traktowana jako grupa mniejszościowa, czyli – w domyśle – ofiara, której należy się taryfa ulgowa. Szczególnie że przeszła przez takie doświadczenie jak Holokaust. W ten sposób szukano usprawiedliwień dla zaangażowania Żydów w komunizm jako wzniosłą ideologię obiecującą przyszły świat bez międzyetnicznych waśni.

W rezultacie na łamach „Gazety Wyborczej” czy „Polityki” pojawiały się artykuły, z których można było wyciągnąć wniosek, że szczytem zbrodniczości peerelowskiego reżimu nie były ubeckie tortury w stalinowskich kazamatach, lecz zmuszanie do wyjazdu z Polski na fali wydarzeń marcowych. Również i w tej sprawie Ryszard Praszkier okazuje się politycznie niepoprawny. Stwierdza bowiem, że kiedy w roku 1968 osoby wyjeżdżające z Polski odbierały komunistyczną nagonkę na Żydów jako „wyraz ?polskiego antysemityzmu?”, on widział w niej „formę walki ubeków o władzę”.

Warto zaznaczyć, że jest to głos Polaka żydowskiego pochodzenia, a więc kogoś, kto czuje, że jego tożsamość stanowi splot polskości z żydowskością. I przyjmując perspektywę świeckiego humanistycznego uniwersalizmu, który odwołuje się do prawa naturalnego, trzeba przyznać, że mamy do czynienia z głosem ze wszech miar słusznym, bo upominającym się o równoprawne traktowanie Polaków i Żydów, gdyż tylko takie podejście pozwala – co trafnie zauważył historyk Andrzej Nowak – budować wspólną pamięć tych narodów.

Problem polega jednak na tym, że żydowskość nie istnieje bez odniesienia do religii. Fakt ten znajduje potwierdzenie chociażby w tym, że Izrael, będąc z założenia państwem świeckim, faworyzuje judaizm jako istotny składnik żydowskiej tożsamości. Nie można zatem być – jak chcą tego chociażby syjoniści – Żydem wyłącznie w sensie etniczno-kulturowym, bez odniesienia do historii świętej, w której kluczowe są wydarzenia z dziejów ludu Bożego wybrania: stworzenie, objawienie i zbawienie.

Żydzi więc nie mogą być traktowani tak samo jak inne narody. Kiedy bowiem mówimy o wymaganiach moralnych, to oczywiście równoprawność musi być zachowana. Ale chodzi przecież o przypadek, kiedy wykraczamy poza prawo naturalne i zagłębiamy się w tajemnicę historii świętej, której ostatecznym arbitrem jest Bóg.

Warto tu przypomnieć postawę inspiratora drugiej wyprawy krzyżowej, świętego Bernarda z Clairvaux. Bronił on wyznawców judaizmu wobec rozpowszechnionych pod ich adresem w średniowieczu oskarżeń o to, że dokonują na chrześcijanach mordów rytualnych. Apelował: „Nie wolno prześladować Żydów! Nie wolno ich zabijać ani nawet wypędzać z kraju (…). Zostali rozpędzeni i rozproszeni, nieraz smutnej doznają niedoli pod rządami władców chrześcijańskich, lecz pod wieczór dziejów nawrócą się i nastąpi czas ich rehabilitacji (…). Brońcie grobu Chrystusa, Pana naszego! Nie plamcie rąk waszych krwią i walką przeciw synom Izraela! Oni również są ciałem Mesjasza i jeżeli uczynicie im krzywdę, dotkniecie źrenicy Boga samego!”. W tym świetle Żydzi – jako naród i zarazem wspólnota wyznaniowa – wyczekując przyjścia Mesjasza, wyczekują niezależnie od ich przeświadczenia drugiego przyjścia Chrystusa.

Warto jeszcze się odnieść do kontrowersji dotyczącej samego aktu przeprosin. Kajanie się za cudze grzechy zakrawa na absurd. Czy przeciętny przyzwoity Polak ma cokolwiek wspólnego z nikczemnikami, którzy w gestapo składali donosy na swoich żydowskich sąsiadów lub nawet uczestniczyli w aktach przemocy wobec nich? To pytanie retoryczne. Takie rozważania miałyby sens, gdyby polityczna reprezentacja narodu polskiego przyłożyła rękę do działań mających na celu „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Było jednak wręcz odwrotnie – polskie Państwo Podziemne broniło jak mogło swoich obywateli pochodzenia żydowskiego. Ten sam argument ma zastosowanie do Żydów, których zaangażowanie w komunizm pchnęło na odrzucaną zarówno przez judaizm, jak i syjonizm, ścieżkę zbrodni (chociaż samo wstąpienie do partii komunistycznej – inaczej niż chrzest – nie wyklucza z żydowskiej wspólnoty religijnej). Nie ma zatem potrzeby, żeby Ryszard Praszkier przepraszał za ich czyny.

A jednak znowu mamy do czynienia ze świecką logiką. Tymczasem w przypadku chrześcijan występuje co innego. Dla Polaka katolika znaczenie powinno mieć nie to, że szmalcownicy byli Polakami, ale to, że jako zazwyczaj osoby ochrzczone pozostawali członkami Kościoła katolickiego, a więc Mistycznego Ciała Chrystusa. Chodzi zatem o poczucie współodpowiedzialności historycznej nie za swoich rodaków, lecz za braci w wierze, którzy „dotknęli źrenicy Boga”.

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Krzyżak: Świętujmy pamiętając o masakrach

13 maj 2013

Z niemałym zdumieniem przeczytałem w ostatnich dniach oświadczenie biskupa włocławskiego Wiesława Meringa. Przewodniczący Rady Episkopatu ds. Kultury i Ochrony Dziedzictwa Kulturowego stwierdza w nim, że nie powinniśmy w Polsce ustanawiać dnia 4 czerwca Dniem Wolności i Praw Obywatelskich. Hierarcha proponuje, by tego dnia obchodzić Dzień Pamięci o Studentach Chińskich z 1989 roku.

Uchwała w sprawie ustanowienia 4 czerwca Dnia Wolności i Praw Obywatelskich to pomysł prezydenta Komorowskiego i części posłów Platformy. Jej projekt znalazł się już w Sejmie.

Dla Polaków data symboliczna: 4 czerwca 1989 roku odbyły się w Polsce pierwsze, częściowo wolne, wybory parlamentarne. To dzięki nim powstał rząd Mazowieckiego, prezydentem został Lech Wałęsa. Tamten dzień zapoczątkował szereg zmian, które dostrzegamy dziś. Zyskał także Kościół ? rozumiany jako instytucja. Dzięki tamtym wyborom do szkół mogła wrócić katecheza, a Polska ponownie nawiązała stosunki dyplomatyczne z Watykanem.

Ksiądz biskup Mering pisze jednak, że ten dzień nie jest dla niego żadną cezurą w najnowszej historii Polski, bo „wartości pewnie zostały zapoczątkowane, ale daleko im jeszcze do doskonałej postaci nawet dzisiaj. WOLNOŚĆ I PRAWA OBYWATELSKIE trzeba dopiero zdobywać; one są ideałem, od którego dzisiejsza rzeczywistość Kraju mocno nadal odbiega”. Ma ksiądz biskup prawo tak sądzić, ma prawo ogłosić to publicznie – nie ma przecież cenzury. Nie odbieram Ekscelencji prawa do protestu w sprawie tej inicjatywy. I cieszę się, że przypomina iż tego dnia w Chinach doszło do krwawego stłumienia demonstracji studentów ? bo nie wolno nam o nich zapominać. Wydarzenia na Placu Tian’anmen są równie ważne, jak polskie wybory z 1989 roku. Chińczycy walczyli o DAR WOLNOŚCI, a my ją dostaliśmy. I moim zdaniem drogi księże biskupie nic nie stoi na przeszkodzie, by cieszyć się z naszej wolności i jednocześnie w sposób szczególny pamiętać tego dnia o studentach chińskich, Ja, podobnie jak ksiądz biskup „4 czerwca będę dziękował Bogu za DAR WOLNOŚCI i prosił, by cieszyło się nim coraz więcej ludzi”.

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Węglarczyk: Im więcej Ameryki w Polsce, tym bezpieczniej

Trudno przecenić wagę inwestycji w polski gaz łupkowy.

Nawet pozostawiając na boku marzenia o sfinansowaniu z zysków ze sprzedaży gazu emerytur dla przyszłych pokoleń Polaków, to jest to inwestycja słuszna przede wszystkim z punktu widzenia interesu narodowego Polski.

Po pierwsze dlatego, że pozwala nam uniezależnić się choć w części od dostaw surowców z Rosji. Zmniejszamy w ten sposób prawdopodobieństwo rosyjskich szantaży, zaoszczędzamy też mnóstwo pieniędzy. To teza powszechnie znana, warto ją jednak bez przerwy przypominać, bo gaz łupkowy to nie tylko wykresy rozliczeń finansowych.

Po drugie, to inwestycja, która może przyciągnąć do Polski firmy z krajów, z którymi łączą nas strategiczne sojusze, takich jak Stany Zjednoczone. Im więcej amerykańskich interesów ?w Polsce, tym lepiej dla bezpieczeństwa naszego kraju. To także nie są mrzonki, lecz zimna kalkulacja polityczna. Ameryka wycofuje się z Europy politycznie i militarnie, leży ?w naszym interesie uwiązanie jej u nas w każdy możliwy sposób, także ekonomiczny.

Trudno w tej sytuacji zrozumieć zachowanie polskiego rządu. Najważniejszy jego urzędnik od polityki gazowej zniechęca zachodnich inwestorów. Prace nad ustawą regulującą wydobycie gazu łupkowego się przeciągają. Inwestorzy zniesmaczeni torem przeszkód i brakiem perspektyw zaczynają uciekać.

Plan, by Polska stała się drugą Norwegią, jest słuszny. Problem w tym, że do tego potrzebna jest zdecydowana, jasna i konsekwentnie wprowadzana w życie strategia rozwoju tego sektora.

Jest mało prawdopodobne, by polskie firmy na własną rękę zdołały ponieść koszty i ryzyko związane z tak gigantyczną inwestycją. Jeśli jednak polski rząd uważa inaczej i naprawdę chce zrobić wszystko na własną rękę, jak Norwegowie, to powinien to wreszcie jasno powiedzieć.

Chętnie usłyszę, skąd weźmiemy miliardy dolarów potrzebne do zakupienia technologii i sprzętu. Dla porównania – tylko w tym roku Norwegia zainwestuje w przemysł gazowy prawie 35 mld dolarów.

Na razie mamy jednak kompletny chaos i widmo klęski. Radzę więc zasięgnąć porady u źródła. Prezes norweskiego państwowego koncernu Petoro zarządzającego złożami gazu podczas wszystkich konferencji gazowych powtarza, że o sukcesie jego kraju zdecydowały: jasna wizja, przewidywalność oraz dobre zarządzenie.

Najwyższa pora, by nasi gazowi decydenci przestali o tym mówić, a zaczęli działać.

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Olczyk: Czy dymisja Gowina uratuje małe sądy

8 maj 2013

PSL liczy, że nowy minister sprawiedliwości Marek Biernacki nie będzie zaciekle walczył z sądami powiatowymi. Ale nowy szef resortu uprzedza, że nie wycofa się z reformy.

Małe sądy były w ostatnich miesiącach główną kością niezgody w koalicji rządzącej. Jarosław Gowin chciał je zreorganizować (zmienić w zamiejscowe oddziały większych sądów), PSL mówiła o ich likwidacji i za wszelką cenę chciała cofnięcia rozporządzenia Gowina.

Na tym tle doszło do otwartej wojny między ministrem sprawiedliwości a ludowcami, która przeniosła się nawet do Trybunału Konstytucyjnego, gdzie ludowcy zaskarżyli przepis, na mocy którego Gowin sądy zlikwidował.

Tam ludowcy starcie przegrali. I wydawało się, że już nic nie uchroni małych sądów przed likwidacją, gdy niespodziewanie premier Donald Tusk zdymisjonował Gowina. Nic dziwnego, że w serca polityków Stronnictwa wstąpiła nowa nadzieja.

Liczą, że wraz z odejściem byłego ministra sprawiedliwości odejdzie w niebyt również projektowana przez niego reforma.

W piątek w Sejmie odbędzie się głosowanie nad obywatelskim projektem ustawy, pilotowanym przez ludowców, a przywracającym do struktury sądownictwa 79 zlikwidowanych przez Gowina sądów powiatowych. Za tą ustawą chcą głosować nie tylko posłowie PSL, ale i cała opozycja. Do tej pory wydawało się jednak, że upadnie ona w Senacie, gdzie PO ma bezwzględną większość głosów. A jeżeli nawet tak by się nie stało, to że zablokuje ją prezydent Bronisław Komorowski.

Teraz jednak być może wokół małych sądów zapanuje inny klimat. PSL zaprosiło wczoraj na posiedzenie klubu nowego ministra sprawiedliwości Marka Biernackiego, chcąc go wybadać, czy jest tak samo nieprzejednany wobec sądów powiatowych jak jego poprzednik.

Posłowie tej partii nie łudzą się, że Biernacki cofnie rozporządzenie Gowina likwidujące małe sądy. Liczą jednak na to, że minister sprawiedliwości spojrzy przychylnie na obywatelski projekt ustawy i zechce popracować nad kompromisowym rozwiązaniem. Co prawda Biernacki już zapowiedział, że jednym z priorytetów dla niego będzie usprawnienie działania sądów. Nie znaczy to jednak, że będzie to chciał robić tą samą metodą, co jego poprzednik.

Z informacji „Rz” wynika, że Biernacki uprzedził ludowców, że nie wycofa się z reformy poprzednika.

Zdaniem ludowców wielu posłów PO chciałoby poprzeć projekt przywracający małe sądy, bo z ich likwidacji musieli się tłumaczyć przed swoimi wyborcami. A lokalne społeczności były oburzone tą reformą.

Burzy się też wpływowe środowisko sędziów. Przeciwko likwidacji małych sądów wypowiedziało się stowarzyszenie Iustitia, Krajowa Rada Sądownictwa i Sąd Najwyższy. A ponieważ zbliżają się wielkimi krokami wybory, to zaognianie sporu wokół małych sądów wielu politykom PO nie jest na rękę. Jednak reformę Gowina poparł publicznie premier Donald Tusk, trudno więc przesądzić, czy rzeczywiście PSL coś w tej sprawie ugra.

Już w piątek będzie wiadomo, czy stanowisko PO w tej sprawie nadal jest nieprzejednane, czy też coś się zmieniło. Nie jest jednak wykluczone, że nieoczekiwanym skutkiem sporu ideologicznego między szefem rządu a Jarosławem Gowinem będzie ocalenie małych sądów przed likwidacją.

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop